Gry od Ruska

Felieton/Gry 29.03.2013
Gry od Ruska

Jeszcze w drugiej połowie lat 90-ych kupowanie gier komputerowych „u Ruska” było na porządku dziennym, „Rusek” z kolei posiadał nad wyraz zaawansowany i sprawny system dystrybucji. Rzekłbym nawet, że momentami kładł na łopatki niejednego wydawcę. 

Miałem może 3 do 5 lat, jak tata i jego koledzy wyprawiali się na mistyczną warszawską giełdę, wracając z takimi łakociami jak nowe dyskietki, a na nich Another World, Prince of Persia i inne klasyki. Potem weszło nowe prawo autorskie, piratom żyło się ciężej, choć dalej funkcjonując w środowiskach scenowych, dołączali do gier obszerne katalogi usług i numery kontaktowe. Po złożeniu zamówienia i sowitej opłacie, dyskietki wysyłali pocztą. Trudno winić tych przedsiębiorców i ich konsumentów. Takie były czasy, to był jedyny, a przez długi czas legalny zresztą, kanał dystrybucji. Dziś wielu bywalców giełdy na Grzybowskiej ma swoje całkiem poważne biznesy, także w świecie IT. Dziwne, że nikt nie wpadł na pomysł, by zebrać ich i napisać o nich jakąś fajną książkę.

Sytuacja zaczęła się zmieniać po roku 1994. W domach pojawiły się pecety, Atari i Amigi odeszły do lamusa. Gry były drogie, chyba nawet droższe niż dziś, jeśli uwzględnimy średnie zarobki. Ale nie dam sobie głowy uciąć, bo w tamtych czasach to było bardziej zmartwienie dziadków czy rodziców. W wielkich pudłach Tomb Raidery czy Herosi lubiły odwiedzać młodych graczy z okazji urodzin lub Bożego Narodzenia. Nie było jeszcze nagrywarek, więc pożyczaliśmy sobie te gry na potęgę, bawiliśmy się też demami, które powoli, bardzo powoli, zaczynały pojawiać się w kioskach. Demo w tamtych czasach to była zawodowa zabawa dla dzieciaka. Przechodzenie dwóch misji w kółko czy rozgrywanie meczu tylko dwiema drużynami zupełnie nam się nie nudziło.

Rusek z Manhattanu

Ale był jeszcze trzeci kanał dystrybucji – Rusek. Mieliśmy w Płocku taki „ruski rynek”, od zawsze (zakładam, że ironicznie) nazywany Manhattanem. Wśród garnków, niefirmowych jeansów, podróbek adidasów, akumulatorów do samochodów, obrusów i innych takich atrakcji, był też facet, do którego chodziło się właśnie po gry. Doprecyzowując – w mojej głowie jesteśmy teraz mniej więcej w 1997 roku, a tego typu Manhattany były – jak podejrzewam – jednym z głównych centrów zaopatrzeniowych w całej Polsce.

U Ruska, który mógł być z Rosji, choć z jego ciemną karnacją to to mogło być w zasadzie wszystko na południowy-wschód od Polski, w kartonowych pudełkach zawsze czekało kilkaset gier. Wszystkie warte uwagi tytuły z ostatnich lat. Przeglądaliśmy je zafascynowani, wybierając interesujące propozycje, czasem nawet wymieniając refleksje z 40-letnim obcokrajowcem, a to nam – wiadomo – bardzo imponowało, że taki dorosły, a tak się zna.

Chyba od pierwszych lat życia miałem w sobie coś z trolla, bo pewnego razu poprosiłem pirata o wygrzebanie mi piłki nożnej, ale nie FIFA i nie Actua Soccer. Zgodnie z moimi przewidywaniami, po pół godziny przekopywania palety i wołaniu Saszy z drugiego baraku w roli niezależnego eksperta, niczego nie znaleziono. Rusek się na mnie zdenerwował, zaczął przeklinać, kazał kupić jakąkolwiek inną grę i nawet odsłonił „gustowną” skórzaną kurtkę, by pokazać za nią gnata. Był to środek dnia, na środku bazaru w samym środku wojewódzkiego wówczas jeszcze miasta.

Musisz pójść i wysadzić most

Tak mnie jakoś zraziła ta sytuacja, że nigdy gry od płockiego ruska ostatecznie nie kupiłem. Intuicja podpowiadała, że to chyba nie jest do końca normalna metoda dystrybucji. Ale czasem po szkole chodziłem tam jeszcze z kolegami (Rusków i tak wymieniali co kilka tygodni, więc szybko wróciła odwaga) i doradzałem w co warto wzbogacić domową biblioteczkę. Nie oceniajcie nas proszę zbyt surowo, to była połowa lat 90-ych, nie mieliśmy pojęcia o tym co jest legalne, a co nie. Sklepów z grami było jak na lekarstwo, a rodzice nie mieli nad nami takiej kontroli, by mechanizmu rynku gier – po pierwsze – zrozumieć i rozróżniać dobro od zła, a – po drugie – by dobrze monitorować na co wydajemy nasze pieniądze. To było pokolenie bez komórek, gdy wychodziliśmy na podwórko, wracaliśmy jak już było ciemno, a rodzice musieli ten fakt zaakceptować. Takie to były wtedy czasy, pewnie jestem jednym z ostatnich roczników, który jeszcze to pamięta.

