W 2077 roku Wrocław rozciąga się od Katowic po Pragę. Mrok nad Tokyoramą to cyberpunkowa wendetta

W 2077 roku Wrocław rozciąga się od Katowic po Pragę. Mrok nad Tokyoramą to cyberpunkowa wendetta

W 2077 roku Wrocław rozciąga się od Katowic po Pragę. Mrok nad Tokyoramą to cyberpunkowa wendetta

W 2077 roku Wrocław rozciąga się od Katowic po Pragę. O prawie do życia w tej aglomeracji marzą imigranci z całego świata. W tym rządzonym przez korporacje polis dochodzi do tragedii, która na zawsze zmienia życie wojennego weterana. Finał wendetty możecie z kolei wybrać sobie sami.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Zaczyna się jak dziesiątki i setki innych książek. Jest mrukliwy bohater, któremu stają na drodze zakapiory o zakazanych mordach. Jest mafijny herszt, stanowiący trampolinę w kierunku gęstszej intrygi. Jest oczywiście motyw zemsty, napędzającej protagonistę jak najlepsza nafta. Mrok nad Tokyoramą zaczyna się tak, że przerabiałeś tę historię już niezliczoną ilość razy, na wszelkie sposoby i wariacje. Zaraza.

Odsiecz przychodzi z czasem. W postaci Wrocławia z 2077 (hmm) roku.

Prawdziwym bohaterem nie jest wojenny weteran Rafał Tymura, ale jego twórca: Robert J. Szmidt. Pisarz ma pomysł na terytorium dawnej Polski, zamienionej w obszar wpływów ponadnarodowych korporacji. Megamiasta rozciągające się na całe województwa to efekt wielkiej wędrówki ludów, przyspieszonej katastrofą klimatyczną. Jak u Głuchowskiego, zaczęły powstawać wieżowce na 200 pięter, gdzie numer mieszkania świadczy o majątku, władzy, dobrobycie oraz przynależności społecznej. Na górze bogowie, na dole robactwo.

Świat Szmidta nie jest ani odkrywczy, ani wyjątkowy. Możliwość zanurzenia się w futurystycznym Wrocławiu trudno jednak uznać za czas stracony. Podoba mi się, że pisarz ma spójny pomysł na świat. Widać znaki jego przeszłości oraz omeny przyszłości. Szersze tło geopolityczne ma wpływ na tutaj i teraz, a tutaj i teraz jest pochodną przekonującego modelu globalnego układu sił. Słowem: Wrocław 2077 ma ręce i nogi, a spacer po nim jest wart kupionego biletu. Jak ta kamienica z futurystycznego Krakowa w Observerze – początkowo bez rewelacji, ale z każdym kolejnym piętrem bardziej fascynuje.

Wszczepy, implanty, hakerskie włamy – Robert J. Szmidt porusza się po tym niebezpiecznym, niezwykle złożonym terenie z pewną lekkością, będącą pochodną wielu lat artystycznej twórczości. Z drugiej strony cały czas miałem wrażenie, że ślizgamy się po powierzchni cyberpunkowych możliwości. Szmidt miarkuje swoje pomysły, aby ubrać książkę w gorset klasycznej historii zemsty. Wendetta jest w Mroku nad Tokyoramą najważniejsza i to ona wyprowadza Rafała Tymurę do niegdysiejszego Tokio.

Bohater ma solidny motyw, ale mimo tego kibicowałem niegodziwcom.

W Mroku nad Tokyoramą dochodzi do rzeczy dosyć nietypowej. Mój rozstrojony kompas moralny doprowadził do sytuacji, w której bardziej niż Rafałowi Tymurze kibicowałem galerii łotrów. Niczym Arya Stark, bohater miał własną listę celów do zlikwidowania. Problem polegał na tym, że do owych celów się na swój sposób przywiązałem. Nawet największa kanalia wydała mi się osobą, z którą można stuknąć kufel w barze. W ten sposób stanąłem na rozdrożu, podczas gdy akcja nieubłaganie zmierzała do wielkiego finału. Do teraz się zastanawiam, czy ta sympatia wobec obozu kanalii to wina autora, jego świadome działanie, a może ze mną jest coś nie tak.

Robert J. Szmidt rozgrywa swoją intrygę przy pomocy partii szachów i nie jest to żadna wymyślna metafora. Autor zaprojektował ciekawe połączenie sportu, walki i bezlitosnego mordu, prezentując krwawą uciechę tłumów jako rozrywkę na miarę drugiej połowy XXI wieku. Połączenie logicznych szachów z bezpośrednią szermierką to cały świat w świecie, jak blitzball w Final Fantasy X czy Gwint z trzeciego Wiedźmina. Aż chciałoby się samemu rozegrać partię. Jednocześnie makabryczne szachy są (zbyt) łatwym sposobem na narracyjne zwieńczenie dzieła i trochę żałuję, że autor nie postanowił wywrócić szachownicy.

Nie podoba ci się zakończenie? Wybierz sobie drugie!

Jednym z popularnych motywów cyberpunka jest zatarcie granicy między tym co realne i tym co fikcyjne. Real i cyfra. Prawda i kłamstwo. Miesza się to wszystko w wielkim kotle wszczepów, sieci, kabli i implantów, przez co nigdy nie można być do końca pewnym. Siebie. Otoczenia. Wydarzeń. Dlatego uśmiechnąłem się do siebie, gdy zaraz po ostatnim zdaniu i wyrazie „koniec“ zobaczyłem nietypowy akapit:

Jeśli czujesz się usatysfakcjonowany lekturą, odwracasz tę kartkę na własną odpowiedzialność…

Pisałem już wam: marzyła mi się wywrócona szachownica. Oczywiście odwróciłem więc kartkę. Tam z kolei – jak to bywa w cyberpunku – nie było ani szachownicy, ani nawet stolika do wywrócenia. Oczywiście więcej nie zdradzę, ale Szmidt ma u mnie plusa za możliwość pozostawienia przez czytelnika hełmu VR na głowie. Lub jego zdjęcia.

Całe to cyberpunkowe zamieszanie.

Premiera Mroku nad Tokyoramą zapewne nie jest przypadkowa. Wchodząc do typowej księgarni w centum handlowym, można odnieść wrażenie, że dystopijna przyszłość jest ulubionym tematem polskich pisarzy. To oczywiście pochodna wielkiego balonu z napisem Cyberpunk 2077, pompowanego nieprzerwanie od dłuższego czasu. Stąd wskazana jest wzmożona podejrzliwość i zdystansowanie czytelników. Na szczęście Mrok nad Tokyoramą nie sprawił, że poczułem się nabity w butelkę. Tytuł nie wpisze się do cyberpunkowego kanonu, ale spędzony z nim czas zdecydowanie nie uważam za stracony.

Chciałbym napisać tak o każdej książce wydanej na skutek polskiej gry wideo, ale niestety nie mogę.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

135 odpowiedzi na “W 2077 roku Wrocław rozciąga się od Katowic po Pragę. Mrok nad Tokyoramą to cyberpunkowa wendetta”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...