Łukasz Orbitowski: Ślady, albo wyznania paranoika

Felieton/Social media 16.09.2013
Łukasz Orbitowski: Ślady, albo wyznania paranoika

Jestem przez tydzień w Warszawie, śpię gdziebądź. Miasto jaśnieje jak szkło z odciskiem brudnego palca.

Tydzień w Warszawie to praca. Spotykam się z ludźmi, wymieniam poglądy, podpisuję umowy i dyskutuję nad przyszłością poważnych projektów. Sam jestem poważnym człowiekiem i zachowuję się w poważny sposób, a mój dzień wypełniony jest różnymi, poważnymi zajęciami. Ponieważ jestem w Polsce mniej więcej co dwa miesiące, muszę dobrze wykorzystać ten czas. Poznać ludzi. Załatwić interesy. Spotykam też czytelników i rozmawiam z nimi uprzejmie.

Niedziela trwa od paru godzin, stoję w jakiejś tancbudzie i namawiam kolegę, byśmy wszczęli bójkę z ochroną. Kolega odnosi się do tego pomysłu z takim entuzjazmem, że aż rozlewam wódkę i trzeba iść po nową. W taksówce urządzamy ekskluzywne party z wykorzystaniem alkomatu.

Śniadanie bez karafki wina jest po prostu niemożliwe, a gdy próbuję pomóc jakiemuś zakrwawionemu człowiekowi, ten ucieka przede mną z krzykiem. W towarzystwie innych, poważnych ludzi stoimy przed knajpą, tocząc żywiołową dyskusję na temat samogwałtu. Nasz ryk słychać aż w ubikacji. Jeden z poważnych ludzi milczy, pochłonięty bezczelnym obcinaniem tak zwanej płci. Pluję na święte krowy. Upadam. Pomagam powstać. Przytomność odzyskuję na lotnisku, gdy stoję w kolejce do odprawy, a w dłoni pęka mi mój własny dowód osobisty. Pasażerka z siedzenia obok strzela mi wykład o zdrowym żywieniu.

Te dni są jak magma, jak sen pełen pięknych upiorów: coś dzieje się między tymi kieliszkami, w tych niekończących się gadkach o sztuce i kobietach, my, stare konie odkrywamy nowe obszary nas samych i, jakby to głupio nie brzmiało, intymność między nami jest tak głęboka, jak tylko to możliwe bez rozpinania spodni. Wreszcie, wracam do domu i budzę się owładnięty głębokim przekonaniem, że sen dobiegł końca i nie jest znany nikomu, poza tymi, którzy go śnili.

Otóż nie, byłem jak zraniony złodziej, znaczący krwią drogę ucieczki. Brnąłem przez zaspy, zostawiając za sobą ścieżkę. Ślady zostały, oczywiście, w internecie.

smartfon-zdjecie
1000 Words / Shutterstock.com

Mam na myśli zdjęcia, które mnie zrobiono, zrobiono nam, lub, co najgorsze, a już z pewnością najgłupsze, popełniliśmy sami. Banda debili, ciskająca w internet własne zapite mordy w dziecinnym oczekiwaniu na falę lajków od tych, którzy zostali w domach, nie mają przyjaciół, albo słabują na zdrowiu. Dalej, chętnie wymienię komentarze na forach i grupach dyskusyjnych, gdyż, jakby nie było, ktoś mnie tam jednak rozpoznaje, że o poważnych kolegach nie wspomnę. Wreszcie, jakbym nie miał wystarczająco wiele towarzystwa przy stoliku, uznałem za słuszne powiedzieć znajomym oraz obcym co wyrabiam oraz jak mi wspaniale. Oczywiście, przez sieć.

– Łukasz, wróciłeś? Pytają. Jak ci, Łukasz? – słyszę.

A jak ma mi być, do ciężkiej cholery.

Dla młodszych, dorastających z siecią to zapewne normalne doświadczenie, ale ja, chłop przed czterdziestką, spojrzałem na te ślady i opadła mi szczęka. Wiadomo, gdzie byłem, z kim byłem i każdy, kto zechce, może powtórzyć mój wesoły szlak po mieście, tylko w wirtualu. Nie wstydzę się, gdyż nie zrobiłem niczego złego.  Niemniej, zastygłem przed komputerem, jakbym spoglądał na innego siebie z zupełnie odmiennego życia.