Początkowo gra od Ruska kosztowała 40 złotych, czyli nadal bardzo dużo. Wydanie było nad wyraz staranne. W gustownych folijkach znajdowała się przednia i tylna okładka zrobiona z dobrej jakości śliskiego papieru. Na nim artworki z gry i opis w języku polskim. Również płyta posiadała wytłoczone wszelkie niezbędne grafiki. Profesjonalna robota. Piraci znali się na swoim fachu tak dobrze, że kiedy w 2002 roku sprzedawałem na Allegro oryginalną Knights and Merchants: The Peasant Rebelion (wraz ze starannie oprawioną instrukcją), kontrahent upierał się przy tym, że wcisnąłem mu pirata, jest policjantem i zna się na swojej robocie. Moim zdaniem był pospolitym oszustem, który wyłudzał gry przez Allegro, co mu zresztą starannie udowodniłem, ale nie omieszkał poinformować obsługę  serwisu o tym, że tak naprawdę mam 13 lat. Oj niełatwo było być dzieciakiem w pionierskich czasach internetu.

Większość, prawie wszystkie, gier w ofercie bazarowych sprzedawców była przetłumaczona na język polski. Czy kradli gry od polskich wydawców? Tak, czasem to się zdarzało. Bywały jednak sytuacje, że polskiego tłumaczenia brakowało albo im nie udało się na czas do takiego dotrzeć. Co robili? Nie uwierzycie. Tą swoją łamaną bazarową polszczyzną (jeśli nie oni, to ich kumple) tłumaczyli po swojemu. Do dziś pamiętam, jak zagrywaliśmy się u kolegi w Commandosów, a między misjami długie opisy misji z bardzo wschodnim akcentem głosiły „Ty musisz pójść i wysadzić most, inaczej będzie przejeb***” i inne takie kwiatki. Komedia!

To ja jestem policja

To była raczej jakaś zorganizowana działalność o charakterze ogólnopolskim. Symboliczny Rusek popisywał się profesjonalizmem i informatycznymi zdolnościami, które pewnie zaimponowałyby w tamtym czasie niejednej wielkiej firmie ze świata IT. Jakoś w 2000 roku, zupełnie u zmierzchu tego biznesu, doczekałem się swojej pierwszej pirackiej gry na PC. Było to zresztą w Zakopanem, gdzie polskawy z twarzy, ale jednak Rusek, ustawiał się zawsze pod wiaduktem/mostem w drodze z Krupówek na Gubałówkę. Długo wahałem się między Baldur’s Gate a Planescape: Torment i bardzo cieszę się, że padło na tę drugą pozycję, gdyż w tym samym roku wzbogaciłem się jeszcze o legalnego Baldura (którego kocham i wielbię do dziś). Co jednak znamienne – Torment od pirata mieścił się na dwóch płytach. CD Projekt potrzebował na tę samą zawartość aż czterech.

Miałem już chyba zresztą świadomość, że robię źle. To był rok 2000, a Smuggler dość starannie edukował na łamach Action Redaction. Odpokutowałem to potem, do dziś chyba ze trzy razy kupując Tormenta w różnych pudełkowych i cyfrowych wydaniach.

Policja? Policja po bazarach spacerowała bardzo sumiennie, bo i były to miejsca spotkań szemranego towarzystwa i ktoś musiał je chronić. Jakoś po roku 2000 zaczęły się dopiero cywilizacyjne zmiany na lepsze w tego typu strukturach. O ile w Zakopanem – z tego co pamiętam – kompletnie nie byli zainteresowani pirackim procederem, w Płocku urządzano na „Ruska” nawet nagonki. Na samym początku działalności policja nie była chyba nawet świadoma, że powinni zareagować. Z czasem, gdy tylko poleciał cynk, płyty z grami i – przede wszystkim – muzyką przykrywano gazetami. Policja udawała, że tego nie widzi, a może nawet wierzyła, że w takim wypadku nie ma prawa szukać dziury w całym. Pod koniec pirackiego biznesu pamiętam jednak widok „Rusków” z przerażeniem zwijających towar i wrzucających go do bagażników i pobliskich baraków.

CD Projekt chciałby pewnie wierzyć, że pogrzebał piratów swoimi tanimi seriami. A teraz fakty. Mniej więcej na przełomie wieków nagrywarki zaczęły gościć we wszystkich domach, pojawiał się także internet. W naturalny sposób zabijało to pirackie biznesy. Najpierw schodzili z cen – do 30, potem do 20 złotych. Ostatecznie jednak nie wytrzymali konkurencji i upadli. Legendy głoszą, że dziś wrzucają pliki na serwisy hostingowe i handlują kontami premium. Ile w tym prawdy? Nie wiadomo. Tym niemniej, historia Ruska to niezwykle piękny przykład ironii losu, która stanowi piękną klamrę kompozycyjną dla całej opisanej dziś historii.

Dołącz do dyskusji

Advertisement