„Myślę, że czegoś się nauczyliśmy. Choć znając ludzi, pewnie tylko na chwilę” – Baasch o pandemii i swojej nowej płycie „Noc”

Wywiad/Muzyka 15.07.2020
„Myślę, że czegoś się nauczyliśmy. Choć znając ludzi, pewnie tylko na chwilę” – Baasch o pandemii i swojej nowej płycie „Noc”

„Myślę, że czegoś się nauczyliśmy. Choć znając ludzi, pewnie tylko na chwilę” – Baasch o pandemii i swojej nowej płycie „Noc”

„Noc” powstała tuż przed wybuchem pandemii i tym, jak życia większości z nas zostały zamknięte w czterech ścianach. To zapis tego, co tu i teraz, pełen oniryzmu i głębokiej elektroniki, czyli znaków rozpoznawczych Baascha. Muzyk i producent opowiedział o tym, jak powstawała jego najnowsza płyta.

W poszczególne kawałki składające się na nowy album warszawskiego producenta łatwo przepaść jak w ciemną, tajemniczą i spokojną noc. Po jej przesłuchaniu nie zdziwi was taki dobór tytułu. Póki co Baasch podzielił się dwoma singlami z „Nocy”, swojej trzeciej płyty długogrającej. Brokat i Cienie, podobnie jak reszta numerów na albumie, zaśpiewane są po polsku, co jest dla Baascha pewną nowością. Nie są za to nowościami głębokie elektroniczne tła i przejmujące linie wokalne. Premiera całości zaplanowana jest na 28 sierpnia, nakładem wytwórni PIAS Poland.

Z Baaschem udało mi się porozmawiać kilka dni przed II turą wyborów prezydenckich.

Baasch – wywiad dla Rozrywka.Blog

Anna Nicz: „Noc” to najlepsza z twoich dotychczasowych płyt?

Baasch: Nie umiem ocenić. Wydaje mi się, że się rozwijam, czuję ten rozwój. Widzę, jaką drogę przeszedłem. Ale według mnie ten rozwój nie dotyczy kwestii artystycznych, tylko rzemieślniczych. Nie mogę tego porównać z pierwszą płytą, która była dla mnie bardzo ważna, szczera i bardzo ją szanuję. To tak, jakbym oceniał siebie sprzed paru lat, że byłem wtedy fajniejszy niż teraz.

Kwestii rzemieślniczych, to znaczy, że w ciągu tych kilku lat od premiery EP-ki „Simple Dark Romantic Songs” (2013 r.) twoje umiejętności znacząco się rozwinęły?

Staram się rozwijać producencko, rzucać sobie wyzwania, wychodzić ze strefy komfortu. A to zawsze rozwija, bo musisz się jakoś sprawdzić.

Pandemia i zamknięcie nie pomogły ci trochę przy robieniu płyty? Chyba lubisz się tak odciąć od wszystkiego i zatopić w robieniu muzyki.

Płyta powstała wcześniej, była już gotowa w marcu. W czasie pandemii komponowałem muzykę do „Balladyny” Oskara Sadowskiego. Wykorzystałem ten czas kreatywnie. Ten projekt był sporym wyzwaniem, robiłem muzykę, która odbiegała od tego, co tworzyłem dotychczas. Fajnie było się sprawdzić.

W jakim sensie odbiegała?

Ten spektakl jest bardzo eklektyczny, muzyka musiała za tym nadążyć, więc łączy w sobie dużo różnych wpływów muzycznych. Jest trochę humoru i trochę rzeczy na wzrusz, jest horror, jest trochę dźwięków inspirowanych rave’ami.

Czy przed rozpoczęciem pracy nad tą muzyką szukałeś inspiracji w ścieżkach do innych spektakli?

Staram się nie szukać pomysłów i inspiracji w ten sposób. Zakładam, że jeśli coś ma być naprawdę moje, to wysłuchałem w życiu wystarczająco dużo, żeby sobie coś wygrzebać z szufladki. Nie lubię takiego badania, porównywania brzmienia, bałbym się też kopiowania rzeczy, nawet bezwiednego.

Gdy pracujesz nad swoim solowym materiałem, jesteś zdany tylko na siebie, potem pokazujesz efekty swojej pracy ludziom, dostajesz feedback. Ale mimo wszystko nadal jesteś w tym sam. Jak to różni się od pracy nad muzyką do projektu takiego jak spektakl, gdy dostajesz konkretne uwagi od reżysera?

Mówiąc brzydko: to drugie to zlecenie. Nie traktuję tego oczywiście w ten sposób, ale muzyka jest wtedy w jakiś sposób służalcza wobec dzieła, ma pomóc widzom w jego odbiorze. Ważne są proporcje, trzeba zrobić tylko tyle muzyki, ile jest potrzeba. Jeśli nie rejestrujesz muzyki świadomie oglądając film, jest to dla niej komplement. To znaczy, że oglądasz film, a nie teledysk. Oczywiście to też zależy od gatunku itd. Praca nad muzyką w zderzeniu z czyjąś wizją jest o tyle trudniejsza, że trzeba rozumieć się z tą osobą i wypracować wspólny kierunek. Kiedy pracuję sam ze sobą, nie muszę się z nikim dogadywać. Z drugiej strony, pracując dla kogoś trudniej wpaść w pułapkę powtarzalności. Choć konsekwentnie poruszam się w ramach tego samego gatunku muzycznego, staram się, żeby moje nowe rzeczy zawsze różniły się od poprzednich. Dlatego zawsze robię przerwę pomiędzy skończeniem albumu, a rozpoczęciem prac nad nowym. W tym czasie bardzo lubię angażować się w różne kolaboracje, projekty poboczne, by po prostu odświeżyć sobie głowę.

Masz grono zaufanych ludzi, którym pokazujesz muzykę i prosisz ich o szczerą opinię na temat tego, czy w nowych numerach się nie powtarzasz?

Mam takie grono, kurczy się z roku na rok, ale nie dlatego, że nie chcą ze mną gadać, tylko dlatego, że po prostu coraz mniej potrzebuję się konsultować. Czuję w sobie coraz większą siłę decyzyjną, wiem czego chcę i nie boję się popełnić błędu. Uważam, że to mi oceniać, czy to ma brzmieć tak, a nie inaczej. To moje uniwersum.

Myślisz, że kiedyś nadejdzie taki moment, że już nie będziesz potrzebował konsultować swojej muzyki? Będziesz tak pewien tego co robisz, że po prostu wyślesz pliki do wytwórni i powiesz, że to jest to i koniec?

Myślę, że tak. Chociaż tak czy siak zawsze będę chciał się dzielić, bo to jest fajne. Gdy jestem zadowolony z muzyki, nie mogę się doczekać, aż komuś to pokaże, dzielenie się jest super. Siłą rzeczy zderzam się z opiniami, które trzeba też selekcjonować, nie podążać ślepo za nimi. To zawsze fajny pretekst do tego, żeby samemu ze sobą prowadzić ten dialog.

Jak nie popaść w szaleństwo, gdy dostajesz sprzeczne opinie na temat tego samego numeru? Co wtedy robisz?

Trzeba to po prostu wypracować, utwierdzić się w swoim przekonaniu. Często opinia negatywna powoduje, że jeszcze bardziej stawiam na swoim. Zadaję sobie pytanie, dlaczego tak zrobiłem i odpowiadam: bo chciałem, dlatego że mi się podoba i tyle.

Ktoś może zwrócić uwagę na coś, na co sam nie zwróciłeś uwagi. Dlatego też lubię się konsultować – pracując sam mogę oszaleć od kiszenia się w tym co robię i od ciągłego poprawiania po sobie. Czasami muzyka już nie wymaga poprawek i trzeba się zatrzymać. To kolejna rzecz, której trzeba się nauczyć: nie robić remiksów własnych piosenek w nieskończoność.

