Używane gry to prawie to samo bagno, co gry z torrentów

15.05.2012
Używane gry to prawie to samo bagno, co gry z torrentów

Chciałem dziś z wami porozmawiać o moralności, bo szczerze powiedziawszy nie wierzę, by ktokolwiek z was czytał kiedyś licencję instalowanej właśnie gry. Problemu i wątpliwości nie rozwiązują też przepisy, polskie prawo autorskie bliższe jest regulowaniu konfliktów dinozaurów, niż nowoczesnych technologii. 

A wszystko dlatego, że zarówno torrenty, jak i używane gry, szkodzą twórcom gier. Żyjemy w świecie o określonych zasadach, często powielanych od długich lat, nie zawsze natomiast słusznych. Najlepszym przykładem jest chyba instytucja bibliotek, które uważa się za miejsca nie tylko pożyteczne, ale wręcz prestiżowe. A to chyba najbardziej zmasowany i spotykający się z niemal całkowitym społecznym zrozumieniem zamach na własność intelektualną.

W dzisiejszych rozważaniach nie chcę mówić o muzyce czy filmach, ponieważ tu sprawa jest dużo bardziej złożona. Muzycy zarabiają na koncertach, a wielkie wytwórnie pochłaniają lwią część ich wynagrodzenia, spora część przychodu kinematografii generowana jest właśnie w kinach. Chcę mówić o grach, które zresztą skutecznie wyróżniają się z tego tłumu – do niedawna jeszcze twórcy gier zarabiali tylko raz: sprzedając grę. Jeśli gry nie udało im się sprzedać – nie zarabiali lub zarabiali za mało, a odsetki od kredytów rosły.

Choć Polacy są wielkimi fanami tego typu myślenia – „wielcy wydawcy mają dużo, ja jestem biedny, mam prawo ukraść grę” – nie wypada być sędzią we własnej sprawie. Producent narzuca cenę, a jedyną decyzją, która przysługuje graczowi to albo kupić, albo nie kupić. Wszystko inne jest niestety zakamuflowaną formą wybielania swoich czynów, często przybierającą wręcz formę hipokryzji.

Potępienie pobierania gier z internetu to kwestia tak oczywista, że aż trudno coś w tej kwestii nablogować. Innym problemem twórców są natomiast tak zwane „używki”, które w zasadzie zgodnie z wszelkimi przepisami prawa, a często nawet licencjami produktu, są całkowicie legalne. Nie jestem natomiast do końca pewny co do ich moralnej poprawności.

Kiedy kupujemy używaną grę twórca nie zarabia. To jest produkt, który już raz został wprowadzony do obrotu, to jest pewna historia, tak jak bilet do kina, za której poznanie musimy zapłacić. Potem możemy opowiedzieć znajomym o czym opowiadał film, a nawet spróbować go zrecenzować. Nie odstępujemy im jednak raz już wykorzystanego biletu i co do tego faktu nie ma najmniejszej wątpliwości.

Po przejściu gry kontroler biletów nie łamie płyty na pół. Sama gra ma zresztą nadal materialną postać pudełka, możemy ją komuś oddać albo odsprzedać, cały czas jednak ideą gry nie jest płyta i papierowa instrukcja – ideą tą jest wartość intelektualna, za którą płacimy te 100-200 złotych. Jest to tym bardziej istotne, że do takiej wartości możemy w przyszłości powrócić kilkukrotnie.

Używki, przy całej chwale serwisów takich jak GameTrade czy nawet Empiku, który zaczął się bawić w ich redystrybucję na własną rękę, szkodzą twórcom gier w niewiele mniejszym stopniu niż piractwo – na jednym egzemplarzu zarabiają raz, a potem możliwe, że nawet kilkukrotnie znajduje się on w obiegu. Zjawisko jest oczywiście dużo mniej spektakularne niż torrenty i autentycznie dziwi mnie, że jak na razie nikt stanowczo nie zdecydował się go potępić. Co więcej! Jeśli nawet tę brutalną prawdę objawi jakiś autorytet, to raczej on może liczyć na wzmożoną krytykę, czasem nawet, nad czym ubolewam, ze strony moich redakcyjnych koleżanek i kolegów. To jest właśnie to, o czym mówiłem w drugim akapicie: stworzyliśmy kilka reguł, które powszechnie utarły się w obowiązującym świecie i dziś nawet nie zauważamy, że założenia te są błędne.

Tworząc rynek torrentów obudziliśmy potwora w postaci seriali czy coraz bardziej wybitnych zabezpieczeń DRM. Paradoksalnie jednak to rynek używek obudził prawdziwie apokaliptyczne bestie: setki płatnych dodatków DLC czy unikalne kody do gry multiplayer, które można wykorzystać tylko raz. Twórcy bronią się jak mogą i niestety mają w tym racje. Czy w teoretycznym świecie bez obrotu wtórnego tego typu atrakcje by się nie pojawiły? Trudno powiedzieć, pewnie tak, ale tego typu pytania po raz kolejny prowadzą do oczyszczającej sumienia hipokryzji.

I właśnie do takiego rachunku sumienia chciałbym was nakłonić. Nie pytam o przepisy prawa, nie pytam czy handlujecie używkami, nie każę nawet rzucać kamieniem. Zastanówcie się po prostu czy aby na pewno wartość intelektualna jaką niewątpliwie jest gra video powinna być przedmiotem obrotu wtórnego. Pomyślcie czy nie okradamy w ten sposób twórców, nawet jeśli pływają właśnie na swoich jachtach obwieszeni złotymi łańcuchami, z najlepszym cygarem w ustach.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement