Na świecie pandemia, a w kinach film o globalnej katastrofie. Ale paradoksalnie „Greenland” warto zobaczyć

Recenzja/Film 25.09.2020
Nasza ocena:
Na świecie pandemia, a w kinach film o globalnej katastrofie. Ale paradoksalnie „Greenland” warto zobaczyć

Na świecie pandemia, a w kinach film o globalnej katastrofie. Ale paradoksalnie „Greenland” warto zobaczyć

Jeśli zawsze, kiedy oglądaliście filmy katastroficzne, brakowało wam w nich pierwiastka ludzkiego, to „Greenland” najprawdopodobniej zaspokoi wasze potrzeby. Choć świat wokół nas nie jest obecnie zbyt pozytywnym miejscem, to zaryzykuję stwierdzenie, że ten film zadziała na was terapeutycznie.

Bohaterami „Greenlandu” są członkowie rodziny Garrity. John (w tej roli Gerard Butler), Allison (Morena Baccarin) oraz ich synek Nathan przechodzą właśnie kryzys, gdy cały świat dowiaduje się, że do Ziemi zbliża się kometa Clarke. Z początku miała ona ominąć naszą planetę, ale okazało się, że naukowcy się pomylili i obecnie ludzkości zostały 2 dni, zanim największy kawałek ciała obcego uderzy w Europę i tym samym zmiecie z powierzchni Ziemi większość życia na kuli ziemskiej.

Na szczęście dla naszych bohaterów, rodzina Garrity została wybrana przez amerykański rząd do tego, by udać się do atomowego schronu, znajdującego się na odległej Grenlandii. Dotarcie tam wcale nie będzie takie łatwe. Sytuacji nie poprawia fakt, że syn Johna i Allison choruje na cukrzycę.

Być może opis fabuły nie brzmi zbyt dobrze na papierze czy ekranie laptopa/smartfona, ale już oglądając „Greenland” widać, że twórcy całkiem nieźle pospinali to w całość. Oczywiście nie brakuje tu całej masy dziur scenariuszowych, absurdów i fabularnych wycieczek na skróty, nierzadko niezbyt mądrych. O dziwo jednak, na tle całej masy C-klasowych filmów tego typu, „Greenland” wcale nie wypada tak źle.

Co ciekawe, „Greenland” wcale nie jest klasycznym kinem katastroficznym. To bardziej… dramat rodzinny. Jakkolwiek to dla was brzmi.

Byłem zaskoczony, i to dość pozytywnie, tym na jakich aspektach tej historii skupili się twórcy. Sam armagedon jest w tym filmie dość… skromny. Wynika to zapewne z malutkiego, jak na tego typu kino, budżetu (niecałe 35 mln dol.) Przez większość czasu trwania filmu oglądamy co najwyżej ładnie i niepokojąco zarazem zabarwione ziemskie niebo, zwiastujące katastrofę albo spadające z oddali odłamki komety. Sekwencji katastroficznych nie ma tu wcale dużo, a jak już są, to widać gołym okiem marnej jakości CGI. Także jeśli idziecie do kina z myślą o powtórce z „Dnia niepodległości” czy „2012” (a zwiastuny trochę tak to przedstawiają), to się srogo zawiedziecie.

Natomiast na poziomie emocjonalnym i dramaturgicznym „Greenland” działa zadziwiająco dobrze. Oczywiście jeśli przymkniecie oko na wspomniane wcześniej słabości scenariusza. Z jednej strony, tej bardziej logicznej, walka o przyszłość swojej rodziny w kontekście zagłady życia na Ziemi wydaje się średnio przekonującym pomysłem. Tak samo jak sytuacja, w której główni bohaterowie się w pewnym momencie rozdzielają, bo John musi wrócić po leki na cukrzycę dla syna. To piękne i bohaterskie z pewnego punktu widzenia, ale nie w momencie, gdy, dosłownie, kończy się świat. Bohaterowie „Greenland” mają więc problem z priorytetyzacją pewnych istotnych kwestii.

I tego typu kwiatków jest w tym filmie więcej. Już choćby sam pomysł na to, że najlepszym miejscem na ucieczkę do schronu atomowego, w sytuacji, gdy epicentrum niszczącego wybuchu będzie mieć miejsce w Europie Zachodniej, jest ten na Grenlandii aż sam się prosi o niewybredne żarty.

Mnie ciekawi też czemu polski dystrybutor nie przetłumaczył na nasz język tytułu „Greenland”. To nie jest w tym filmie nazwa własna jakiegoś ośrodka, grupy specjalnej, czy superbohaterski alias. To po prostu nazwa kraju. Rozumiem, że pewnie po prostu angielski tytuł brzmiał lepiej w kontekście tej produkcji, ale jest to decyzja kompletnie bez sensu.

Te wszystkie wyżej wspomniane słabości często są jednak względnie nieźle tuszowane.

Pełne histerii momenty zręcznie odwracają naszą uwagę od meritum i sprawiają, że dajemy się im porwać od strony emocjonalnej. A te nuty wygrane zostały już całkiem sprawnie. Twórcy skorzystali z okazji, że opowiadają o apokalipsie, by wypunktować kilka razy wszystkie grzechy i ciemne strony ludzi. Choć też nie brakło sytuacji, które przywracały wiarę w ludzkość.

Jest to oczywiście artystyczny cios poniżej pasa skierowany w widza, ale on działa. Sam siedziałem w fotelu solidne zaangażowany w tę opowieść i trzymając kciuki za bohaterów, choć wiedziałem, że nie jest to scenopisarski majstersztyk. A sam dramatyczny wątek, który zdecydowanie przeważa nad resztą wydawał mi się miłym odświeżeniem w kinie katastroficznym, w którym dotąd postaci służyły głównie jako pionki, bądź ludziki uciekające przed eksplozjami bądź stające się ich ofiarami.

Duża zasługa w tym wszystkim niezłych, jak na tego typu produkcje, kreacji aktorskich.

Gerard Butler tym razem nie wciela się w super komandosa (uff), tylko zwykłego swojskiego inżyniera.

Ale i tak parę razy znajdzie się w sytuacji, w której jego pięści będą musiały pójść w ruch. Jednak w gruncie rzeczy jest to całkiem obszerna rola dramatyczna. Wyszedł z niej obronną ręką dzięki niezawodnej charyzmie, sprawiającej, że wierzymy mu, zarówno gdy oglądamy go jako ochroniarza prezydenta USA, jak i kochającego ojca.

Partnerująca mu Morena Baccarin dostała o wiele bardziej melodramatyczne zadanie, ale w gruncie rzeczy także się wybroniła i stworzyła przekonującą, naturalnie prezentującą się na ekranie postać.

Powtórzę jednak, że jeśli dramat rodzinny nie jest tym, czego oczekujecie po „Greenland”, a chcecie zobaczyć klasyczną rozwałkę, to, niestety dla was, nie ten adres.

Tym niemniej, to na pewno nie jest przyjemny film. Przez większość seansu nastrój jest przerażająco-przygnębiający.

Chaos i zbliżająca się nieuchronna zagłada, szczególnie oglądana na dużym ekranie, potrafią robić przytłaczające wrażenie. Ale w tego typu obrazach jest co terapeutycznego, w końcu także i taką rolę powinna pełnić sztuka, nawet jeśli mówimy o jej rozrywkowej odnodze.

I paradoksalnie warto „Greenland” zobaczyć w kinach, nawet pomimo faktu, że rzeczywistość związana z COVID-19 nie maluje się wcale w pozytywnych barwach. Przyszłość jest niepewna, wielu ludzi cierpi, ale po wyjściu z kina poczułem jakąś ulgę, wracając do realnego świata i stwierdziłem, że… może być gorzej.

Może to dla was pokrętna logika, ale w jakimś stopniu, taka terapia szokowa potrafi poprawić nastrój. A po co innego w końcu powstaje kino, szczególnie rozrywkowe? Niegdyś kino katastroficzne było czystą eskapistyczną papką prezentującą abstrakcję. Dziś może być lekarstwem na niepokój ducha, przynajmniej u niektórych.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

32 odpowiedzi na “Na świecie pandemia, a w kinach film o globalnej katastrofie. Ale paradoksalnie „Greenland” warto zobaczyć”

  1. Kilka(naście) lat temu oglądałem w TV hiszpańskojęzyczny bodaj film o podobnej strukturze. Gdzieś tam w tle leci na Ziemię kometa a tymczasem bohaterowie próbują umknąć mordercy czy innemu złolowi. I właśnie ten paradoks był siłą filmu. Kibicujemy bohaterom w pokonaniu wroga, choć wiemy, że i tak za chwilę wszyscy zginą. Nie pamiętam, niestety, tytuł. Jeśli ktoś kojarzy, dajcie znać, chętnie obejrzę raz jeszcze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...