Polacy rzucili się na serial „Rewolucja”. Nowość Netfliksa to opowieść o krwiożerczych zombie

Recenzja/Seriale 21.10.2020
Nasza ocena:
Polacy rzucili się na serial „Rewolucja”. Nowość Netfliksa to opowieść o krwiożerczych zombie

Polacy rzucili się na serial „Rewolucja”. Nowość Netfliksa to opowieść o krwiożerczych zombie

Rewolucja francuska to okres historyczny, który wręcz prosi się o wysokobudżetowy serial zrealizowany nowoczesnymi metodami. Niech was jednak nie zmylą pozory. „Rewolucja” platformy Netflix tylko podszywa się pod tę historię za pomocą kostiumu z epoki. Wszystko po to, żeby opowiedzieć historię krwiożerczych zombie-arystokratów o błękitnej krwi.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nowa produkcja Netfliksa najlepsze wrażenie robi na początku. Widzowie ufają jeszcze wtedy umiejętnościom scenarzystów. Wizja alternatywnej historii rewolucji francuskiej brzmi na papierze niezwykle intrygująco. Aż chce się dać wciągnąć w tę opowieść. Tym bardziej, że „Rewolucji” nie sposób odmówić rozmachu. Mamy tu do czynienia z serialem o wysokim budżecie, co widać już w otwierającej sekwencji, rozgrywającej się w 1789 roku (dwa lata po rzeczywistym początku akcji serialu). Samotny mężczyzna ucieka w niej przed zamaskowanym jeźdźcem, ale zostaje postrzelony. Desperackie próby ocalenia okazują się daremne, a wyglądający na arystokratę człowiek zostaje zabity i pozbawiony głowy. Zabójcą okazuje się nastoletnia dziewczyna.

„Rewolucja” bardzo szybko pokazuje jednak swoje prawdziwe oblicze. Wizja bogatych i biednych nie mogłaby być bardziej banalna niż w tym serialu.

Fabuła produkcji śledzi losy kilku postaci znajdujących się na różnych poziomach drabiny społecznej, ale parą głównych bohaterów są tu hrabina Elise de Montargis i lekarz Joseph Guillotin. Ona to kobieta oświecona i mająca na sercu dobro ludu ciemiężonego przez coraz ostrzejsze podatki i przemoc możnych. On z kolei jest człowiekiem pełnym wzniosłych idei, zaciekawionym rozwojem medycyny, co przysparza mu kłopotów i skutecznie szkodzi karierze. Łączą ich niesamowita naiwność, a także postać Alberta – przyszywanego brata Josepha i kochanka Elise – zabitego przez de Montargisów.

Tymczasem dochodzi do coraz częstszych zaginięć młodych dziewcząt z ludu. Odkrycie zmasakrowanych zwłok młodej Rebecki budzi podejrzenia Josepha, bo ślady na jej ciele wskazują na niewinność oskarżonego o zabójstwo zbiegłego niewolnika o imieniu Oka. Guillotin postanawia go uratować, co zbiega jego ścieżki z działającym w podziemiu Bractwem sprzeciwiającym się władzy absolutnej szlachty. Niedługo później na jaw wychodzi prawda o powiązanej z voodoo chorobie, która wskrzesza ludzi, daje im niesamowitą siłę, ale też dręczy niemijającym głodem ludzkiego mięsa. Zakażonych można poznać po błękitnej krwi.

Mniej więcej w połowie 1. odcinka można się domyślić, jaką rolę będą grać wszystkie przedstawione postaci. „Rewolucja” niczym nie potrafi zaskoczyć.

Absolutnie każdy z bohaterów nowego francuskiego serialu to chodzący na dwóch nogach stereotyp. Na pierwszy rzut oka wiadomo, kto w tej układance będzie jednoznacznie dobry, a kto z gruntu zły. I nie jest to nawet wynik rzeczywistej rewolucji, która faktycznie nie lubi szarości i operuje tylko na najbardziej wzniosłych uczuciach oraz okrutnych czynach. Twórcy produkcji Netfliksa tak naprawdę nie mają żadnej ochoty pochylać się nad prawdziwą istotą Wielkiej Rewolucji. Ograniczają się do wkładania swoim postaciom w usta ostatecznych banałów w dodatku przefiltrowanych przez współczesną wrażliwość.

