„Moja książka, od kiedy ją wydałem, nie należy do mnie”. Rozmawiamy ze Szczepanem Twardochem

Wywiad/Seriale 07.11.2020
„Moja książka, od kiedy ją wydałem, nie należy do mnie”. Rozmawiamy ze Szczepanem Twardochem

„Moja książka, od kiedy ją wydałem, nie należy do mnie”. Rozmawiamy ze Szczepanem Twardochem

Wczoraj zadebiutował pierwszy odcinek serialu „Król” od Canal+. O pracy nad ekranizacją bestsellerowej powieści opowiedział nam jej autor, Szczepan Twardoch.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o mediach, filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Szczepan Twardoch – wywiad dla Rozrywka.Blog

Jakie to uczucie dla pana, dla twórcy, pisarza, zobaczyć ekranizację swojego dzieła i to ekranizację przygotowaną z takim rozmachem?

Byłem tak blisko tego serialu na każdym etapie produkcji, że miałem tylko jeden moment wzruszenia. Poza tym po prostu nie miałem czasu i byłem tak zaangażowany w tę pracę, żeby się nad tym zastanawiać. Pamiętam, że pierwszego dnia, kiedy przyjechałem na plan i zobaczyłem Michała [Żurawskiego – przyp. red.] już w kostiumie, scenografię, zobaczyłem, jak cała ta gigantyczna machina rusza, to wtedy istotnie był to dla mnie moment wielkiego wzruszenia. Uwierzyłem, że to nie tylko naprawdę się dzieje, ale że to się uda, że naprawdę ten serial zrobimy.
Potem, kiedy zobaczyłem część odcinków – do tej pory widziałem wszystkie chyba po dziesięć razy każdy, na kolejnych etapach produkcji – uświadomiłem sobie, że to bardzo satysfakcjonujące uczucie zobaczyć efekty swojej wyobraźni, które się materializują. Materializują się w świecie, postaciach, mają ich twarze, ich ciała, scenografię. To jest ogromna satysfakcja dla pisarza.

Skąd wziął się pomysł na „Króla”?

Historia „Króla” jest taka, że pierwszy konspekt, jaki napisałem chyba w 2013 roku – jeszcze pod tytułem „Kum Kaplica” – dotyczył właśnie serialu telewizyjnego. Rozmawiałem o tym serialu z pewną całkiem poważną wtedy telewizją. Nic z tego nie wyszło, więc postanowiłem, że napiszę powieść na tej podstawie.

To, że „Król” jest teraz ekranizowany, jest w pewnym sensie powrotem do początku. Pierwotny pomysł na serial oczywiście różnił się od tego, jak wygląda powieść, z kolei ten, który powstał, różni się od powieści. Można powiedzieć, że ta historia cały czas fluktuuje, mieni się – i tak powinno być.

Czy pisząc swoje książki, myśli pan filmowymi obrazami?

Tak, ja przede wszystkim myślę obrazami, mam raczej filmową wyobraźnię, nie literacką, z czego wcale nie jestem do końca zadowolony, bo wolałbym myśleć bardziej w języku, a mam w głowie najpierw obrazy, a dopiero potem szukam do nich języka, szukam brzmienia.

Jaka była pana rola w powstawaniu serialu?

Jestem jednym z czterech twórców formatu, tak to przyjęliśmy nazywać. Polegało to mniej więcej na tym, że siedzieliśmy w czterech, czyli Janek Matuszyński, Leszek Bodzak, Łukasz Maciejewski i ja, i spędzaliśmy ze sobą kolejne długie dni na siedzeniu na kanapach i rozmowach nad tym, jak ten serial ma wyglądać. Potem dołączyła do nas Dana Łukasińska i Ania Bielak. Wypracowywaliśmy wspólną koncepcję tego, czym ten serial tak naprawdę będzie. Myślę, że stworzyliśmy coś w rodzaju writers room na potrzeby tych scenariuszy.

Na następnym etapie prac byłem też autorem scenariuszy do trzech odcinków. Potem było bardzo dużo pracy przy kolejnych wersjach, bo tych było, jeśli dobrze pamiętam, kilkanaście. Po zamknięciu developmentu literackiego, w zasadzie już w przededniu zdjęć, od nowa napisałem wszystkie dialogi. Chciałem, żeby serial miał swój idiom, swój własny język.

Pracowałem też z aktorami nad językiem. Razem rozmawialiśmy o backstory ich postaci, pracowaliśmy wspólnie nad zbudowaniem dla każdej z postaci osobnego języka. Najwięcej oczywiście było pracy i radości nad językiem doktora Radziwiłłka, który jest dziwacznym slangiem. To było bardzo satysfakcjonujące, uczestniczyć w pracach kreatywnie od początku do samego końca.

szczepan twardoch wywiad krol
Szczepan Twardoch na planie serialu Król. Fot.: Łukasz Bąk

Muszę o to zapytać, bo rozmawiamy o tych detalach związanych z powstawaniem serialu, a mnie zastanawia, co jest niezbędne, żeby opowieść historyczna była wiarygodna dla widza?

Jeśli chodzi o serial, to jest pytanie, które powinien pan zadać Janowi Matuszyńskiemu.

Panu przecież też, bo pisze pan powieści historyczne.

Ja mogę panu powiedzieć, jak to działa w powieści. Fundamentem jest oczywiście research, a potem kreatywne decydowanie jak tym researchem się posługiwać, aby świat był właśnie wiarygodny, a z drugiej strony nie przeładowany. Chociaż duża cześć mojej pracy literackiej odbywa się na poziomie podświadomym. Części decyzji artystycznych nie potrafię uzasadnić, poza tym, że tak mi się wydaje, że będzie dobrze. Intuicja jest jednym z moich podstawowych narzędzi pracy.

Ale mogę powiedzieć i to jest moje zdanie, że świat serialu jest wiarygodny. Jest wiarygodny w najdrobniejszym szczególe i to widać. To, jak odrobiona jest scenografia i kostiumy, nadaje temu światu wysoką rozdzielczość. To było dla mnie bardzo satysfakcjonujące.

  • Czytaj także: 89 dni zdjęciowych i 500 paczek wypalonych papierosów. Aktorzy opowiadają o kręceniu serialu „Król”

Muszę zapytać pana o bohaterów, tak „Króla”, jak i innych powieści, choćby ostatniej „Pokory”. Pana postacie bardzo często wpadają pod koła historii, te czasem miażdżą ich, czasem wypluwają. Natomiast w pana wypowiedziach publicznych, choćby tak jak to było w sprawie z Margot, pojawia się obrona przed podobnymi siłami: społecznymi konwenansami, społeczeństwem. Słowem – pan bronił jej przed siłami, w które wrzuca pan swoich bohaterów. Czy to oznacza, że w twórczości jest pan fatalistą, a w życiu publicznym bojownikiem?

Zacznijmy od tego, że ja nie jestem działaczem. Moje zaangażowanie społeczne i polityczne ograniczają się do okazjonalnego komentowania rzeczywistości. Nie zniósłbym bycia etatowym komentatorem. Staram się wypowiadać tylko wtedy, gdy czuję, że naprawdę mam coś do powiedzenia. Gdybym musiał wypowiadać się, bo to należałoby do moich obowiązków zawodowych, to czułbym przykrą konieczność uczestniczenia w oceanie bełkotu, który nas niestety otacza.

Ma pan oczywiście rację co do światopoglądowego wydźwięku moich powieści. Moja intuicja jest raczej fatalistyczna i nihilistyczna. Nie staram się z tym walczyć, tylko jakoś to pogłębić i zrozumieć. Czy ma to związek z moim komentowaniem rzeczywistości? W kwestii Margot i w kwestii obrzydliwej homofobicznej kampanii, której jakiś specjalista od PR-u uznał za stosowne użyć jako narzędzia do mobilizowania elektoratu, to we mnie zadziałał podstawowy instynkt, że należy wstawiać się za słabszymi. Należy stać raczej po stronie słabszych przeciwko silniejszym. To samo każe mi też zabierać głos na przykład w obronie klasy ludowej przed paternalizmem warszawskiej inteligencji.

Porozmawiajmy jeszcze o postaciach. W pana powieściach bohaterowie bardzo szamoczą się ze swoją narodowością.

To jest mój temat, ponieważ złożoność tożsamości etnicznej to moje własne doświadczenie. Czy to będzie złożoność tożsamości etnicznej Ślązaka, czy różne wersje tożsamości etnicznej warszawskiego Żyda, to już jest drugorzędna sprawa. Człowiek może mieć zróżnicowaną tożsamość etniczną, która nie musi być spolaryzowana, zero-jedynkowa. Bywa to kwestia bardzo złożona, gdy jest się człowiekiem z pogranicza, bo Warszawa też była kulturowym pograniczem – graniczyły ze sobą kultura polska, żydowska, pewnie jeszcze rosyjska i tak dalej. Kwestie etniczne interesują mnie więc z powodów czysto biograficznych. To jest moje doświadczenie – bycia członkiem małego, słabego i słabo skonkretyzowanego etnosu, który od stuleci jest pod wpływem dwóch wielkich kultur: polskiej i niemieckiej. Próba odnalezienia siebie między tymi dwoma kulturami jest moim doświadczeniem i pewnie też dlatego tym się zajmuje jako pisarz.

Obok przynależności narodowej i religijnej, dużo miejsca poświęca pan eksplorowania przynależności klasowej. Jak w takim razie postrzegać Jakuba Szapiro? Czy w serialu przynależy on już do klasy wyższej, czy cały czas jeszcze do nizin społecznych?

To jest dobra intuicja. Przynależnością klasową zajmuję się z tych samych powodów, co tożsamością etniczną. To jest również moje doświadczenie i moje przeżycie. Ja jestem człowiekiem raczej z klasy ludowej, czy tam z niższej, prowincjonalnej klasy średniej, który doświadczył jakiegoś społecznego awansu dzięki swojej pracy.

Co do Jakuba Szapiro to z pewnością nie przynależy on do klasy wyższej. Jakub Szapiro jest owszem bogaty, ale jest człowiekiem z dołów społecznych. Pochodzi z żydowskiego proletariatu, czy nawet z lumpenproletariatu. I to jest dziedzictwo, którego się nie wyrzeka, jest mu wierny. W takim kraju jak Polska nie mógłby się tym człowiekiem ze strefy wyższej stać.

W pana historiach bardzo często dochodzi do starć wielkich idei i procesów historycznych. I choć pisze pan o nich zwykle z intymnej perspektywy bohatera pierwszoplanowego, to bardzo jasno widać, że te starcia pana interesują, dlaczego?

Te starcia są interesujące, bo kształtują rzeczywistość. To nie jest starcie o to, kto ma racje, a o to, jaki będzie świat w przyszłości. Być może przyglądając się tym procesom, możemy zrozumieć przyszłość świata, w którym żyjemy albo po prostu – świat, w którym żyjemy. Proces historyczny jest niezwykle skomplikowany, ale jednocześnie bardzo ciekawy.

Czy w związku z tym nie obawia się pan, że pana teksty, a teraz także serial, zostaną użyte we współczesnym dyskursie politycznym?

W ogóle się tego nie boję. Moja książka, od kiedy ją wydałem, nie należy do mnie. Można z nią robić, co się chce, można ją przeczytać i zinterpretować, jak się chce. Można jej w ogóle nie czytać, można ją podstawić pod szafkę, żeby się nie chybotała. Ja nawet nie powiem panu, że się z jakimiś interpretacjami zgadzam lub nie. Niech sobie każdy robi z moją powieścią, co mu się podoba. Staram się nawet na ten temat nie wypowiadać.

Czy pana zdaniem istnieje w ogóle coś takiego jak zła interpretacja?

Na pewno istnieją interpretacje głupie.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

Teksty, które musisz przeczytać:

Cała Polska czyta Bronisława Wildsteina, a świat może tylko zazdrościć. Spot „New Books from Poland” to żart

Promocja polskiej kultury poza granicami kraju to jeden z nadrzędnych celów stawianych przez Ministerstwo Kultury, Dziedzictwa Narodowego i Sportu podległym mu instytucjom. Najnowsza próba podjęta przez Instytut Książki spotkała się jednak z olbrzymim sprzeciwem środowiska pisarzy. Dlaczego spot „New Books from Poland” wzbudził aż takie emocje?

Opinia/Książki 25.11.2020

Dołącz do dyskusji (1)

5 odpowiedzi na “„Moja książka, od kiedy ją wydałem, nie należy do mnie”. Rozmawiamy ze Szczepanem Twardochem”

  1. “Pier…l się, Polsko” – tak Szczepan Twardoch w 2014 roku komentował wyrok Sądu Najwyższego w sprawie autonomii Śląska… od tego czasu nie przeczytałem żadnej jego książki… taki mój mały protest i niezgoda na plucie na moją Ojczyznę… Bo Twardoch twierdzi, że nie jest Polakiem a Polska nie jest jego ojczyzną i Polska go uciska… ale kasę za swoje książki i prawa do filmu zarabia w Polsce, nie w jakimś innym kraju… i żeby nie było: nie jestem jakimś narodowcem, pisowcem, ziobrystą czy innym de-bilem, chorym z urojenia… ale nie szanuję ludzi, którzy nie szanuję mnie i mojej Ojczyzny – ***** ***

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...