Moja mama siedzi na sieci i to ogląda. Zmartwiłem moją mamę.

Poza niewielkim pogorszeniem/polepszeniem wizerunku, sprowadziłem na siebie niewielkie kłopoty. Zasmuceni znajomi pisali do mnie, czemu się nie odezwałem, skoro wpadłem do Warszawy. Byli markotni, że piłem, lecz nie z nimi. Wypadało przeprosić. Ale gdyby nie sieć i ja, idiota do niej podczepiony, ci ludzie nie mieliby pojęcia, że wpadłem do stolicy, no i by nie posmutnieli. Skoro jednak umiem żyć ze swoim smutkiem, to i cudzy jakoś zniosę.

Ale co byłoby, gdybym naprawdę narozrabiał, gdybym wdał się w romans, władował w substancje zakazane lub doprowadził ideę starcia z ochroną do nieszczęśliwego finału? Przy dobrych wiatrach straciłbym swoje życie i jeszcze poleciał na pysk, do pudła. Zastanawiam się, jak teraz, w ogóle, można naprawdę narozrabiać. W jaki sposób, wy, młodzi, zdradzacie siebie i podkładacie sobie świnie?

Niewątpliwie istnieją jakieś sposoby – programy małpujące lokalizację i tym podobne. Kto z tym wyrósł, ten zna, ja nie wyrosłem i nie znam, więc muszę być uczciwym człowiekiem.

A teraz walnijmy z grubszej rury. Odkąd istnieje ludzkość, rozmaite instytucje próbowały stopować różnego rodzaju próby prowadzenia wesołego trybu życia. Swoje rozwiązania mieli cezarowie, potem przyszedł Kościół i jego przykazania. Protestanci budowali domy o ogromnych oknach, w których zakazano wieszania zasłon – w ten sposób sąsiedzi sprawdzali, czy pani się nie puszcza pod nieobecność męża. Komuna zajadle walczyła nawet z wódą. W Korei właśnie rozstrzelano jakąś dziewczynę za taniec. I tak dalej, i tak dalej.

Lud łaknie wódy, lud chce się pieprzyć. Władza zawsze to temperowała.

Ale teraz, jeśli mnie pamięć nie myli, nałożyliśmy sobie kagańce z własnej woli. Każdy jest sobie inkwizytorem i milicjantem. Policja obyczajowa ma ponad miliard funkcjonariuszy i ta liczba rośnie. Jeśli mi nie wierzycie, spytajcie tego gościa z ONR, któremu wyciągnięto wszystko i pokazano światu.

Jest to, w jakiś sposób, krzepiące. My, ludzie, potrzebujemy ograniczeń i kiedy ich zabrakło, natychmiast zaczęliśmy pilnować się sami. Stało się to, niejako, z automatu, nikt nikogo do niczego nie zmuszał, po prostu, gremialnie i radośnie odebraliśmy sobie prawo do czynienia świństw. A jeśli nawet narozrabiamy, trochę, troszeczkę, tak jak ja narozrabiałem, zawsze możemy popatrzeć na to, co się działo. Ja się uśmiechnąłem, ale nie każdy może to o sobie powiedzieć.

Na szczęście, system jest zawodny. Facebook powiedział mi właśnie, że jestem  u rzeźnika na Falkoner Alle w Kopenhadze. A siedzę przecież u siebie, w gabinecie. Owszem, w Kopenhadze, ale nie na Falkoner Alle. Nigdy nawet tego rzeźnika nie odwiedziłem.

Może więc te straszne rzeczy nawyczyniał jakiś zupełnie inny Orbitowski?

Łukasz Orbitowski (1977): pisarz, autor powieści „Widma”, „Tracę Ciepło”. Mieszka w Kopenhadze. orbitowski.pl

Zdjęcia „Night panorama of Old Town in Warsaw” oraz „A spectator uses a smartphone to video a lion dance on a downtown street” pochodzą z serwisu Shutterstock.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement