Chyba jednak trochę bardziej wolałem pierwszą część Assassin’s Creed

10.05.2012
Chyba jednak trochę bardziej wolałem pierwszą część Assassin’s Creed

Assassin’s Creed wyszedł, zachwycił graczy, a zaraz potem rozczarował. Assassin’s Creed 2 naprawił wszystkie błędy poprzednika i został obwołany genialną kontynuacją. Wygląda więc na to, że jestem w mniejszości, bo choć AC2 rzeczywiście jest grą lepszą – nie ma sensu z tym polemizować – bardziej podobała mi się „jedynka”. A piszę o tym wszystkim, bo po raz pierwszy możemy zobaczyć co zaoferuje Assassin’s Creed 3. 

Jak zapewne większość z Was z le parkour nie mam zbyt wiele wspólnego, w tej kategorii wyczynem życia było przeskoczenie ogrodzenia na Orliku, formułę Assassin’s Creed przyjąłem z wielkim zaciekawieniem – bieganie po średniowiecznym mieście, skakanie z dachu na dach, efektowne akrobacje i na dodatek walka na miecze! Na dodatek wszystko raczej w konwencji gry akcji, a nie irytującej zręcznościówki jaką jest Tomb Raider, a Prince of Persia bywa – dla mnie taka wizja była rewelacyjna.

I rzeczywiście, już po premierze zachwyciłem się Assassin’s Creedem. W tamtym okresie była to chyba najładniej wyglądająca produkcja, na dodatek główny bohater potrafił naprawdę wiele, walka z hordami przeciwników była prawdziwą rewelacją, a wszystko to zrealizowano w konwencji sandboksowej. Dostaliśmy takie średniowieczne GTA z głównym bohaterem o umiejętnościach iście filmowych.

Niestety – czar szybko pryskał. Assassin’s Creed był do bólu monotonny, spora część rozgrywki polegała na wspinaniu się na wysokie wieże oraz ratowaniu mieszkańców miast z rąk dręczących ich strażników. Całość zrealizowano z taką dokładnością, że pomimo tej monotonii grało się fajnie, ale o „dziesiątkach” czy „dziewiątkach” mowy być raczej nie mogło. Te wszystkie niedogodności miał wyeliminować Assassin’s Creed 2. I wiecie co? Prawie całkowicie mu się to udało.

Główny bohater wprawdzie dalej miał trochę monotonnych zadań, ale tym razem dodano też masę atrakcji – renesansowych celebrytów, pływanie, latanie, różnorodne tajemnice czy nawet simowy aspekt zarządzania posiadłością. I wszystko byłoby super fajne, gdyby nie fakt, że największe atuty Assassin’s Creed moim zdaniem zagubiły się gdzieś po drodze.

Wiem, że jestem w swojej opinii osamotniony, nie traktujcie mnie proszę jak całkowitego szaleńca. Metroseksualny Ezio od początku budził we mnie odrazę i cały czas tęskniłem za Altairem – asasynem z krwi i kości. Najbardziej jednak brakowało mi naturalnego otoczenia zakonu asasynów – Ziemi Świętej. Niestety, renesansowe Włochy to już zupełnie nie ten klimat. Fajnie, że w końcu jakaś gra potraktowała go na serio, ale bardzo średnio pasował mi do konwencji. Zwłaszcza, że przyszła z tym zmiana architektury.

A co za tym idzie – skończyło się radosne bieganie po dachach. Nie wiem czy tak miało być czy wyszło przypadkiem, ale o ile Altair mógł przebiec „w górze” całe miasto przeskakując na dachy, sklepienia, poręcze czy barierki, dla Ezio poruszanie się po Wenecji czy Florencji było zdecydowanie trudniejsze. Niestety, bardzo częsta była konieczność zejścia na ziemię, a następnie kolejnej, mozolnej wspinaczki. Dalej było fajnie, ale nie jednak jasne się stało, że renesansowy parkour nie umywa się do średniowiecznego.

Rozumiem też, że przez lata styl walki ewoluował, a i we Włoszech dysponowano innym typem oręża. Ezio stracił jednak coś z tej tanecznej płynności, przy użyciu której Altair wykańczał kolejnych przeciwników. Walka stała się sztywniejsza i bardziej taktyczna, w moim prywatnym odczuciu – straciła nieco uroku.

Efekt był taki, że sporą część swojego radosnego uroku straciła chyba też cała seria. Boję się, że Ubisoft raczej nie będzie zbyt wierny jerozolimskim korzeniom i coraz bardziej zamiast skakania po dachach, skupi się na filmowym opowiedzeniu tej historii. W Assassin’s Creed przez długi czas będziemy bowiem działać w odkrytym terenie. Assassin’s Creed jako gra niewątpliwie ewoluuje i to ku uciesze graczy, natomiast nie jestem do końca zadowolony z faktu, że odrzucając kompletnie nietrafione pomysły, odcina się także od tych jak najbardziej udanych, próbując zmienić to, co było idealne.

Nie chcę się tutaj już rozwodzić nad fabułą, bo i o jej dalsze losy się obawiam. Seria przypomina mi trochę serial Lost, po którym było widać, że kolejne wątki dopisywano na bieżąco i chyba nie do końca zgodnie z początkowymi założeniami. Efektem tego była nieprzekonująca, głupia historia o magicznym źródełku. Boję się, że jedną z moich ulubionych serii gier zgubi to samo.

Dołącz do dyskusji

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

Advertisement