Netflix chce mieć własne „Gwiezdne wojny” i „Harry’ego Pottera”. I wcale mnie to nie dziwi

News/Film 06.08.2020
Netflix chce mieć własne „Gwiezdne wojny” i „Harry’ego Pottera”. I wcale mnie to nie dziwi

Netflix chce mieć własne „Gwiezdne wojny” i „Harry’ego Pottera”. I wcale mnie to nie dziwi

Netflix marzy o własnej franczyzie filmowej, która będzie mogła konkurować z „Gwiezdnymi wojnami” i „Harrym Potterem”. Szykuje nam się więc kolejna seria pełna familijnej akcji i widowiskowego fantasy.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Cóż za dziwne czasy. Kina zamieniły się w telewizję, a serwisy VOD próbują pójść ich śladem. W końcu robienie pojedynczych filmów nie ma dzisiaj racji bytu. Wielkie studia celują we franczyzy, wielkie uniwersa, które pozwolą im jedną, powtórzoną wielokrotnie formułą regularnie sięgać do kieszeni widzów. Do tego dochodzi jeszcze komercyjny potencjał tkwiący w spin-offach i możliwościach brandowania płatków śniadaniowych, szczoteczek do zębów, czy dezodorantów. Tak, dzisiaj najbardziej dochodowe są wieloodcinkowe serie pełnometrażowych produkcji.

Netflix świetnie zdaje sobie z tego sprawę.

Platforma na pewno czuje na szyi oddech innych serwisów streamingowych. Disney+ ma już ponad 60 mln użytkowników. Oczywiście, do ponad 190 mln subsrybentów wielkiego N ta liczba jeszcze się nie umywa, ale weźmy pod uwagę, że serwisem Myszki Miki mogą na razie cieszyć się jedynie mieszkańcy kilku krajów na świecie. Jego globalna ekspansja jest w całkiem niedalekich planach.

Nawet jeśli Netflix obawia się konkurencji ze strony podobnych podmiotów, to wciąż konkuruje przede wszystkim z kinami. Bardziej niż o popularność chodzi w tym wypadku o reputację. Serwis od początku swojego istnienia pragnie stawać w szranki z największymi hollywoodzkimi studiami, dlatego robi wszystko, aby zdobywać nagrody na ważnych, branżowych festiwalach. Rozpoczął więc współpracę z szanowanymi reżyserami, wykładając grubą kasę na „Irlandczyka” czy „Pięciu braci”.

To jednak wciąż mało. Netflix ciągle chce więcej. Dlatego szykuje się do stworzenia własnej popularnej franczyzy. Niedawno dowiedzieliśmy się, że bracia Russo mają wyreżyserować „The Gray Man”, a produkcja ma dać początek serii w stylu filmów o Jamesie Bondzie. Tylko znowu będą to produkcje skierowane do dorosłego widza. A przecież, jak nauczyło nas Kino Nowej Przygody, prawdziwe pieniądze leżą w opowieściach familijnych.

Netflix chciałby więc stworzyć własną franczyzę, która będzie mogła konkurować z „Gwiezdnymi wojnami” czy „Harrym Potterem”.

W niedawnym wywiadzie dla The Hollywood Reporter Tendo Nagenda, VP od filmów oryginalnych platformy, powiedział:

Spoglądamy na filmy PG dla szerokiej publiczności, jak na coś, czym chcielibyśmy się zająć. Miałoby to być coś w stylu pierwszych „Gwiezdnych wojen” albo „Harry Potter” 1&2. Dużo familijnej akcji i fantasy. Filmowe widowiska, które naszym zdaniem mogą się świetnie sprzedać. Historie w stylu „Jumanji”. To nasza następna granica do przekroczenia… Chcielibyśmy zachęcić utalentowanych twórców, aby myśleli w ten sposób. George Lucas stworzył „Star Wars” – nie było to oparte na książce. Jeśli masz taką wyobraźnię – jak Wachowskie z „Matrixem” – to jesteśmy miejscem, aby eksperymentować z takimi innowacyjnymi pomysłami.

Włodarze Netfliksa mają duże szanse na spełnienie swoich marzeń. W końcu przez pandemię serwis zyskał sporo subskrybentów. A wszystko wskazuje na to, że platformy VOD są teraz pewniejszą przyszłością niż kiedykolwiek wcześniej. Nawet Disney pozbył się złudzeń, że w najbliższym czasie kina wrócą do swojej dawnej formy i postanowił wypuścić „Mulan” na Disney+.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (11)

11 odpowiedzi na “Netflix chce mieć własne „Gwiezdne wojny” i „Harry’ego Pottera”. I wcale mnie to nie dziwi”

    • Tak, masz rację. Ja jestem jednym z wielu milionów fanatyków SW. To uniwersum to jest już legenda, nawet moja 90-letnia Babcia zna Gwiezdne Wojny. A konkurencja Star Wars moim zdaniem źle by się przyjeła i to bardzo.

    • VP od originalsów Netfliksa widocznie o tym zapomniał… Tak jak większość użytkowników. Niemniej mogliby rzeczywiście to wykorzystać.

  1. Od dość dawna mówi się o ekranizacji czegoś z bogatego cyklu Davida Webera o Honor Harrington.

    Fajna space-opera z silną, charakterystyczną główną bohaterką. Dużo akcji, jednocześnie bez macoszego traktowania kwestii życia wewnętrznego postaci, ich rozwoju. Bogate tło polityczne, konflikty mikro i makro tak międzyludzkie, jak zbrojne (od starć pojedynczych okrętów w otwierającej rzecz powieści “Placówka Basilisk” po gigantyczne bitwy z udziałem setek olbrzymich okrętów, w których giną miliony ludzi). Szalenie “filmowa” proza IMHO, pod warunkiem zadbania o odpowiedni budżet i odpowiednio charyzmatycznych odtwórców głównych ról.

    Cykl sprzedał się w milionach kopii i dorobił w sumie coś ze 30 tomów powieści (w trzech powiązanych nurtach) i opowiadań. Myślę, że ekranizacje też by na siebie zarobiły. Choć nie wiem, czy w formacie telewizyjnym dałoby się rzeczy nadac odpowiednio spektakularny rozmiar.

    • W pierwszej chwili pomyślałem, że to genialny pomysł, a potem dotarło do mnie, że w tych książkach jest tak dużo treści, że przeniesienie ich do formatu nawet trzygodzinnych “odcinków” spowoduje, że całość będzie zrozumiała tylko dla ludzi, którzy przeczytali książki (coś jak “Diuna” Lyncha, do której trzeba było dodać narrację, bo po prostu nie było czasu na pokazanie wszystkiego). Za to serial dawałby takie możliwości – tylko nie te 10-cio odcinkowe popiardówki, tylko conajmniej 16 odcinków na sezon i wtedy można nawet kombinować z upchnięciem dwóch książek na sezon.
      Trochę bardziej filmowy jest cykl “Schronienie” zwłaszcza, że postać Merlina będąca czymś na kształt androida w świecie zamieszkanym przez ludzi nie znających nawet porządnych łodzi żaglowych może być takim pierwiastkiem baśniowym, jak moc w SW.

    • “Honor” jest imho za bardzo rozbudowana, żeby sprostać wymaganiom i dobrze to zrobić, chociaż kto wie. Na początek z “Honor” to ew. 3 części o początkach RMN i Królestwa Manticore.

      Co prawda lepszy chyba jest cykl Starfire, prościej, są i obcy, później jest konflikt wew. Ja tam jestem fanem całej serii “Wing Commander”, tutaj też można by się pokusić o dobre kino, bo ten jedyny film który wyszedł to straszna szmira.

      • Oooo! Wing Commander!
        Uwielbiałem tę serię gier, książek niestety nie czytałem. Film niestety rozczarował, co w sumie trochę dziwi, zważywszy na to, że od WC III Heart of the Tiger charakterystycznym elementem całej serii były interaktywne filmowe cut-scenki z nienajgorszą do tego obsadą. Widać było, że Chrisa Robertsa kręci filmowanie i można było liczyć na poważniejsze podejście do ekranizacji. No ale wyszło, jak wyszło.

        Problem z universum Wing Commander jest taki, że to jest rzecz bliska sercom nieco już wiekowych ;-P Wingnuts, natomiast młodszemu pokoleniu ta nazwa chyba niewiele mówi (ostatnia gra z serii, to przecież 1997r.)

        A space-operowych cykli jest w literaturze SF multum, potencjał ekranizacyjny ma sporo. Seria “HH” jest – wśród tego, co czytałem – najbogatsza i (jak zwał, tak zwał) najgłębsza. Co jest zarówno zaletą (dobrze zrobiony film nie byłby jednowymiarową strzelanką), jak i wadą (trudno tę “głębię” dobrze przenieść na ekran nie wpadając w pułapkę uczynienia całości przekombinowana i niestrawna dla widza nie zaznajomionego z literackim pierwowzorem).
        “Placówka Basilisk” jest jednakże na tyle “prosta” fabularnie i pozbawiona wątków pobocznych, że nadałaby się nieźle na balon próbny. Tyle, że potencjalni twórcy musieliby się naprawdę ograniczyć do fabuły zamkniętej w tym jednym tomie, bez ulegania pokusie zaczerpywania treści z kolejnych tomów.

        PS. Trochę opuszczona ostatnio jest franczyza Star Trek. Czwarty film z “rebootowanej serii” z Chrisem Pine w roli Kirka jakoś nie może trafić do produkcji. Może to byłaby droga dla Netflixa? Tyle, że pewnie prawa do marki i postaci są tu bardzo drogie, co studzi nieco entuzjazm…

  2. Jeśli Netflix chce zrobić kino familijne, musiałby przy tym zrezygnować z promowania nowoczesnych nurtów kulturowych, którym za chwilę zabraknie literek do nazwy.
    Ja marzę o ekranizacji “Baśnioboru” Brandona Mulla. Świetny cykl, dużo przygód, fantastyczny świat, wystarczająco skomplikowany i wystarczająco prosty. Do tego ma ogromny potencjał na spin offy, co udowodnił sam pisarz. Nie wiem jednak, czy Netflix jest odpowiednim miejscem dla tego typu produkcji: za grzecznie, za ładnie, bez bluzgania i bez żadnej literki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...