Enslaved – świetna gra, o której w ogóle się nie mówi

19.04.2012
Enslaved – świetna gra, o której w ogóle się nie mówi

Gram teraz w Wiedźmina 2 – póki co jest super, wkrótce więcej na ten temat – ale w trakcie zabawy zacząłem myśleć o Namco Bandai, które ma szczęście do wyszukiwania naprawdę rewelacyjnych gier z tzw. drugiej ligi producentów. Zastanawiam się tylko czy Namco to firma, która jest w stanie figurować w świadomości graczy jako marka wydająca hit za hitem, a nie odważne wynalazki. Kiedy trafiłem do ekipy Spider’s Web powiedziałem sobie, że to właśnie będzie miejsce także na promowanie gier dobrych, ale pechowych, bo na przykład specjaliści od marketingu schrzanili sprawę.

Gdybym miał gatunkowo sklasyfikować Enslaved: Oddysey to the West to najpewniej najbliżej mu grom takim jak Prince of Persia, a w trochę dalszej kolejności – Assassin’s Creed. W dalszej, ponieważ jest to produkcja liniowa, która zdecydowanie niewiele ma z sandboksem. Dużo natomiast w niej walki i efektownych akrobacji. Choć produkcje Ubisoftu słyną ze starannego wykonania i dobrych wyników sprzedaży, Enslaved nie jest aż tak dopracowane, ale – co niespodziewane – daje nieporównywalnie większą frajdę z zabawy. To taka trochę historia Kopciuszka, który nie daje się gigantom. Tylko, że całkiem fajny ten Kopciuszek.

Akcja gry rozgrywa się na Ziemi, w przyszłości, po wielkiej wojnie, w której jedną ze stron były krwiożercze mechy. Ludzi dookoła jest jak na lekarstwo, natomiast przerośnięte konserwy zewsząd atakują próbując zrobić naszym bohaterom krzywdę. Bohaterom, bo Enslaved opowiada historię siłacza o imieniu Monkey i pięknej Trip, która zna się na technologiach. I to na tyle dobrze, że udało jej się zniewolić (bez przyjemności) wielką górę mięcha. Warunek jest prosty – albo Monkey eskortuje bezpiecznie Trip do domu, albo elektroniczna obręcz usmaży go na poczekaniu. Jakkolwiek fatalnie by się ta znajomość nie zaczynała, z czasem bohaterowie zakochują się w sobie.

Gra polega na pokonywaniu ogromnych lokacji przy użyciu umiejętności wspinania się i skakania, czasem mniej konwencjonalnych form podróży. Pod tym względem bije na głowę gry takie jak Tomb Raider czy Prince of Persia, gdzie ja – średnio zręcznościowy gracz, posypuję głowę popiołem – zawsze dostawałem białej gorączki od notorycznego spadania w przepaść. Tutaj to przeskakiwanie między platformami jest w miarę proste, przyjemne, a przy tym nie sprawia wrażenia banalnego – ideał.

Wielkim rarytasem jest walka. Główny bohater świetnie włada bronią białą dzięki czemu potyczki z metalowymi bestiami przypominają nieco bardziej rozwinięty Mortal Kombat, a nie sztywny model uderzania w myśl zasady „a masz, a masz”. Starcia sprawiają gigantyczną frajdę i są bardzo efektowne. Trochę boję się mówić to na głos – ale jak dla mnie pojedynki wyglądają zdecydowanie lepiej niż w Assassin’s Creed.

Fabuła Enslaved również deklasuje produkcje Ubisoftu. Jest dużo prostsza niż w serii Assassin’s Creed, a historia opowiadana w „asasynach” niebezpiecznie przypomina serial Lost, gdzie w myśl zasady „a tu walniemy białego misia, a tam damy takie dziwne źródełko” robi się z tego taka tajemnica, która bardziej śmieszy niż przeraża – nade wszystko jednak rozczarowuje. Enslaved przez długi czas to po prostu historia (nieco) miłosna z mechami w tle. Dopiero na samym końcu okazuje się, że stał za tym naprawdę ciekawy motyw, który poważnie skłania do refleksji, a może i daje widoki na drugą część.

Z tymi widokami może być jednak różnie, bo gra nie sprzedawała się tak dobrze, jak na to zasługuje. Miała dobre recenzje, a kto grał ten chwalił. Być może nieco brakowało jej „epickości” i polotu, ale nade wszystko – dobrej reklamy. Dlatego apeluję – jeśli lubicie gry akcji i znajdziecie ją w okazyjnej cenie – możecie mi zaufać, warto!

Advertisement

Dołącz do dyskusji

Advertisement
Advertisement