Idziemy na całość. Wybraliśmy najlepsze teleturnieje w polskiej telewizji

Top/TV 19.11.2020
Idziemy na całość. Wybraliśmy najlepsze teleturnieje w polskiej telewizji

Idziemy na całość. Wybraliśmy najlepsze teleturnieje w polskiej telewizji

Pandemia zabrała nam trochę „zewnętrznych” aktywności rozrywkowych, ale właśnie teraz jest dobry moment, by poratować się produkcjami telewizyjnymi. Do takich niezmiennie popularnych rozrywek należą z pewnością teleturnieje. Wybierzcie się z nami w trochę sentymentalną podróż po tych najbardziej kultowych. Niektóre z nich nadal są emitowane.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Jaka to melodia?

To chyba najbardziej pozytywny, przyjemny i wyluzowany teleturniej, jaki znam. Choć premierę miał w 1997 roku w TVP1 to mam wrażenie, że tak naprawdę to emitowany jest od zawsze. Ciekawy jest on o tyle, że nie oparto go na wiedzy ogólnej, a bardziej „specjalistycznej”, konkretniej dotyczącej muzyki rozrywkowej. Założenia chyba wszyscy znają – trójka uczestników mierzy się ze sobą o to, które z nich najwcześniej (po jak najmniejszej liczbie „nutek”) rozpozna dany utwór muzyczny.

Formuła programu jest uniwersalna i właściwie nieskończona. Nawet jak już tradycyjna telewizja totalnie przejdzie do lamusa za parędziesiąt lat, to format „Jaka to melodia?” spokojnie znajdzie dla siebie miejsce w internecie. Obecna wersja tej telegry bez Roberta Janowskiego straciła trochę ze swojej magii, ale nadal ma swoje wierne grono fanów.

Koło fortuny

To chyba mój ulubiony teleturniej wszech czasów. Nie tylko dlatego, że to pierwszy tego typu program na zachodniej licencji sprowadzony do Polski i pierwszy, który pamiętam z dzieciństwa. Do dziś podobają mi się jego założenia, będące czymś za zasadzie trochę podrasowanej wersji krzyżówek z ruletką. Zabawy w zgadywanie słów nie tylko pozytywnie działają na nasze szare komórki, ale też oswajają ze słownictwem, a tego nigdy za wiele.

Zresztą zabawa w przeróżne permutacje „Koła fortuny” żyje i ma się dobrze nie tylko w internecie, ale też pośród gier i zabaw zwykłych ludzi.

Dziwię się tylko, że w nowej, odświeżonej wersji „Koła fortuny” nie zrezygnowano z „pomocnicy” prowadzącego, której głównym zadaniem jest odsłanianie literek na tablicy (niegdyś robiła to Magda Masny, a obecnie Izabella Krzan). Technologia poszła już tak do przodu od lat 90., że można to robić automatycznie.

Idź na całość

Obok „Koła fortuny” mój ulubiony teleturniej, w dużej mierze ze względu na ciekawą formułę oraz charyzmę prowadzącego Zygmunta Chajzera, który z miejsca stał się dzięki temu programowi gwiazdą telewizji. Popularność „Idź na całość” była ogromna, ale o dziwo krótkotrwała, bo raptem 4 lata po premierze zdjęto go z anteny. Potem, parę razy próbowano go wskrzesić, ale dotąd się to nie udało. Tym niemniej, elementy programu, takie jak wybieranie jednej z bramek przez uczestnika czy „postać” maskotki Zonka, przeszły na stałe do polskiej popkultury.

Familiada

A propos pro rodzinnych teleturniejów. Chyba żaden inny show tego typu nie wpisał się tak idealnie w polskie gusta, jak „Familiada”. Dwie rodziny stają naprzeciwko siebie i mierzą się ze sobą o to, która wie najlepiej. A na dokładkę mistrz ceremonii, Karol Strasburger i jego legendarne dowcipy, które przeżyły nawet suchary z Chucka Norrisa, a to już jest epokowe osiągniecie. Tak się zyskuje nieśmiertelność.

Randka w ciemno

Niewiele jest teleturniejów, które próbują realnie zmienić życie swoich uczestników. Oczywiście jeśli padają wielkie nagrody, jak mieszkanie, ogromne pieniądze i tym podobne, to jakoś tam gry telewizyjne na te życia wpływają. Natomiast to są rzadkie przypadki. „Randka w ciemno” była o tyle szczególna, że próbowała mieć pozytywny, w założeniu, wpływ na ludzie życie osobiste, w jakimś sensie była grą pro rodzinną, bo aktywnie przyczyniała się do zwiększenia szans na pojawienie się nowych podatników.

Z drugiej strony można też na to spojrzeć trochę tak, że był to show, który strasznie uprzedmiatawiał ludzi, bo to oni byli głównymi nagrodami. Poza tym nie wiem czy poznawanie swojej potencjalnej drugiej połowy na oczach kamer i milionów telewidzów, jest dobrym pomysłem, ale w sumie, patrząc na to, co się dzisiaj dzieje w social mediach, można uznać, że pod jakimś względem był to proroczy program. Taki telewizyjny protoplasta Tindera.

Milionerzy

Chyba żaden teleturniej w historii polskiej telewizji nie miał tak potężnej kampanii reklamowej i tym samym żaden nie wywoływał takiego szumu jeszcze przed premierą. „Milionerzy” to format-fenomen zza granicy, ale i w Polsce udało się stworzyć z niego szalenie popularny program. Na wyobraźnię działała szczególnie kwota wygranej, największa w historii tego typu gier telewizyjnych.

Oczywiście największym wygranym „Milionerów” jest prowadzący Hubert Urbański, który zrobił dzięki temu programowi wielką karierę i sądzę, że po dziś dzień dorobił się większej kwoty niż to, co oferowano jako główną nagrodę w show.

Jeden z dziesięciu

Wiem, że wyjdę na ignoranta, ale dopiero jakiś czas temu niechcący spojrzałem w telewizor i zorientowałem się, że „jeden z dziesięciu” nadal jest emitowany w polskiej telewizji! To niesamowite. Ten teleturniej dzierży miano najdłużej będącego na antenach show tego typu w historii rodzimego srebrnego ekranu, przynajmniej spośród tych, które nadal są produkowane (tak mi mówi polska Wikipedia w każdym razie).

To niesamowite, bo odnoszę wrażenie, że czas się trochę jakby zatrzymał dla tego programu i dla prowadzącego Tadeusza Sznuka. Wszystko i wszyscy wyglądają tam tak samo jak w latach 90., kiedy oglądałem to jako dzieciak. I przyznaję, że jest w tym coś kojącego i uspokajającego. Możliwość ucieczki w 2020 roku z tego kakofonicznego i przekolorowanego świata pstrokacizny do przyjemnego i promującego rzetelną wiedzę programu ze „spokojniejszej” epoki to mały cud na Wisłą.

Teksty, które musisz przeczytać:

Kapuczyna raz! Jestem Grażyną i się tego nie wstydzę

Społeczna izolacja już tak chyba ma, że wyciąga z człowieka jego prawdziwą naturę. Czego nauczyłam się o sobie podczas pandemii? Nieoczekiwanie „diagnoza” przyszła ze strony redakcyjnych koleżanek, które jednomyślnie okrzyknęły mnie Grażyną. I wiecie co? Wcale się tego nie wstydzę.

Felieton/Trendy 22.10.2020

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...