„Mulan” to uczta dla oka i jeden z lepszych aktorskich filmów Disneya – recenzja

Recenzja/Film 11.09.2020
Nasza ocena:
„Mulan” to uczta dla oka i jeden z lepszych aktorskich filmów Disneya – recenzja

„Mulan” to uczta dla oka i jeden z lepszych aktorskich filmów Disneya – recenzja

„Mulan” to pełnoprawne hollywoodzkie widowisko, jakiego brakowało nam w kinach przez minione wakacje 2020. Choć daleko mu do ideału, to jednak film Disneya z pewnością robi wrażenie, w większości pozytywne.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

„Mulan” jest aktorskim remakiem animacji Disneya z 1998 roku i tym samym stanowi też najlepszy, bo najbardziej przemyślany, przykład adaptacji animowanego pierwowzoru. Film w reżyserii Niki Caro nie powiela błędów poprzedników, czyli nie jest kuriozalną fotorealistyczną animacją z gadającymi zwierzętami jak „Król lew”, ani tanią podróbką bollywoodzkich produkcji jak „Aladyn”.

„Mulan” to film, który, opierając się na fundamentach oryginału, potrafił znaleźć swój rytm i koloryt.

Fabuła jest niemalże taka sama jak w animacji. Główną bohaterką, jest tytułowa Mulan (w tej roli Yifei Liu), córka Hua Zhou, która musi przystosować się do życia wtłoczona w sztywne schematy tego co mogą i powinny robić kobiety i jaka jest ich z góry ustalona rola społeczna.

W obliczu niebezpieczeństwa ze strony atakujących kraj złowrogich sił, wspartych przez złą czarownicę, władca państwa wydaje rozporządzenie wymagające od obywateli, by każda rodzina wyznaczyła jednego męskiego potomka, który trafi do armii i będzie walczył z wrogiem. Jako, że Hua Zhou ma same córki, a Mulan skrywa w sobie ponadprzeciętne moce, dziewczyna postanawia udawać chłopca i jako żołnierz stawić czoła przeciwnikom.

Głównym wyróżnikiem między filmową i animowaną wersją „Mulan”, która rzuci się wam w oczy niemal od razu jest fakt, że Disney w tym przypadku zrezygnował z musicalowych wstawek w formie piosenek (na szczęście). Ograniczono też do niezbędnego minimum wszelkie elementy magiczne, w tym uwielbianego przez fanów animacji smoka Mushu. Moim zdaniem jest to wielki plus.

Aktorskie remaki nie powinny być niewolniczo bliźniaczymi wersjami wcześniejszych filmów, tak jak to było w przypadku „Króla lwa”, gdyż jest to artystycznie nijakie, wręcz uwłaczające jego twórcom.

Aktorski „Mulan” jest więc tą samą historią, ale opowiedzianą trochę inaczej. I to ma sens. Tym bardziej, że Niki Caro dopasowała ją do poetyki filmu aktorskiego, dając nam wystawne widowisko z miksem kina sztuk walk. Coś a la „Hero” bądź „Dom latających sztyletów”, tyle że w wersji familijnej.

Film prezentuje się bardzo dobrze od strony wizualnej, tak więc Amerykanie mogą nam spokojnie zazdrościć możliwości oglądania „Mulan” w kinach (u nich dostępny jest, na razie, tylko w Disney+). Na małym ekranie nie będziemy mogli nasycić oczu feerią kolorów, które przyjdzie nam oglądać, docenić rozmachu tej produkcji w pełnej krasie, delektować się kostiumami. Piszę o tym, gdyż te elementy są jednymi z głównych „gwoździ programu”.

Pod względem czysto widowiskowym „Mulan” absolutnie spełnia oczekiwania. Aczkolwiek raczej widza kina familijnego niż hollywoodzkich superprodukcji.

Bo choć „Mulan” robi bardzo pozytywne wrażenie od strony wizualnej, to jednak nie jest to poziom największych widowisk made in Hollywood z ostatnich trzech lat. Reżysersko jest sprawnie, ale bez większych rewelacji formalnych. Znany ze zwiastuna pomysł na zmianę kąta kamery podczas scen akcji jest całkiem efektowny i ciekawy, ale nie dość, że pojawia się on w filmie jeszcze kilka razy i traci szybko na swojej świeżości, to jest też jedynym w miarę ciekawym zabiegiem tego typu.

Sceny akcji są przyzwoite, ale to w dużej mierze zasługa kaskaderów bądź choreografii, a tam gdzie potrzeba skorzystać z pomocy CGI widać niedoróbki. Co dziwi, gdyż mówimy o filmie za 200 mln dol. Znam produkcje ponad dwa razy tańsze i z lepszymi efektami.

Ponadto zabrakło mi jakichś naprawdę godnych zapamiętania sekwencji, widowiskowych scen, których wizualna maestria zapisałaby mi się w pamięci. Wszystko jest w „Mulan” dopięte na ostatni guzik, ale bez fajerwerków, które w przypadku tej produkcji by się przydały.

A od strony fabularnej, też świeżości nie uświadczymy, bo po „Krainie lodu” czy nowej trylogii „Star Wars” opowieści o kobiecej sile, która nie powinna być tłumiona nie robią już takiego wrażenia i nie mówią nic nowego.

Tym bardziej, że, przypominam, jest to ta sama historia, którą znają widzowie animacji sprzed ponad 20 lat. Co tylko udowadnia, że obecnie promowane przez Hollywood historie o emancypacji i sile kobiet wcale nie są wymysłem drugiej dekady XXI wieku i bojowników sprawiedliwości społecznej.

Mimo wszystko też, animowany „Mulan” wydawał się głębszy fabularnie, wersja filmowa sprawia wrażenie dość płytkiego podsumowania tego, o czym opowiadał oryginał i trochę na szybko odhacza główne wątki bez pełnego zaangażowania emocjonalnego w opowiadaną historię.

Wracając jednak do samego filmu – „Mulan” to bez wątpienia udane widowisko w wersji dla całej rodziny. Nadal uważam, że najlepszym remakiem animacji Disneya pozostaje „Księga dżungli”, ale film Niki Caro spokojnie wyprzedza całą resztę o kilka długości. A jeśli i tak podobały wam się aktorskie wersje „Aladyna” czy „Pięknej i bestii” to „Mulan” bez problemu porwie was bez reszty. Cała reszta widowni może spokojnie odjąć sobie jedno oczko od oceny.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News. 

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (10)

10 odpowiedzi na “„Mulan” to uczta dla oka i jeden z lepszych aktorskich filmów Disneya – recenzja”

  1. obejrzeć się da, ale zamiast smoka dali feniksa, za co daje karny punkt, jak chcieli magiczności to smok byłby lepszy :[

    Swoją drogą fajny myk, promowanie dziewczyny która widzi mityczne ptaki, czyli aberracje psychiczne są ok ?

    • To akurat nic by nie zmieniło ;) – Ptak symbolizuje sprawiedliwości i odrodzenie ale niestety został tak nachalnie w każdej praktycznie scenie prezentowany że mógł wywołać tylko śmiech politowania, zwłaszcza w scenie w której Mulan dostała naglę szydeł z tle z patetyczną muzyką uśmiechnęłam się pod nosem ;)

  2. Ale Polskie tłumaczenie… Tragedia.Przecież takie tłumaczenie psuje całkowicie obraz filmu.Tutaj jak coś to tylko oryginał oglądać bo niestety ale Polski akcent tu nie pasuje ewidentnie.

  3. nie powiela błędów poprzedników, czyli nie jest kuriozalną fotorealistyczną animacją z gadającymi zwierzętami jak „Król lew”, ani tanią podróbką bollywoodzkich produkcji jak „Aladyn”

    Błędów? Dzięki dość wiernemu oddaniu dało się je oglądać i potrafiły przywołać uśmiech i podobne emocje jak pierwowzory. Tu jakiejkolwiek wartości dodanej brakuje, a muzyka gdzieś tam na 3 planie.

    Ograniczono też do niezbędnego minimum wszelkie elementy magiczne, w tym uwielbianego przez fanów animacji smoka Mushu. Moim zdaniem jest to wielki plus.

    Co? W oryginale w ogóle nie było elementów magicznych. Ew. można by do nich zaliczyć symboliczne duchy przodków i smoka towarzysza.
    Nowa Mulan natomiast skupia się na jakiejś magicznej energii chi, która jest w niej silna, do walki wykorzystuje magiczne moce i konkuruje z drugą czarownicą, która już w ogóle nie jednego absolwenta Hogwartu by położyła swoimi umiejętnościami. Nie mówiąc już o widzeniach magicznego feniksa. Czy my oglądaliśmy ten sam film?
    W oryginale Mulan wykazywała się siłą woli, umiejętnościami wypracowanymi w trenigu jak pozostałych oraz sprytem. Tutaj pomaga jej wrodzona moc co w ogóle umniejsza jej dokonaniom.
    Ten wątek feministyczny ze złą czarownicą jeszcze mógłby zostać, gdy ale tę całą magię to sobie mogli podarować tak naprawdę.

    Walka niby ok, ale duży niedostyt, bo było jej mało. I była ugrzeczniona, żadnych spektakularnych i drastycznych wymian ciosów.
    Jak już idą w realizm bez piosenek, z większą ilością mroku, złą czarownicą, to mogli iść na całość i dać trochę akcji dla dojrzalszego widza.

    A tak mamy takie niewiadomo co, może fajne na 10-12 latków do obejrzenia na raz, ale z piosenkami i bliższe pierwowzoru byłoby dla tej grupy znacznie lepsze. Dla starszego widza z kolei za mało wszystkiego co by go mogło zainteresować.

    Podsumowując, obok oryginału nawet nie stało. 6/10, drugi raz nie ma po co oglądać.
    Jak już idą w zmianę fabuły, i wycięcie tego co najlepsze w animacji, to trzeba było iść na całość i zrobić Mulan dla nastolatków i dorosłych, a nie kino do obejrzenia przy schabowym.

    • Jaki jest sens robienia tego samego co w animacji przy okazji aktorskiego remaku? Po co robić te same filmy? Na serio dobrze się bawiłeś oglądając przedziwną wersję Króla lwa w ujęciu paradokumentalnym, gdzie nijakie i pozbawione wyrazu twarze bohaterów z jednej strony wyglądały jak prawdziwe, a z drugiej śpiewały piosenki? Albo na Aladynie, który pomimo ogromnego budżetu wyglądał jak tania podróbka bollywoodzkich filmów? Jeśli jest jakikolwiek sens w remakach (poza żerowaniem na sentymentach i zarabianiem na nich pieniędzy) to powinno być to właśnie twórcze przełożenie tego, adaptowanie do innych warunków i poetyki. Animacje/bajki rządzą się swoimi prawami, a filmy fabularne swoimi. Jeśli wolisz dostawać w kółko to samo i dawać zarabiać na tym braku kreatywności hollywoodzkim studiom, to gratuluję. Także dlatego, że będziesz dostawał od tych studiów właśnie to, czego chcesz. P.S. Mimo wszystko, nasze oceny tego filmu są takie same, ja też mu dałem 6/10, czyli nasze 3 gwiazdki.

      • Dobrze się bawiłem, choć też uznałem, że oryginał lepszy.
        Za to Alladyna animacji aż tak dobrze nie pamiętam, ale film jako podróbka bollywoodzkich filmów mi się bardzo podobał. Może dlatego, że mało widziałem bollywoodzkich produkcji.
        Niemniej jak już chcieli pokazać historię Mulan inaczej, to mogli to zrobić lepiej.
        Albo wersja dojrzalsza, albo dla dzieci. Tu ani w jedną ani w drugą nie jest fajnie
        i wg mnie historia w ostatecznym rozrachunku wyszła bardziej infantylnie niż w animacji.
        Wątek feministyczny ok, takie mamy czasy, ale też mogli go zrobić inaczej, żeby był bardziej satysfakcjonujący, a nie taki żeby był.

  4. Bajki Disneya słyną z musicalowych wstawek i magii więc Mulan bez tych elementów jest niczym więcej niż żerowaniem na sentymentalności fanów animacji. Ten artykuł jest pierwszą pozytywną opinią jaką usłyszałem/ przeczytałem, i o ile nie twierdzę że powinniśmy mieć taką samą opinię o tyle chce zaznaczyć że film ten warty zachodu jest tylko ze względu na to jak się prezentuje gdyż jest to jedyny pozytyw. Osobom chcącym obejrzeć że względu na zamiłowanie do oryginału odradzam.

    • Nadmienię tylko, że ja wcale jednoznacznie nie chwalę tego filmu. Wytykam mu trochę wad. Polecam też sprawdzenie jak oceniają ten film inne portale, a zapewne znajdziesz i bardziej pozytywne oceny. Zresztą to o czym sam piszesz, jest niejako powtórzeniem mojej opinii. Ładna forma to jeden z głównych powodów, dla którego warto go obejrzeć. I to tylko w przypadku młodej widowni, bo to kino familijne. Btw. czyli jakby były musicalowe wstawki oraz gadający smok, to wtedy nie byłoby to żerowanie na sentymentach? ;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...