„Elegia dla bidoków” to „Trudne sprawy” z większym budżetem. Recenzujemy nowy film Netfliksa

Recenzja/Film 24.11.2020
Nasza ocena:
„Elegia dla bidoków” to „Trudne sprawy” z większym budżetem. Recenzujemy nowy film Netfliksa

„Elegia dla bidoków” to „Trudne sprawy” z większym budżetem. Recenzujemy nowy film Netfliksa

Pełen banałów i krzywdzących stereotypowych uproszczeń film „Elegia dla bidoków” ogląda się niczym przeciętną bajkę z morałem dla dorosłych.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o mediach, filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nowy film Netfliksa oparty jest na autobiograficznej książce autorstwa J.D. Vance’a, pod tym samym tytułem i opowiada historię jego własnej rodziny na przestrzeni kilku pokoleń.

W trakcie seansu poznajemy pochodzącą z Appalachów (wschodnie rejony Ameryki Północnej) rodzinę Vance, na przykładzie której twórcy filmu (a wcześniej autor książki) poddają wiwisekcji drogę białych, ubogich Amerykanów do osiągnięcia „Amerykańskiego Snu”.

Opowieść obraca się wokół J.D. – chłopca, który wychowywany był przez słynącą z nie dających się opanować wybuchów gniewu i nadużywania narkotyków samotnej matki (w tej roli Amy Adams). Także w dorosłym życiu J.D. musi zmagać się jej problemami, które rzutują także na jego przyszłość.

Na podstawowym poziomie „Elegia dla bidoków” jest historią o tym, jak młody człowiek mający ambicje, wykształcenie i możliwości próbuje gonić za swoimi marzeniami, które cały czas natykają się na przeszkody wynikające z jego pochodzenia.

I chodzi tu zarówno o rejon (Appalachy kojarzone są głównie z warstwą robotniczą, w dużej mierze zatrudnioną w górnictwie bądź hutach stali) jak i patologiczną rodzinę. J.D. próbuje więc cały czas wydostać się z tego „zaklętego kręgu”, ale nie jest to takie proste. Więzów rodzinnych nie da się tak łatwo przeciąć, nawet jeśli ma się wielkie żale i pretensje do swoich krewnych. A jego rodzina nawet na zdjęciu nie wychodziła dobrze.

I na tym poziomie „Elegia dla bidoków” może być filmem, z którym wielu widzów będzie w stanie się utożsamić. Szkoda, że twórcy tej produkcji, nad którą pieczę trzymał reżyser Ron Howard, nie tylko spłycili jej materiał fabularny, ale też zredukowali problem do mocno uproszczonych (także pod względem psychologicznym) zagadnień. Do tego cały film jest naćkany „widowiskowymi” wybuchami patologicznych zachowań kultywowanych przez matkę i wcześniej babkę J.D., w której rolę wcieliła się z kolei Glenn Close.

Tak, jasnym staje się szybko, że błędy matki mają swoje źródło w błędach jej matki i tak się nakręca ta cała spirala rodzinnych dramatów.

Howard nie odkrywa w tym względzie żadnej, nomen omen, Ameryki. Stara się niejako wręcz usprawiedliwić te wszystkie patologie (od przemocy psychicznej po fizyczną, łącznie z podpalaniem małżonka w zestawie) zrzucając winę na pochodzenie. A że biorąc pod uwagę warstwę społeczną, tego typu ludzie byli dotąd grupą, która najczęściej głosowała w Ameryce na Trumpa, próbuje niejako, na trochę głębszym poziomie, szukać w tym wszystkim powodów tego, dlaczego przez cztery lata rządził tam taki, a nie inny prezydent.

I oczywistym jest iż twórcy filmowi muszą jakoś wizualnie ubarwić opowiadaną historię, ale, nawet jeśli to wszystko oparte jest na prawdziwych wydarzeniach, „Elegię dla bidoków” ogląda się chwilami jak niezamierzoną parodię portretu patologicznej rodziny.

Takie „Trudne sprawy” tyle, że z profesjonalnymi aktorami i większym budżetem. Co scena to zażarta kłótnia, rękoczyny, członkowie rodziny Vance jak nie wywołują zamieszania na pół dzielnicy wokół siebie, to popełniają ewidentne głupoty oraz wszelkie możliwe błędy jakie tylko znajdują się w podręcznikach życia w społeczeństwie.

Howard i ekipa dążyli zapewne do realizmu, ale tak to jest jak pozwala się milionerom z mainstreamu opowiadać o „prawdziwym życiu”.

Wyszła z tego przejaskrawiona i niewiarygodna bajeczka, w której nawet największe życiowe trudy prezentują się dobrze w kadrze.

A ludzkie dramaty muszą się wpasować w hollywoodzką narrację. Zresztą, mam wrażenie, że Amy Adams czy Glenn Close znalazły się w tym filmie głównie po to, by móc powalczyć o Oscary. Close jest jak zawsze świetna, Adams już o wiele mniej przekonująca, natomiast ich role wydają się idealnie skrojone pod nagrody Akademii.

Podobnie zresztą jak cały film, którym Hollywoodzkie elity starają się odhaczyć swoje zainteresowanie problemami biednych, pochylając się nad nimi, tyle że z wygodnego dystansu. Na koniec mogą się poklepać po ramieniu i oznajmić, że się interesują.

Jeśli moje zarzuty względem „Elegii dla bidoków” do was nie trafiają, to możecie zaryzykować i dać szansę tej produkcji. Na podstawowym poziomie, może być to całkiem satysfakcjonujący dramat rodzinny. Nudzić się na nim nie będziecie, bo dzieje się dużo (wręcz za dużo).

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

24 odpowiedzi na “„Elegia dla bidoków” to „Trudne sprawy” z większym budżetem. Recenzujemy nowy film Netfliksa”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...