Gdzie się podziały moje reklamy?

Felieton/Technologie 04.10.2013
Gdzie się podziały moje reklamy?

Jeszcze dwa tygodnie temu uważałem spersonalizowane reklamy za coś przydatnego. Pal licho inwigilację i że rząd USA wie, czy wchodzę na strony internetowe z blondynkami czy brunetkami. Odkąd mamy telefony komórkowe, o Internecie nie wspominając, rządzący i tak mogą o nas wiedzieć wszystko. Nie dbam zatem specjalnie o swoją prywatność, tylko chcę za jej brak dostać cokolwiek w zamian.

Jestem jednak świadom tego, że wystawiając NSA naszą prywatność, w gruncie rzeczy nie mamy im do zaoferowania zbyt wiele. No bo kto chciałby oglądać kamerką od Kinecta 100-kilowego 30-latka siedzącego w trzydniowych majtkach przed telewizorem i grającego siódmą godzinę w GTA: Online? No właśnie. Dlatego dając niewiele od siebie, żądałem równie niewiele. Chciałem by reklamy były ciekawe i spersonalizowane, żebym mógł włączać AdBlocka nie ze znudzenia, a po prostu czystej, ludzkiej złośliwości. Żebym nie oglądał reklam karmy dla psów, tylko sprzętu komputerowego, samochodów i dobrych alkoholi.

Tak jak ryzykiem zadawania pytań, jest uzyskiwanie na nie odpowiedzi, tak samo ryzykiem życzenia sobie czegoś jest to, że owe życzenie zostanie spełnione. Od jakiegoś czasu widzę w sieci niemal same interesujące reklamy, które mi nie przeszkadzają, ba, czasami w nie klikam. Oczywiście od czasu do czasu można zobaczyć niechcianą reklamę, na przykład spoconego faceta z napojem izotonicznym, ale zazwyczaj udaje się tego uniknąć.

telefon

O mocy personalizowania reklam dowiedziałem się jednak dopiero kilkanaście dni temu, gdy dla pewnego pisma tworzyłem materiał na temat kontrolera Leap Motion. Informacji na jego temat szukałem przez kilka dni. Chciałem poznać nie tylko PR-owe frazesy, ale też dokładną zasadę działania i budowę tego sprzętu, więc poszukiwania trwały i trwały. Gdy Google sam, osobą własną zdradził mi wszystkie upragnione przeze mnie tajemnice, a artykuł był już gotowy, oddałem się przeglądaniu stron internetowych. Wchodzę na Google – widzę Leap Motion, gazeta.pl – Leap Motion, Onet – Leap Motion, Kwejk – nie zgadniecie, też widzę Leap Motion. Treść internetowych reklam była monotonna niczym menu w warszawskich Przekąskach-Zakąskach.

Na szczęście szukanie materiałów do pisanego artykułu miało miejsce w moim domu rodzinnym, oddalonym o ponad 200 kilometrów od miejsca, w którym mieszkam. Byłem przekonany, że gdy wrócę do Warszawy, wszystko minie, a do mnie znowu powrócą moje zwykłe, nudne reklamy. A skąd, wystarczyło jedno nieroztropne zalogowanie się na własne konto mailowe, by Google po moim powrocie do stolicy rzucił mnie na kolana i przez tydzień trzymał w tej niewygodnej pozycji.

Bo właśnie tyle w swojej wyszukiwarce i licznych stronach internetowych widziałem reklamy z każdą minutą coraz bardziej irytujące reklamy Leap Motion. Cóż, mam na przyszłość nauczkę, że w sieci można bez złości szukać tylko starych samochodów i kobiecej bielizny. Tylko na te rzeczy mógłbym patrzeć dłużej niż tydzień i nie trafiłby mnie potem szlag.

Zdjęcie portrait of an angry young man shouting using a mobile at a crowded street pochodzi z serwisu Shutterstock.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement