Tomek Wawrzyczek: Z pamiętnika “Młodego Technika” – luty 1986. Gdy pojawił się Commodore-128

Felieton/Nauka 08.02.2013
Tomek Wawrzyczek: Z pamiętnika “Młodego Technika” – luty 1986. Gdy pojawił się Commodore-128

Upalny letni dzień. Powietrze jest ciężkie, duszne, gorące, jakby lepkie. Jest bezwietrznie – nie drgnie nawet jeden liść na drzewach. Niebo jest bezchmurne, ale z powodu dużej wilgotności jego naturalny błękit jest przygaszony, jakby wyszarzały. Niemal idealne warunki dla powstania jednego z najgroźniejszych zjawisk występujących w przyrodzie – burzy.

Burza to gwałtowne i widowiskowe zjawisko

– pulsujące błyski, rozrywające powietrze huki, nagłe uderzenia wiatru, rzęsisty deszcz, czasem grad. Pewnie dlatego w dawnych czasach burze łączono z działalnością bóstw. Dziś wiedza na temat tego zjawiska jest duża, aczkolwiek mechanizm burzy nadal do końca nie jest wyjaśniony i sporo w nim hipotez. “Katedra Fizyki” lutowego numeru “Młodego Technika” z 1986 roku uchyla rąbka tajemnicy i w zwyczajowo dla tego miesięcznika prosty sposób wyjaśnia, o co w burzy chodzi.

Na początku należy przypomnieć dość oczywiste fakty istotne do zrozumienia istoty burzy. Po pierwsze: burze występują niemal zawsze w ciepłych porach roku, choć oczywiście mogą pojawiać się nawet zimą pod warunkiem, że temperatura wtedy jest nienormalnie wysoka. Po drugie: burza pojawia się tylko wtedy, kiedy w powietrzu występuje dużo wilgoci. Nie ma wysokich temperatur i wilgotnego powietrza, nie ma burzy. To niemal pewne. Po trzecie: wraz ze wzrostem wysokości temperatura powietrza spada. Przy gruncie w letni dzień temperatura powietrza ma powiedzmy 20 stopni Celsjusza, ale już na wysokości 10 km wynosi około -50 stopni Celsjusza. Kto podróżuje samolotami może to odczytać na ekranie pokazującym dane o locie, samolocie i jego otoczeniu.

Z ostatniego faktu powinno wynikać, że przy tak dużych różnicach temperatur masy powietrza powinny szybko przesuwać się w górę. Powinno, ale nie zawsze tak się dzieje. Gdy mamy do czynienia z powietrzem gorącym ale suchym, ruch do góry nie występuje. I nie jest to działanie na złość prawom fizyki – wprost przeciwnie. Gdyby powietrze suche zaczęło unosić się do góry, bardzo szybko by się rozprężało, a to oznacza, że bardzo szybko by się schłodziło, bowiem wraz ze spadkiem ciśnienia gwałtownie spada temperatura. Ponieważ w atmosferze przemieszczają się ogromne masy powietrza o masie rzędu milionów ton, nie ma praktycznie wymiany ciepła z otoczeniem.

Dodajmy do tego fakt, że powietrze jest raczej kiepskim przewodnikiem cieplnym. Ponieważ wspomniany wcześniej spadek temperatury powietrza wraz z jego rozprężaniem jest bardzo głęboki, teoretycznie unoszące się w górę masy suchego powietrza na pewnej wysokości miałyby temperaturę niższą od temperatury otoczenia. Jak więc jest możliwe unoszenie się powietrza do góry, skoro powoduje to tak gwałtowne ochłodzenie? No właśnie nie jest możliwe i dlatego gorące suche powietrze pozostaje w bezruchu.

Inaczej zachowują się masy gorącego, wilgotnego powietrza. Unoszące się w górę powietrze wilgotne też podlega zjawiskom opisanym wcześniej – ze wzrostem wysokości powietrze ulega rozprężaniu, a jego temperatura spada. Z drobną poprawką, za którą odpowiada zawarta w wilgotnym powietrzu para wodna. Rozprężające się wilgotne powietrze w pewnym momencie osiąga takie ciśnienie i temperaturę, że zawarta w nim para wodna zaczyna się skraplać. Podczas skraplania para wodna oddaje ciepło co powoduje, że rozprężające się wilgotne powietrze schładza się o wiele wolniej niż powietrze suche. Co to oznacza?

Ni mniej ni więcej to, że powietrze wilgotne, ogromne jego masy, unoszą się do góry. Powstający silny prąd wstępujący o prędkości przemieszczających się w nim mas powietrza 90 km/h i więcej sięga na wysokość 10 km nad powierzchnię Ziemi, niekiedy nawet 15 km i wyżej. Wszystko to dzieje się w tak zwanej komórce burzowej – w dużym uproszczeniu: w chmurze burzowej.

Krople skondensowanej pary wraz z unoszeniem się powietrza, jego rozprężaniem i schładzaniem, również schładzają się aż w końcu na pewnej wysokości zamarzają, zderzają się z innymi zamarzniętymi kroplami i tworzą duże kryształki lodu. Gdy stają się za ciężkie, kryształki zaczynają opadać porywając ze sobą część mas powietrza. Opadające w dól powietrze zagęszcza się, przez co podnosi się jego temperatura. Wilgotne powietrze ma to do siebie, że podczas opadania w dół nie miesza się z otoczeniem. Im bardziej powietrze opada, tym wzrasta różnica gęstości pomiędzy chmurą a jej otoczeniem – mówiąc obrazowo: chmura staje się ciężka i opada.

Opadające masy powietrza na Ziemi odczuwane są w postaci silnego, porywistego wiatru. Jeśli w upalny letni dzień w powietrzu, jak to się zwyczajowo mówi, “wisi burza” i nagle pojawią się gwałtowne, nieregularne podmuchy chłodnego wiatru, możemy być pewni, że burza jest blisko – burzowa chmura zaczęła opadać. Opadające w dół roztopione kryształki lodu tworzą deszcz. Jeśli kryształki są bardzo duże i spadając nie zdążą stopnieć w całości, na Ziemię spada grad – dość paskudna raczej rzecz.

A pioruny?

O piorunach lutowy numer “Młodego Technika” z 1986 roku nie mówił – obiecywał zająć się “piorunującym” tematem za miesiąc.

Młody Technik

Poza tematami pogodowymi, choć jak na pismo popularno-naukowe przystało przedstawionymi naukowo, z punktu widzenia fizyki, w lutym 1986 roku “Młody Technik” zajął się też komputerami. Dokładniej jednym komputerem. Ale za to jakim! Oczywiście “jakim” w roku 1986. “Młody Technik” wrzucił na warsztat Commodore C-128, następcę “króla” komputerów domowych, sprzedanego w ilości 4 mln egzemplarzy, słynnego do dziś, przez niektórych nawet do dziś używanego, dostępnego w wersji software’owej w postaci świetnych emulatorów, nawet na komórki – Commodore C-64.

“Następca tronu”, jak to zgrabnie ujął “Młody Technik”, miał swoją premierę w 1985 roku i był odpowiedzią na rosnące zapotrzebowanie na względnie tani, uniwersalny komputer zaspokajający potrzeby zarówno miłośników gier, jak i potrzeby edukacyjne oraz zawodowe. Commodore C-128 miał być czymś w rodzaju konsoli wideo i komfortowego domowego stanowiska pracy zamkniętych w jednej obudowie. Możliwość wykorzystania przebogatego zestawu oprogramowania, które zostało napisane na C-64 oraz stosunkowo niewygórowana cena rzędu 950-999 ówczesnych marek zachodnioniemieckich sprawiły, że C-128 od początku był nieźle sprzedającym się sprzętem komputerowym.

Jego specyfikacja nie była wielką sensacją techniczną. C-128 był raczej typową, nieco “podrasowaną” w stosunku do poprzednika, konstrukcją 8-bitową z procesorami Z80A i 8502 w roli głównej. Posiadał 64 KB pamięci ROM i 128 KB pamięci RAM, którą można było rozszerzyć do 512 KB i przeznaczyć ją na na przykład wirtualny dysk. W środku C-128 znalazły się niemal wszystkie elementy znane z C-64: syntezer dźwięku SID (wtedy chyba najlepszy, jaki był dostępny na rynku komputerów domowych), kontroler graficzny VIC czy uniwersalne porty CZA. C-128 posiadał drugi, niezależny kontroler graficzny, dzięki czemu do komputera można było podłączyć dwa monitory lub telewizory i wyświetlić na nich dwa różne obrazy. Do C-128 można było podłączyć wszystkie urządzenia peryferyjne wyprodukowane dla modelu C-64: drukarki, plottery, pulpity graficzne, pióra świetlne, manipulatory (po naszemu “joysticki”), przetworniki, przystawki, kontrolery i inne interfejsy.

Następca słynnej “sześćdziesiątki czwórki” był produkowany w dwóch wersjach. Pierwsza składała się z oddzielnej konsoli z klawiaturą, do której dołączano peryferia, drugą tworzyła zintegrowana jednostka zawierająca komputer i stację dyskietek oraz osobną klawiaturą, jak w typowych współczesnych komputerach stacjonarnych.

Gdyby porównać parametry C-128 z obecnym sprzętem komputerowym, można zobaczyć, jak ogromny postęp technologiczny dokonał się na przestrzeni ponad dwóch dekad. To, co w 1986 roku uchodziło za nowoczesny, szybki komputer, dziś mocą obliczeniową, pojemnością pamięci, rozmiarami, wagą, wachlarzem zastosowań niemalże nokautuje pierwszy z brzegu smartfon. Jak będzie wyglądał sprzęt komputerowy za kolejne 20-30 lat? Można zgadywać, ale biorąc pod uwagę to, jak wyobrażano sobie w 1986 roku komputery przyszłości, każda odpowiedź będzie pewnie niepoprawna.

W “Młodym Techniku” z lutego 1986 rozpoczyna inny ze swoich artykułów dość idyllicznym opisem pewnego ciepłego morza, które wypełniało w miocenie obszary zwane Zapadliskiem Przedkarpackim. Południowa linia brzegowa tego morza jest urozmaicona, pełna zatok i lagun. Tworzy ją półpustynny ląd karpacki. Im dalej na północ, tym krajobraz staje się bardziej zielony. Klimat jest ciepły. Masy wilgoci, które wyparowują z morza, przenoszone są w kierunku Karpat, gdzie skraplają się i sprawiają, że góry otacza bujna roślinność. Brzmi jak opis okolicy ekskluzywnego ośrodka wypoczynkowego z katalogu biura podróży, nieprawdaż?

Karpaty w miocenie są dość niespokojne

Ich południowa część jest aktywna wulkanicznie. Proces wypiętrzania się gór jeszcze się nie zakończył. W wyniku ruchów tektonicznych Morze Tortońskie, bo tak się ono nazywa, zostaje odizolowana od otwartego morza. Z czasem wzrasta w nim zasolenie. Panujący ciepły klimat sprzyja wytrącaniu się minerałów: gipsów, anhydrytów i soli. Za 25 milionów lat na powstałych w tym miejscu złożach grubych na 350 metrów zostaje uruchomiona Kopalnia Soli w Wieliczce.

Młody Technik

Miesięcznik opisuje dalej nie tylko samą kopalnię, jej historię, budowę i stan aktualny, ale również historię eksploatacji soli kamiennej na tamtym terenie, która zaczęła się już w epoce żelaza.

Fascynatom technologii kosmicznych lutowy “Młody Technik” z 1986 roku przynosi artykuł prezentujący konstrukcję silników napędzających promy kosmiczne, elektronikom przepis na skonstruowanie domowym sposobem iluminofonii, przyszłym pracownikom zakładów meblarskich pomysł na zbudowanie własnego stolika-półeczki na książki, tuningowcom sposób na podrasowanie projektora do wyświetlania filmów 9 mm, wielbicielom motoryzacji zaś opis Suzuki Alto. Każdemu wedle potrzeb. Nawet początkującym programistom – na nich czekał 14 odcinek kursu języka BASIC, tym razem poświęcony operacjom bezpośrednio na pamięci operacyjnej komputera.

Młody Technik

A co się działo sto lat wcześniej? “Sędziwy Technik” w lutym 1986 roku donosił, że gazeta “Słowo” z 1 lutego 1886 roku donosiła, że warszawskie szpitale połączone zostaną siecią telefoniczną. W numerze z 13 lutego 1886 roku to samo “Słowo” donosi, że na nowobudujących się liniach telegraficznych słupy drewniane zastąpione zostaną słupami metalowymi, co pewnie wprowadziło w rozpacz lobby drzewne. Z kolei pismo “Kłosy” z 11 lutego 1886 roku donosi, że idzie nowe – w słynącej z hodowli owiec Australii hodowcom ulgę przyniosą instalowane na tamtejszych farmach parowe maszyny do strzyżenia owiec. Bomba!

Tym żył świat techniki i nauki popularnej w 1986 i 1886 roku.

 

Tomasz Wawrzyczek – rocznik 1969, z wykształcenia informatyk, z zawodu projektant GUI, z zamiłowania fotograf, dumny ojciec, szczęśliwy mąż, miłośnik bardzo, bardzo starych aparatów fotograficznych.

Musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement