NIEPOPULARNA OPINIA #6: Równoczesna premiera w kinach i na VOD nie zabije kin. Skończcie z tymi apokaliptycznymi wizjami

Opinia/VOD 15.12.2020
NIEPOPULARNA OPINIA #6: Równoczesna premiera w kinach i na VOD nie zabije kin. Skończcie z tymi apokaliptycznymi wizjami

NIEPOPULARNA OPINIA #6: Równoczesna premiera w kinach i na VOD nie zabije kin. Skończcie z tymi apokaliptycznymi wizjami

Decyzja HBO Max i Warner Bros., w ramach której przyszłoroczne filmy wytwórni będą trafiać jednocześnie do kin i na VOD, wywołała mocny sprzeciw w Hollywood. Powróciły głoszone od lat apokaliptyczne wizje upadku multipleksów na całym świecie i płacz za „starymi dobrymi czasami”. A czasy nie są ani dobre, ani nawet normalne. W dobie COVID-19 trzeba wychodzić poza schemat.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nie cichną komentarze o brzemiennej w skutkach decyzji spółki WarnerMedia dotyczącej przyszłorocznego kalendarza ich premier. Należący do AT&T konglomerat medialny uznał, że perspektywa branży filmowej na rok 2021 nadal nie jest zbyt wesoła, a z kolei start HBO Max na rynku VOD okazał się dosyć blady w stosunku do osiągnięć Disney+ i Netfliksa. Postanowiono więc upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. I z jednej strony wykorzystać popularność głośnych tytułów takich jak „Matrix 4” i „Diuna” do podbudowania biblioteki swojej platformy, a z drugiej strony posłużyć się nią jako narzędziem do zmniejszenia strat tam, gdzie koronawirus zablokuje kinową premierę.

Na papierze ma to sens i pokazuje niechęć wytwórni do bezczynnego czekania na kolejną decyzję rządu o odblokowaniu czy ponownym lockdownie kin. Duża część Hollywood potraktowała strategię WarnerMedia jako atak nie tylko na tradycję kinowej dystrybucji, ale też ich własną pracę. Dlaczego? Odpowiedź jest dosyć prosta. Choć plan jednoczesnej premiery na VOD i w sieciach kinowych jest całkiem interesujący, to jego ogłoszenie zostało przeprowadzone w najgorszy możliwy sposób. W sekrecie przed wszystkimi i bez poszanowania do swoich własnych współpracowników.

Warner Bros. nauczył się na porażce filmu „Tenet”, że światowe premiery w 2021 roku nie będą możliwe.

Warto przypomnieć, iż jeszcze kilka miesięcy temu to właśnie ta wytwórnia była dla wielu „ostatnim sprawiedliwym”, który postanowił wyciągnąć rękę do kin w trudnym dla nich czasie. Nie przeszkadzało to jednak całemu środowisku przedstawiać premiery „Tenet” jako porażki i błędu z punktu widzenia finansów. Faktycznie, łączny zarobek produkcji Christophera Nolana (361 mln dol. według ostatnich danych) nie powala na kolana, ale czy naprawdę był taki zły w sytuacji, gdy kina w wielu krajach pozostawały tygodniami zamknięte?

Zapowiedzi rekordów w box office bitych przez „Tenet” od początku wydawały się oparte na bardzo nijakich przesłankach, ale przeciwnicy Warner Bros. z konkurencyjnych firm wiedzieli swoje – studio w ich oczach się wręcz skompromitowało. Czy to takie dziwne, że wobec utrudnionych warunków i powszechnych szyderstw postanowiono poszukać rozwiązań alternatywnych wobec paradygmatu: opóźnij premierę, przenieś premierę lub pokazuj nowy film niepełnej widowni? Każdy z tych wyborów ma przecież więcej ciemnych niż jasnych stron.

Oczywiście można było całą sprawę przeprowadzić lepiej. W reakcjach na decyzję WarnerMedia nie zabrakło typowej dla Hollywood przesady i melodramatyzmu. Natomiast nie zmienia to faktu, że firma zrobiła błąd, ukrywając swoje plany przed bliskimi współpracownikami. Twórcy tacy jak Christopher Nolan czy Denis Villeneuve poczuli się oszukani, wykorzystani i dali temu wyraz (więcej o ich listach otwartych przeczytacie TUTAJ i TUTAJ). Protestowali też agenci gwiazd, mający wrażenie, że HBO Max użyło popularności ich gwiazd do oczywistej autopromocji, o czym szerzej pisał portal Deadline. Wszystko to jest oczywiście spór o pieniądze, ale też o szacunek i równe szanse. I w normalnej sytuacji pewnie faktycznie należałoby słać gniewne wiadomości pod adresem Warner Bros. Ale jak wiadomo, okoliczności nie są zwyczajne.

Część komentatorów z jednej strony podważa sens posunięcia HBO Max, a z drugiej głosi apokaliptyczne wizje o końcu kin.

To w dużej mierze ciąg dalszy tej samej starej śpiewki o serwisach streamingowych, które doprowadzą do śmierci klasyczną dystrybucję. Oczywiście nic takiego się do tej pory nie stało, ale nie przeszkadza to niektórym osobom dalej snuć nierealne scenariusze o nowej platformie zabijającej stare dobre doświadczenie pójścia do kina z przyjaciółmi. I to pomimo faktu, że prowadzone od lat badania dotyczące aktywności kulturowej (takie jak „Młodzi i media: nowe media a uczestnictwo w kulturze” czy „Raport o stanie i zróżnicowaniu kultury miejskiej”) pokazują komplementarną zależność między różnymi rozrywkami u osób najbardziej zaangażowanych i najmłodszych. Oznacza to, że w grupach najmocniej aktywnych i najlepiej obeznanych z nowymi technologiami chodzenie do kina, czytanie książek czy oglądanie produkcji na VOD nie tyle ze sobą rywalizuje, co wzajemnie się napędza. Badania pokazują, że im częściej korzystamy z VOD, tym chętniej uczestniczymy w innych aktywnościach kulturalnych.

hbo max filmy

Kinom bardziej zagrażają nielogiczne decyzje władz niż ograniczona do terytorium USA zmiana w repertuarze jednej wytwórni.

