Piotr Lipiński: SKRZECZĄCY UPŁYW CZASU, czyli gorączka sobotniej nocy

Felieton/RTV 28.03.2013
Piotr Lipiński: SKRZECZĄCY UPŁYW CZASU, czyli gorączka sobotniej nocy

Kiedy świat był najlepszy? Należałyby to wreszcie stwierdzić ponad wszelką wątpliwość. Dysponując taką wiedzą można by z większym przekonaniem oddać się jakiemuś pożytecznemu zajęciu, na przykład włączyć kompa i kolejny raz ocalić Ziemię przed najazdem Obcych.

Czy świat był szczególnej urody w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy pojawiły się pierwsze komputery Apple, a Bee Gees uwodził „Gorączką sobotniej nocy”? Czy może raczej w latach osiemdziesiątych, gdy chłopcy nosili długie grzywki, a na desktopach zagościły ikonki? Albo w dziewięćdziesiątych, gdy Polacy pokochali pecety oraz zespół Bayer Full?

Zbliżają się święta, więc nie róbmy sobie jaj

– wypadałoby się skupić na takich właśnie poważnych, metafizycznych problemach. Zwłaszcza, że przeżywamy epokę zlodowacenia i przyszłość wydaje się raczej chłodna.

Rozwiązanie tej kwestii jest jednak ponoć nadspodziewanie proste. Mądrzy ludzie twierdzą, że świat był najlepszy wówczas, gdy my byliśmy młodzi. Niezależnie od ceny, jaką płaciliśmy za megabajt pamięci.

Wynikałoby więc z tego niezbicie, że świat był najlepszy w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku – przynajmniej z mojego punktu widzenia. A od owego czasu, kiedy byłem młody, systematycznie się pogarsza. Hmm… – z pewnością na świecie było wówczas mniej rzeczy, które kupowaliśmy po to, żeby potem się zepsuły. Bo też kupić nie było za bardzo czego – poza octem w sklepach spożywczych.

W owych czasach najważniejszymi urządzeniami technicznymi w życiu człowieka pozostawały gramofon oraz magnetofon kasetowy. Właściwie jedynymi potrzebnymi. Zasadniczo wystarczały, aby młody człowiek, czyli ja, zagłębił się w swoim własnym świecie, co czyniłem niewzruszenie przez wiele lat, dopóki nie udałem się na studia celem uniknięcia służby wojskowej. Pomijam kilka nietechnicznych produktów, o których dziś wspominać nie wypada (jedne płynne, drugie łatwopalne), a które wówczas stosowano masowo – to akurat dowód, że świat był wówczas zdecydowanie lepszy.

gramofon skrzynka

Wspomniany gramofon do sensownego działania wymagał niestety płyt. To takie czarne, okrągłe kawałki plastiku. Fajnie się nimi rzuca. Dziś to obiekt pożądania nielicznych, zwanych hipsterami czy tam innymi DJ-ami – wówczas niemalże wszystkich. Bo płyt nie dawało się łatwo kupić w sklepie. Płyty trzeba było „upolować” albo „przepłacić”. „Upolować” na przykład w miejscowej księgarni a „przepłacić” na jakimś targowisku. W ówczesnych czasach najnowocześniejsze wytwory elektroniki, sprowadzane z Zachodu, sprzedawano na bazarach, pod gołym niebem – podobnie jak konie i krowy. Ale ceny na tych siermiężnych bazarach w żadnym razie nie przypominały dzisiejszych dyskontów – raczej salony Chanel czy Hugo Bossa.

Koło 1982 roku zdobyłem bilet na koncert zespołu Maanam w Sali Kongresowej w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie

Tak – zdobyłem. Wówczas nie wystarczyło kliknąć w Internecie czy pójść do kasy biletowej, żeby kupić ticket na ulubioną kapelę. Wszystko trzeba było wystać – cukier, buty Relax, marynarkę z Hofflandu i bilet na koncert. Cukru brakowało, bo podobno zużywali go bimbrownicy, buty „Relax” stały się modne, bo innych nie było, a marynarka z Hofflandu była za duża albo ja za mały.

relaksy

Na koncercie stałem w przejściu między rzędami – chyba tylko jakieś lamusy tkwiły na krzesłach w sali, która gościła wiele zjazdów partii oraz występów zespołu „Mazowsze”. A przed koncertem można było kupić PŁYTĘ. Jedną z najlepszych, jaką zdobyłem w tamtych czasach. O dość krótki tytule „O!”

Płyty gramofonowe mają podobną wadę, jak ludzie i silniki samochodowe – w miarę przebiegu zaczyna im doskwierać upływ czasu. Od pewnego momentu słuchałem więc bardziej trzasków, niż muzyki.
Dziś pewnie niejeden zespół przyznałby mi rację – to były czasy najlepsze na świecie. Sprzedawały się wszystkie płyty, jakie wytłoczyły państwowe „Polskie Nagrania”. Żaden krążek nie wymagał lansowania, reklamy, a jedynie wyprodukowania. I komu to przeszkadzało? – zapytałaby niejedna współczesna polska piosenkarka. Nazwiska nie wymienię, bo mam wrażenie, że od wielu lat śpiewa wciąż ta sama, co sezon zmieniając jedynie pseudonim twórczy.

Wielkim wydarzeniem w moim ówczesnym życiu stał się krążek zespołu Deep Purple „Perfect Strangers”

To był już powiew wielkiego świata. Ale nie za sprawą zagranicznego zespołu – to byłoby zbyt proste jak na tamte zakręcone czasy. Chodziło o to, że była to płyta wytłoczona na Węgrzech, czyli generalnie zagraniczna. Węgrzy słynęli ze sporego i elegancko wydanego katalogu zachodnich wykonawców – że o ich ciekawych zespołach rockowych nie wspomnę.

Akurat z kolegą przekroczyliśmy osiemnasty rok życia, więc samodzielnie wyruszyliśmy poznawać świat, czyli „zahandlować” w Budapeszcie. Gdzieś w przejściu podziemnym, po kilku godzinach stania, opchnęliśmy polskie ręczniki i parasolki, a zarobione forinty zainwestowaliśmy w zakup dezodorantów, celem sprzedania ich z zyskiem w ojczyźnie. Podejrzliwych informuję – nic mi się w głowie nie pomieszało, wówczas dezodoranty były w Polsce towarem trudno dostępnym – więc można było na nich nieźle zarobić. Do dziś pamiętam, co wtedy przywiozłem. Dezodorant „8×4” na handel, bo najlepiej się sprzedawał oraz „Claudię” dla narzeczonej, bowiem był to produkt wyższej klasy.

Perfect Strangers

A w ramach szaleństwa w Budapeszcie kupiłem również „Perfect Strangers”. I to nie dlatego, że marzyłem akurat o tym konkretnym tytule, po prostu chciałem mieć jakąś zagraniczną płytę. Przy okazji wyszedł mój kiepski zmysł biznesowy. Teraz proszę się skupić, bo nastąpi skomplikowany wywód, taki bardziej dla studentów Szkoły Wyższej Handlowej albo technikum ciastkarskiego. Otóż zamiast kupować węgierskie wydanie „Perfect Strangers” należało zrobić inaczej. Forinty ze sprzedanych polskich ręczników przeznaczyć wyłącznie na zakup dezodorantów, bowiem opchnięcie ich w Polsce dałoby takie przebicie, że na warszawskim targowisku mógłbym kupić oryginalne, zachodnie wydanie tego krążka – a nie węgierskie! Ci, którzy takie zawiłości zrozumieli wcześniej niż ja, znajdują się obecnie na liście stu najbogatszych Polaków.

Ale aby nie popadać w całkowitą depresję z powodu niewydolności ówczesnego polskiego przemysłu trzeba wspomnieć, że był ponoć jeden krążek, który eksportowaliśmy do Wielkiej Brytanii. To znaczy eksportowali go ci, których stać było na bilet do Londynu. A krążek ten to singiel „Blue Monday” zespołu New Order. Olbrzymi przebój tamtych lat. Płytkę od naszych kupowali właściciele szaf grających w różnych klubach, ponieważ na wyspach wyszła jako maxi-singiel, więc do machin grających zwyczajnie się nie mieściła. A u nas jako zwykły, mały singiel, pewnie z braku plastiku. Ówczesne władze nie wykorzystały jednak propagandowo tego wydarzenia eksportowego jako świadczącego o wyższości ustroju socjalistycznego nad kapitalistycznym. Dziwne, bo akurat rzecznik rządu Jerzy Urban rozpoczął akcję wysyłania śpiworów amerykańskim bezdomnym.

Dziś Maanamu, „Perfect Strangers” oraz „Blue Monday” słucham w Deezerze

– I to na dokładkę za darmo, bo Orange dorzucił mi jako gratis do abonamentu. Ale ze smutkiem muszę przyznać, że muzyka nie cieszy mnie już tak, jak w czasach, gdy świat był najpiękniejszy, czyli w latach mojej młodości. Czy dlatego, że wówczas była trudniej dostępna? Czy dlatego, że lepsza?

Kiedyś rozkładałem się na łóżku i godzinami słuchałem muzyki na kiepskim – co tu dużo gadać – sprzęcie. Trzeszczało, buczało, ale było przynajmniej głośno. Potem w miarę, jak kupowałem coraz lepsze odtwarzacze, słuchałem coraz mniej muzyki. I ciszej. Coraz bardziej brakowało mi czasu. Dziś jeden czterominutowy kawałek wysłuchany w skupieniu to przejaw wielkiego poświęcenia. A cała reszta to tło podczas pracy, odtwarzane na komputerowych głośnikach.

Tymczasem te wszystkie z trudem zdobywane płyty gramofonowe zamieszkały w moim garażu. Spoczywają w towarzystwie wielu kolorowych, papierowych czasopism. Łączy je jedno – nigdy z nich już nie skorzystam. Ale nie potrafię też się rozstać. I nie zmuszą mnie do tego nawet porządki przedświąteczne. A świat i tak zawsze dla kogoś będzie najlepszy.

 

Piotr Lipiński – reporter, fotograf, filmowiec. Pisze na zmianę o historii i nowoczesnych technologiach. Autor kilku książek, między innymi „Bolesław Niejasny” i „Raport Rzepeckiego”. Publikował w „Gazecie Wyborczej”, „Na przełaj”, „Polityce”. Wielokrotnie wyróżniany przez Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich i nominowany do nagród „Press”. Laureat nagrody Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich za dokument „Co się stało z polskim Billem Gatesem”. Bloguje na www.piotrlipinski.pl. Żartuje ze świata na www.twitter.com/PiotrLipinski. Nowy ebook „Humer i inni” w księgarniach Virtualo – goo.gl/ZaNek Empik – goo.gl/UHC6q oraz Apple iBooks – goo.gl/5lCGN

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement