Piotr Lipiński: IPHONE ZAMIAST FOTOGRAFA, czyli Yeti z Loch Ness

Felieton 21.06.2013
Piotr Lipiński: IPHONE ZAMIAST FOTOGRAFA, czyli Yeti z Loch Ness

Siedzieliśmy popijając kiepskie whisky i oglądając umiarkowanie ładne dziewczyny. Rozbierały się przed tłumem podchmielonych nastolatków. Jedna była z Polski, druga z Rosji, a trzecia diabli wiedzą skąd.

Działo się to klubie erotycznym, o którym mieliśmy zrobić materiał do magazynu „Gazety Wyborczej”. W pewnej chwili przyszło mi do głowy dziwne pytanie. Zadałem je fotografowi Krzysztofowi Millerowi, który przygotowywał zdjęcia do tego tekstu i siedział obok mnie w zadymionym pomieszczeniu:

– A właściwie to dlaczego dziewczyny na fotkach w „Playboyu” zawsze wyglądają ładnie i apetycznie, a w polskich magazynach erotycznych kiepsko i paskudnie?

– Bo w „Playboyu” mają więcej pieniędzy – odpowiedział Miller, co muszę przyznać, trochę mnie zaskoczyło. Jakoś uroda nie kojarzyła mi się z pieniędzmi. I to był błąd w myśleniu. Bo kasa w fotografii bywa równie ważna jak talent.

Fotograficy „Playboya” mieli więcej pieniędzy nawet nie na lepsze aparaty i obiektywy, ale na oświetlenie. W fotografii studyjnej to podstawa – masz kiepskie lampy, robisz słabe zdjęcia. Ale to nie wszystko. Jeśli chcesz być wybitnym reporterem wojennym – a takim stał się Krzysztof Miller – musisz trafić do redakcji, która znajdzie pieniądze, aby wysłać cię na wojnę w drugim końcu świata. Tak to przynajmniej działało przez ostatnich kilkadziesiąt lat – ale właśnie się zmieniło.

Zawodowi fotoreporterzy przegrywają coraz częściej ze zwykłymi ludźmi, wyposażonymi w telefony z aparatami fotograficznymi. Bo w fotografii „newsowej” najważniejsza jest szybkość – wartość artystyczna jest miłym, ale niekoniecznym dodatkiem. Niedawno wydawca „Chicago Sun-Timesa” wywalił z pracy wszystkich fotoreporterów i postanowił nauczyć dziennikarzy robienia zdjęć i filmowania przy pomocy iPhone’ów. Ale dlaczego nie odwrotnie? – pomyślałem. Czemu nie nauczyć pisania fotografów? Obydwa pomysły są równie bzdurne.

Gdyby Yeti miał talent do pływania, to byłby potworem z Loch Ness, a nie biegał po Himalajach.

Koncept „Chicago Sun-Timesa” wygląda trochę jak gonienie papierowych mediów za cyfrową modą – skoro Instagram cieszy się popularnością, to ogrzejmy się w jego sławie, publikując podobne zdjęcia. Nauczmy więc dziennikarzy „pstrykografii”, wykonywanej „komórkami”, czytelnicy pewnie to kupią. Taki jest przecież trend.

Żartowanie tu jednak nic nie da – wydawca amerykańskiego pisma miał swoje powody, żeby wylać z pracy fotoreporterów. A były one, jak możemy się domyślać, finansowe. To trend widoczny również w Polsce. Wielu moich znajomych fotografów straciło zatrudnienie. A jeden z nich, bardzo dobry „newsowiec”, Wojciech Olkuśnik został na przykład baristą. Wygląda więc na to, że zapotrzebowanie na kawę jest większe niż na fotografię.

Podejrzewam jednak, że kierownictwo „Chicago Sun-Timesa” wyszło z błędnego założenia. Być może pomyślało: skoro z zamachu na bostoński maraton pojawiły się najpierw fotografie zrobione „komórkami”, to idźmy w stronę takiej nowoczesności. To rzeczywiście interesujące zjawisko, bo dziś każdy może podzielić się swoim zdjęciem z niezwykłego wypadku. I uzyskać olbrzymie, internetowe audytorium. Ale taka fotografia „instant” jest świetna tylko w przypadku nagłych wydarzeń – właśnie dlatego, że jest „instant”. Że to sami uczestnicy wypadków dzielą się swoimi kadrami. Dziennikarz musi dotrzeć na miejsce, z reguły więc jest później. Dając mu smartfona niczego nie przyspieszymy – zawodowcy ze swych wielkich lustrzanek wysyłają zdjęcia równie szybko. Choć także zbyt późno jak na dzisiejsze oczekiwania – i w tym tkwi główny problem.

Krzysztof Miller w swoich wydanych niedawno wspomnieniach „13 wojen i jedna” też go dostrzega:

„Jakkolwiek bym się nie spinał, zawsze się spóźnię. Tak jak na śmierć dyktatora Libii Muammara Kaddafiego. Powstańcy go dopadli, osaczyli i zabili, a na dodatek wszystko sfilmowali i sfotografowali. Zdjęcia zamieściły największe portale internetowe. Duże i małe gazety. Każda stacja telewizyjna. Bo nie było na co czekać. Nie było po co wysyłać zawodowców”.

W tym wszystkim jest jednak jeden istotny problem – dzieła amatorów raczej nie pozostaną w historii.

Niestety trzeba mieć kasę, żeby zatrudnić Michała Anioła do malowania kaplicy Sykstyńskiej.

Pewnie byłoby taniej, gdyby ktoś przejechał ściany na gładko wałkiem malarskim. I niestety coraz częściej będziemy się rozbijać o to „taniej”, bo z próżnego i Salomon nie naleje, a bez światła i Miller nie strzeli zdjęcia.

Książka Millera „13 wojen i jedna” to przypomnienie, jak się fotografię prasową robiło jeszcze 10-20 lat temu. Taki powrót do korzeni. Miller pomiędzy dramatycznymi wspomnieniami obrazów śmierci w Bukareszcie, głodu Hutu, cierpienia Ormian, co jakiś czas rzuca uwagę o tym, jaka fotografia go najbardziej kręci. Pisze o swojej miłości do sprzętu analogowego, bo używając go trzeba było zawierzyć własnym umiejętnościom, nie dało się natychmiast zobaczyć efektu na ekraniku z tyłu aparatu. Wspomina, że najchętniej fotografował obiektywami stałoogniskowymi – zoom miał „w nogach”.

Żeby sfotografować scenę, musiał podejść blisko, nie wystarczało „przysunąć” ją zoomem w obiektywie. Miller wspomina też o swojej niechęci do „szkieł” długoogniskowych, bowiem spłaszczają perspektywę, a na dokładkę rozmywają drugi plan – a to już odważne wyznanie, bo fotograficy z reguły uwielbiają operowanie płytką głębią ostrości. Tyle, że Miller nie jest studyjnym portrecistą, nie kreuje obrazu, a jedynie – czy też aż – dokumentuje. Choć właściwie należałoby tu użyć czasu przeszłego, bo – jak sam przyznaje – jego praca jest coraz mniej potrzebna.

Z pewnością najlepsze lata ma już za sobą fotoreportaż prasowy – niemalże wymarł.

W Polsce ostatnie triumfy święcił u schyłku PRL-u i na początku III Rzeczpospolitej. W „itd”, w „Razem”, w magazynie „Gazety Wyborczej”. Kiedy na początku nowego tysiąclecia zabrakło dla niego miejsca w czasopismach, odżył w Internecie w postaci slideshowów zwanych też fotokastami. Czyli kolejno wyświetlanych zdjęć z podkładem dźwiękowym. Coś takiego, jak w czasach fotografii analogowej pokazy slajdów, zwane wtedy diaporamami. Ale fotokasty nigdy nie osiągnęły oszałamiającego sukcesu. Slideshow to opowieść z dźwiękiem, to mini-film dokumentalny, a rzadko który fotograf potrafi się posługiwać również warstwą audio. Dziś na stronach najlepszych fotografów dominują portfolia, które niekiedy są czymś takim, jak kiedyś fotoreportaż. Ale te zdjęcia często pozostają już tylko właśnie w wersji elektronicznej, nigdy nie trafią na papier. Może to zresztą naturalne, że coś, co zapisano w aparacie cyfrowym powinno pozostać w świecie bitów.

Z ambitną fotografią prasową mamy więc i w Polsce, i na świecie problem. Fantastyczny polski fotografik Tomasz Gudzowaty (to ten, który ma abonament na kolejne laury w konkursie World Press Photo), powiedział kiedyś w wywiadzie, że jego zdjęcia publikowano w gazetach głównie przy informacjach o kolejnych nagrodach. Doceniano go więc za fotografię prasową, która na co dzień nie była potrzebna prasie. Wiele razy rozmawiałem o tym z innymi fotografami i fotoedytorami. Wynikała z tego jedna opinia: konkurs World Press Photo premiuje taką fotografię, jaką sobie wyobrażają fotograficy i fotoedytorzy, jaką chcieliby sami oglądać w gazetach, ale niestety nie ma na nią miejsca, bo czego innego oczekują czytelnicy. Trochę tak jak z koncepcyjnymi samochodami, które bardzo podobają się na targach motoryzacyjnych, ale nikt ich potem nie chce produkować.

W przypadku fotoreporterów wojennych cenę za ich zdjęcia płaciły nie tylko redakcje w zwykłej walucie, w pieniądzach. Praca fotografów odciskała się na ich psychice. Krzysztof Miller leczył się w klinice stresu bojowego. Inni – zginęli. Trochę to głupio, że dziś zamiast takich ludzi bardziej się opłaca wynająć dziennikarza ze smartfonem. Ale jeszcze głupiej obrażać się na rzeczywistość.

Advertisement

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement