Kapuczyna raz! Jestem Grażyną i się tego nie wstydzę

Felieton/Trendy 22.10.2020
Kapuczyna raz! Jestem Grażyną i się tego nie wstydzę

Kapuczyna raz! Jestem Grażyną i się tego nie wstydzę

Społeczna izolacja już tak chyba ma, że wyciąga z człowieka jego prawdziwą naturę. Czego nauczyłam się o sobie podczas pandemii? Nieoczekiwanie „diagnoza” przyszła ze strony redakcyjnych koleżanek, które jednomyślnie okrzyknęły mnie Grażyną. I wiecie co? Wcale się tego nie wstydzę.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Co prawda Światowy Dzień Coming Outu już za nami (11 października), ale na szczere wyznania nigdy nie jest za późno. Do napisania tego felietonu zmobilizowały mnie redakcyjne koleżanki, które w pewnym momencie zgodnie orzekły, że jestem… Grażyną. Wszystko przez to, że kiedyś przerwałam jedną z naszych pasjonujących konwersacji na firmowym komunikatorze, żeby obejrzeć nowy odcinek „Klanu”. 

Z jednej strony był to mój strategiczny błąd, bo teraz niemal każdy „pudelkowy” temat trafia do mnie, a zamiast pisania pogłębionych recenzji Niszowych i Bardzo Ambitnych Filmów Europejskich, coraz częściej jestem proszona o teksty na temat „Sanatorium miłości” (o książkach Remigiusza Mroza nie wspominając) czy „Projektu Lady”. 

Z drugiej strony jednak, myślę sobie, że to nawet dobrze: takie zdjęcie maski bywa bardzo uwalniającym doświadczeniem. I wcale nie trzeba rezygnować z czytania Joyce’a, czy oglądania filmów Bergmana, by dać sobie odrobinę luzu i odnaleźć prostą (no dobra, czasami wręcz prostacką — ale tylko czasami) przyjemność w śledzeniu losów rodziny Lubiczów, dopingowaniu zawodników w „Kole fortuny” czy kibicowaniu rolnikom poszukujących żony.

Kiedy Graża domaga się uwagi

Moja „grażynowość” najbardziej uwidoczniła się w tym roku, mniej więcej na przełomie marca i kwietnia. Po paru tygodniach lockdownu i realizowaniu ambitnych planów na wypełnienie masy wolnego czasu (Podszkolę swój angielski! Przeczytam wszystkie trzy tomy „Archipelagu Gułag”! Obejrzę całą kinematografię Felliniego!), przyszedł czas przesytu obcowania z kulturą przez duże „k”. 

W tzw. międzyczasie rozpoczęłam pracę dla portalu Rozrywka.Blog, więc konieczność bycia na bieżąco z nowinkami kulturalnymi stała się już kwestią nie tyle wyboru i intencjonalnego samorozwoju, co zwykłego zawodowego obowiązku. 

To tylko wzmocniło moją wewnętrzną Grażynę, krzywiącą się na myśl, że po sześciu godzinach pisania o serialach i filmach, miałabym ponownie odpalić HBO GO albo TVP Kultura i zatopić się w seansie „czegoś ambitnego”.

Zlitujżesz się nad sobą kobieto, jeszcze jeden dramat psychologiczny albo dokument o ofiarach przemocy domowej, a za chwilę sama będziesz potrzebować pomocy

— karciła mnie wewnętrzna Grażyna, delikatnie potrząsając pudełkiem z herbatnikami i wskazując na zegarek, który właśnie wybijał godzinę 16:00.

Kapuczyna raz! Grażynkowa daily routine

A godzina 16:00 to dla mnie godzina iście magiczna. Właśnie wtedy rozpoczyna się mój ulubiony maraton telewizyjnej rozrywki (rzecz jasna, praca nie zawsze pozwala na to, by wziąć w nim udział, ale raz w tygodniu to dla zachowania równowagi emocjonalnej absolutne minimum). 

Właśnie o tej porze zaczyna się „Koło fortuny” (zanim zamknęli kluby fitness, zdarzyło mi się celebrować ten punkt programu na bieżni lub orbitreku, teraz jestem „skazana” na kanapę i kocyk), po którym płynnie następuje „Familiada” (w przerwie między teleturniejami należy pamiętać o uzupełnieniu filiżanki z „kapuczyną”).

I chociaż Norbi nie dorasta do pięt Rafałowi Brzozowskiemu, a Karol Strasburger serwuje coraz suchsze żarty i nawet nie udaje, że interesuje go zawodowe życie uczestników (ostatnio, rozmawiając z gościem, zajmującym się sieciami komputerowymi, usiłował się zmierzyć z jej definicją: „eee, to takie połączenie między komputerami, które nie wymaga dyskietek?”),  o które nie wiedzieć czemu nadal pyta, to jest w tej perwersyjnie prostej rozrywce jakaś magia. 

Ludzie tacy normalni, trochę jakby brzydsi niż w programach TVN, ale przez to jakże bliscy: tak, obserwowanie zmagań Haliny z Łomży, czy Andrzeja z Grudziądza usiłujących odgadnąć hasło w „Kole fortuny” jest mi czasami bliższe niż śledzenie przygód superbohaterów ocalających świat. 

Po „Familiadzie” trzeba szybko przełączyć na wspomniany TVN, gdzie właśnie rozpoczynają się „Kuchenne rewolucje” Magdy Gessler — mojej osobistej życiowej przewodniczki, która pod pretekstem rzucania talerzami („DLACZEGO WY TRUJECIE LUDZI?!“) potrafi skanalizować najgłębiej ukrytą życiową frustrację. Grubo myli się ten, co sądzi, że to program o kulinarnej wersji Violetty Villas (te loki!) przemierzającej Polskę w celu ratowania podupadłych knajp i knajpeczek. To prawda, ale tylko na pewnym poziomie. Magda Gessler to świetna (choć momentami dość kontrowersyjna) psycholożka, która na widelec bierze nie tylko kawałki źle wysmażonego boczku, ale i wewnętrzne blokady, dramaty i rozterki uczestników.

Od jakiegoś czasu TVN robi mnie w balona, bo zamiast powtórek „Kuchennych rewolucji”, emituje nowy rodzaj paradokumentu (jeśli zatrzymaliście się na etapie „Trudnych spraw” i „Dlaczego ja?”, to nawet mi was nie żal — „Sekrety rodziny” rządzą!) pt. „Rozwody”. Nie byłabym Grażyną, gdybym nie dała nowemu formatowi szansy, ale efekt był opłakany i nikomu nie polecam — już w pierwszej przerwie musiałam wykonać profilaktyczną „oczu kąpiel”, bo nawet mój zdezelowany przez „Ukrytą prawdę” żenadometr zaczął niebezpiecznie pikać.

Tym sposobem dochodzimy do godz. 18:00, która zawsze jest godziną rozterki. Wewnętrzny political junkie każe mi przełączyć na TVN24 i obejrzeć „Tak jest” (ale tylko gdy program prowadzi redaktor Morozowski), ale wtedy Grażyna zaczyna pojękiwać, że przecież na Jedynce właśnie zaczyna się „Klan”. Zwykle udaje mi się ją spacyfikować obietnicą w stylu „włączysz sobie jutro, na TVP Seriale lecą stare odcinki, to jest dopiero złoto, zobaczysz” (do czego prawie nigdy nie dochodzi) i wybieram program publicystyczny (w końcu Grażyna nie jest w ciemię bita i odrobinę orientacji na temat sytuacji politycznej w kraju też lubi mieć).

Stąd już tylko krok od szaleńczego skakania z kanału na kanał, by ze strzępów „Wydarzeń” (18:50, Polsat), „Faktów” (19:00, TVN) i „Wiadomości” (19:30, TVP1) wyciągnąć coś w rodzaju bardzo pokracznej średniej arytmetycznej wiedzy na temat stanu w kraju i na świecie. Potem leci już z górki — „Debata dnia” (ale tylko jak prowadzi Agnieszka Gozdyra), rozkrzyczane „Fakty po faktach” i wreszcie miłe grillowanko rozmówców w wykonaniu Moniki Olejnik w „Kropce nad i”.

„W tyle wizji”, ani „Szkła kontaktowego” nie tykam z powodu resztek rozumu i godności człowieka, które nie pozwalają mi dołączyć do tłuszczy żądnej publicystyki skrojonej na miarę ideowego zaspokojenia — niezależnie o strony politycznego sporu.

O tej porze więc zwykle obowiązuje prosta zasada: prysznic, paciorek i do spania (no, może przed snem 10-minutowy odcinek „Ciekawskiego George’a” na wyluzowanie albo parę stron kryminału). W końcu jutro też jest dzień i trzeba mieć energię, żeby spełnić te wszystkie grażynowe rytuały.

Jak być Grażyną i przeżyć tydzień

Równie intensywnie, co daily routine, maluje się tygodniowy rozkład grażynowych obowiązków. Po zakończeniu lektury wydawniczych nowinek i dyskusji z kolegami i koleżankami z redakcji nad wyższością wczesnego Kieślowskiego nad późną twórczością Wajdy, trzeba umysł ze złogów kultury wysokiej jakoś oczyścić. I tak, buforem dla poniedziałkowej chandry jest wieczorne „M jak miłość” lub „Projekt Lady” (bywa, że poprzedzone uroczą sjestą w towarzystwie Huberta Urbańskiego i „Milionerów”), a we wtorki Grażyna namawia mnie na obejrzenie „Kuby Wojewódzkiego” (czego później za każdym razem żałuję).

Środy są najlepsze, bo do grażynowego rytuału dołącza mąż Janusz, z którym wspólnie śledzimy losy uczestników „Top Model” (jeszcze jakiś czas temu wolał grać w tym czasie w „Football Managera”, ale trzy lata małżeństwa z Grażyną zrobiły swoje i w końcu uległ).

O czwartku nawet szkoda się rozpisywać, bo to oczywiste — nowy odcinek „Kuchennych rewolucji” jest jak relaksująca sesja mindfulness pozwalająca w całotygodniowej zadyszce (co prawda u progu mety, ale jednak z wizją piątku nad głową) złapać chwilę oddechu tuż przed finiszem.

W piątki leżę w wannie. To znaczy: leżałabym.

„A w piątki leżę w wannie”, chciałabym napisać za raperem Taco, ale nie mogę, z tej prostej przyczyny, że wanny nie posiadam. W piątki na szczęście Grażyna zdaje się wreszcie zaspokojona dawką niezobowiązującej rozrywki i w końcu mam czas, i przestrzeń na obejrzenie lub poczytanie czegoś bardziej ambitnego. 

W weekendy telewizora i komputera nie włączam prawie w ogóle, oddając się kontemplacji przyrody w pobliskich Sadach Żoliborskich, czy po prostu budując relacje z bliskimi i przyjaciółmi (choć w obecnej sytuacji raczej na odległość). W końcu mam możliwość odcięcia się od twitterowych przepychanek, spływającego wartkim strumieniem potoku informacji i porobić coś absolutnie unplugged — pograć w ulubioną planszówkę (jestem na 30. stronie instrukcji do „Twilight Struggle” — może do końca pandemii, o ile takowy nastąpi, uda mi się zagrać chociaż raz), poukładać puzzle-mapę Europy (a przy tym pokłócić się ze starym o to, gdzie leży Gibraltar), czy po prostu posiedzieć sobie z kubkiem herbaty jak rasowa jesieniara i nie myśleć totalnie o niczym.

Śmiało, bądźmy delikatni

Oczywiście powyższa wizja na potrzeby felietonu jest mocno przesadzona i generalnie szkoda by mi było życia (i oczu) na całodniowe przesiadywanie przez ekranem, ale ta hiperbola jest w tym przypadku zupełnie zamierzona. Dlaczego to wszystko piszę? Po pierwsze dlatego, że dostałam takie polecenie służbowe (sama chyba nie miałabym odwagi wyjść z grażynowej szafy z takim impetem), a po drugie — żeby zdjąć z was trochę ciężaru perfekcjonizmu. 

Wiosenny lockdown był doświadczeniem wspólnotowym na wielu poziomach i początkowo byłam zachwycona tymi wszystkimi grupkami samopomocowymi i innymi niewidzialnymi rękami. W pewnym momencie sama uległam presji maksymalnego wykorzystania czasu izolacji: ćwiczyłam szóstkę Weidera, zrobiłam porządki w domowej biblioteczce, układając książki kolorami, i o mały włos nie zapisałam się na zdalny kurs robienia na drutach. 

I nie mówię wcale, że to źle, ani nie chcę nikogo namawiać na marnowanie życia przed telewizorem (ja wypełniam tę normę za was) czy do czytania romansideł zamiast poezji tegorocznej noblistki (zresztą, konia z rzędem temu, kto znajdzie polskie wydanie jej wierszy). Chcę tylko, za sympatyczną krówką z reklamy pewnej czekolady, zachęcić do tego, żebyśmy byli delikatni: dobrzy dla siebie nawzajem i wyrozumiali. 

Żyjemy w naprawdę trudnych czasach i na razie, wbrew temu co bredzą koronasceptycy, nie zanosi się na poprawę. Śmiało: ucieszcie się dziś tym, że lada moment piątek i odgrzebcie w starych szpargałach ulubioną książkę z czasów młodości, albo obejrzyjcie w końcu serial „The Office” (tylko i wyłącznie w wersji amerykańskiej), który od miesięcy tak bardzo zachwalają wasi znajomi. 

Bo odporność to nie tylko łykanie suplementów, dezynfekowanie rąk i noszenie maseczki (nadal cholernie ważne), ale również zadbanie o komfort psychiczny. Mam w sobie głębokie, niepodparte żadnymi naukowymi badaniami przekonanie, że szczęśliwym ludziom trudniej się zarazić: nie tylko koronawirusem, ale i powszechną paniką, defetyzmem i czarnowidztwem. 

A jeśli chwilowo nie możemy poszukać szczęścia na urlopie pod palmami lub w uprawianiu ulubionego sportu, spróbujmy znaleźć odrobinę szczęścia we własnych czterech ścianach. Gwarantuję wam, że bez wychodzenia z domu, również można przeżywać wielkie przygody. 

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (21)

112 odpowiedzi na “Kapuczyna raz! Jestem Grażyną i się tego nie wstydzę”

  1. Ciekawa i trafna obserwacja dotycząca Magdy Gessler. Psychologicznego aspektu jej programu… Poza tym, to długi felieton, opisujący sposoby marnowania czasu. Sam felieton na szczęście marnowaniem czasu nie był :)

  2. Fajny luźny artykuł :) mnie nazywają Januszem, bo oglądam wycieczki na youtube :D przynajmniej wiem, które miejsca na prawdę chciałbym zobaczyć na żywo, a które są “jednozdjęciowe”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...