Możecie być pewni, że każda ważna kobieca bohaterka w „Rewolucji” będzie światła i wyzwolona, a każdy arystokrata (literalnie z jednym jedynym wyjątkiem) zepsuty i chciwy. Obraz ludu bynajmniej nie jest bardziej zrównoważony, a Bractwo zakrawa wręcz na pompatyczną parodię wszystkich ruchów wyzwoleńczych. Scenarzyści nie dostrzegli też ironii w fakcie, że choć tak usilnie starają się zachować wszystkie elementy politycznej poprawności, to swojego jedynego czarnoskórego bohatera przedstawiają jako znającego voodoo niemalże szamana. Jak widać to nie wydało się im ani odrobinę rasistowskie.

Foto: Rewolucja/Netflix/Emmanuel Guimier

W obliczu problemów z kreacjami bohaterów i zmarnowanego potencjału historycznego głupota historii o zombie niemal nie irytuje. Niemal.

Netflix swego czasu flirtował już z podobnym schematem przy okazji koreańskiego serialu „Kingdom”. Przy wszystkich słabościach tamtej produkcji potrafiła ona zdecydowanie lepiej pokazać zagrożenie płynące z ataków żywych trupów. A dbałość o realia historyczne też stała tam na wyższym poziomie (więcej przeczytacie w naszej recenzji). Oba tytuły w gruncie rzeczy wydają się jednak bliźniaczo podobne. Nawet ich fabułę można podsumować w ten sam sposób: „Członek arystokratycznej rodziny w wyniku spisku członków własnej rodziny musi zmierzyć się z zombie apokalipsą, w czym pomagają mu osoby z ludu”.

„Rewolucja” może dostarczyć rozrywki osobom, które nie mają ochoty na nic więcej niż tylko bezrefleksyjną historyjkę o krwiożerczych arystokratach. Rodzi się jednak pytanie, czy zrobienie tego typu serialu naprawdę wymagało tak olbrzymich kosztów i nakładania kostiumu historycznego? Zapewne nie. Co więcej, każdy serial staje się tym gorszy, im bardziej zaprzepaszcza warunki, w jakich został stworzony.

A „Rewolucja” marnuje potencjał czasów rewolucji francuskiej iście koncertowo.

Widać to wyraźnie w dosyć symbolicznej scenie kończącej 4. odcinek. Po nim naprawdę nie da się mieć już złudzeń, że nowy serial Netfliksa będzie czymkolwiek więcej niż kiczowatą historyjką. To właśnie wtedy na scenę wydarzeń w pełnej krasie wchodzi główny antagonista „Rewolucji”, pod co showrunner Aurelien Molas zdecydował się podłożyć remiks słynnej sarabandy G.F. Handela, Miłośnicy kina z miejsca rozpoznają ten utwór jako główny motyw muzyczny „Barry’ego Lyndona” Stanleya Kubricka.

Jest coś niezwykłego w tym, że twórcy francuskiego serialu nawiązują do jednego z najwybitniejszych filmów kostiumowych w historii właśnie w momencie, gdy pokazują absolutny brak zrozumienia nie tylko dla tego gatunku, ale też relacji między niższymi klasami a arystokracją. O czym „Barry Lyndon” również opowiada. Dlatego radzę wszystkim, żeby po prostu obejrzeli go zamiast „Rewolucji”.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (6)

8 odpowiedzi na “Polacy rzucili się na serial „Rewolucja”. Nowość Netfliksa to opowieść o krwiożerczych zombie”

  1. Film bym obejrzał, ale na serial nie będę tracił czasu. Z drugiej strony jednak nitka zazdrości, że francuski Netflix robi serial historyczny o zombie, a polski…? No ale może kiedyś Bagiński wróci do pomysłu z “Hardkorem 44” :D

  2. Wyłączyłem w połowie drugiego odcinka. Strasznie balni bohaterowie, naiwne i przewidywalne. Niech Netflix oszczędza kasę na drugi sezon “To the Lake” zamiast takie pierdoły produkować.

  3. Ocena negatywna jak zwykle przesadzona. Ten sam serial gdyby był produkcji HBO dostałby tutaj 5/5. Dobrze że zwykli ludzie mają gdzieś recenzje, serial jest hitem na Netflixie, całkowicie zasłużenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...