Zachowajmy proporcje. Spośród ostatnich wydarzeń zdecydowanie bardziej niepokoi mnie brak wsparcia dla kin wielosalowych, które bardzo mocno ucierpiały w trakcie pandemii niż próba podbudowania biblioteki HBO Max. Mówimy przecież o Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które w ogóle nie konsultowało wcześniejszego lockdownu i ograniczeń liczby widzów z branżą filmową. A od dłuższego czasu nawet nie próbuje stawać po stronie kin i dystrybutorów, którzy bardzo słusznie zastanawiają się: „Dlaczego wciąż pozostajemy zamknięci, skoro sklepy wielkopowierzchniowe, księgarnie i galerie handlowe mogą funkcjonować?”. Bo przecież argumenty dotyczące rzekomo większego zagrożenia związanego z przebywaniem w kinach nigdy nie padły.

  • Czytaj także: Antykulturalnych działań Ministerstwa Kultury jest więcej. Ostatnio postanowiło wykorzystać protesty przeciwko niektórych decyzjom Funduszu Wsparcia Kultury jako pretekst do obcięcia dotacji wszystkim równo jak leci. Bez jakichkolwiek konsultacji czy podania przyczyn.

Nie mam tutaj zamiaru podważać trudnej sytuacji, w jakiej znalazły się kina.

Fantastyczne wyniki finansowe osiągane przez rodzime produkcje w ostatnich kilku latach zostaną w znacznej części zmarnowane na przetrwanie obecnego kryzysu. Nie taki był oczywiście plan. Zgadzam się też z pojawiającym się w środowisku stwierdzeniem, że kinom obecnie brakuje nie chęci po stronie widowni a mocnego repertuaru. A on zależy od decyzji wytwórni, które zresztą naprawdę zdają sobie z tego sprawę. Natomiast cała branża potrzebuje mądrego wsparcia państwa.

Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że znaczna część polskich polityków nie jest w żaden sposób zainteresowana kulturą. Jakby zapytać premiera pochodzącego z dowolnej opcji politycznej i w normalnych czasach, jaki film oglądał ostatnio w kinie, to przeważnie nie miałby czy nie miałaby na to żadnej odpowiedzi. Członków rządu czasem uratuje jakiś film Pixara czy Dreamworks, na którym akurat ostatnio byli z dziećmi/wnukami, ale na inne odpowiedzi nie ma co liczyć. Gdzieś na marginesie padłaby też zapewne wymówka, że dana osoba była ostatnio za bardzo zajęta sprawami państwa. I część wyborców by to kupiła, bo zawsze lepszy zapracowany polityk niż taki, który ma za dużo wolnego.

Czy nowości filmowe na HBO Max sprawią, że widzowie masowo będą opuszczać kina?

Przeszłe doświadczenia zupełnie na to nie wskazują, a nowa strategia WarnerMedia ma funkcjonować tylko w przyszłym roku. Trudno mówić więc o rzeczywiście wiekopomnej zmianie. Istnieje oczywiście szansa, że takie rozwiązanie się sprawdzi, wszyscy będą zadowoleni i Warner Bros. będzie częściej wykorzystywać ten schemat, by odbić sobie niepowodzenie produkcji spisanych na straty. Zapewniam jednak, że nikt nie będzie regularnie poświęcać setek milionów dolarów możliwych do zarobienia w box office, by promować swoje VOD. To nielogiczne i nieopłacalne. Jak tylko sieci multipleksów dostaną zielone światło na normalne funkcjonowanie, a widzowie przestaną bać się o swoje zdrowie, to blockbustery powrócą na duże ekrany. Nie ma racjonalnych argumentów, że przeciwny scenariusz jest w ogóle możliwy (poza nieskuteczną szczepionką i pandemią trwającą jeszcze kilka kolejnych lat). Ale rozsiewanie paniki na obecnym etapie naprawdę nie ma sensu.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

Teksty, które musisz przeczytać:

Czy odcinek specjalny sitcomu „Przyjaciele” dojdzie do skutku? Lisa Kudrow zdradza informacje o produkcji HBO Max

HBO Max zainwestowało olbrzymie pieniądze w możliwość pokazywania serialu „Przyjaciele”, a cały serwis miał wystartować przy fanfarach odcinka specjalnego z aktorami tej produkcji. Z powodu pandemii koronawirusa nie udało się go jednak nakręcić. Jakie będą dalsze losy tego projektu? Opowiedziała o tym Lisa Kudrow znana z grania Phoebe Buffay.

News/Seriale 18.01.2021

Dołącz do dyskusji (2)

2 odpowiedzi na “NIEPOPULARNA OPINIA #6: Równoczesna premiera w kinach i na VOD nie zabije kin. Skończcie z tymi apokaliptycznymi wizjami”

  1. Nie każdego będzie też stać na opłacenie wszystkich serwisów streamingowych, nawet tych dostępnych w Polsce. Jakość filmów w kinach też jest lepsza niż w większości domów – nawet gdybym mógł pozwolić sobie na świetne nagłośnienie, to sąsiedzi załatwili by mi eksmisję. Poza tym wyjście do kina to też okazja do spotkania się z kimś. Zaproszenie na film do mieszkania nie zawsze jest mile widziane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...