Jak wyczuć, że już jest ten moment, w którym trzeba skończyć, odpuścić?

Tego trzeba się nauczyć. Są ludzie, którzy nigdy nie wydają płyty, bo cały czas wydaje im się, że muzyka nie jest wystarczająco dobra. A mi się wydaje, że muzyka jest zapisem tego co tu i teraz. Jeśli tak to czułem – tak to zrobiłem, tak napisałem, niech to idzie w świat, zaraz będą kolejne piosenki. Jeśli nie są idealne, może następne będą. Nie można bać się popełniania błędów. To bardzo podcina skrzydła. Nigdy nie będę najlepszym producentem na świecie, najlepszym kompozytorem na świecie. Dla kogoś nasza piosenka może być najlepszą piosenką w życiu.

Czyli trzeba trochę temperować ego.

Raczej temperować chory perfekcjonizm. Rozwiewać wątpliwości dotyczące siebie. Oczywiście z czasem jest coraz łatwiej. Jeśli nasza muzyka ma słuchaczy, łatwiej uświadomić sobie, że istnieje ona nie dlatego, że jest najlepiej w świecie wyprodukowana, tylko po to, by przekazać ludziom jakieś emocje czy treść. Mam do opowiedzenia historię, mogę ją przekazać w taki lub inny sposób, każdy zrobiłby to trochę inaczej, ale to jest moja historia, mam prawo decydować o tym, jak zostanie opowiedziana.

Przy okazji nowej płyty wszyscy pytają cię i pewnie jeszcze będą pytać o to, dlaczego akurat teraz sięgasz po teksty w języku polskim. Niedawno udostępniłeś w mediach społecznościowych wywiad dla węgierskiego portalu. Koncertujesz sporo za granicą, masz tam swoich fanów. Nie obawiasz się, że z nowym albumem nie będziesz tam do końca zrozumiany?

Intuicyjnie czuję, że to nie musi być problem. Wszystko się oczywiście okaże, gdy zacznę grać koncerty, ale wydaje mi się, że gram w takim obiegu, w którym słuchacze są zainteresowani spotkaniem z artystą, z jego muzyką, z jego pomysłem na siebie. Te relacje są troszeczkę głębsze. Wierzę, że szczerość, która stoi za śpiewaniem w języku ojczystym przełoży się na odbiór w oczach tych słuchaczy. Poza tym nadal mam na koncie wydawnictwa po angielsku, na koncertach mam zamiar grać materiał ze wszystkich płyt. Jeszcze nie wiem, czy przesiadłem się na polski na stałe. Fajne to jest, potrzebowałem to zrobić, ale jeszcze nie wiem, czy będę dalej śpiewał po polsku czy angielsku. Nie planuję takich rzeczy.

Twoim fanom bardzo się to podoba.

Tak, na razie mam same dobre opinie. Czuję, że ta muzyka nabrała rumieńców, stała się bardziej wielowymiarowa przez to, że teksty są w ojczystym języku. Zawsze traktowałem teksty poważnie, więc to była kwestia czasu, kiedy zaśpiewam po polsku.

Kiedyś już śpiewałeś po polsku.

Tak, dawno temu, potem było wiele lat przerwy i gdy teraz zaczynałem śpiewać po polsku, czułem się bardzo dziwnie.

Dlaczego?

Ludzie, którzy nie są przyzwyczajeni do nagrywania swojego głosu, gdy go słyszą, łapią się za głowę. Myślą: ja tak nie brzmię. Gdy śpiewałem po polsku miałam wrażenie, jakbym słyszał siebie po raz pierwszy w życiu. Cieszę się, że ludzie nie rejestrują tej różnicy. Pamiętam sytuacje, gdy puszczałem komuś przedpremierowo ten materiał i słyszałem: super refren, fajny bit. Pytałem: A fajnie, że po polsku? O kurde! To było po polsku. Faktycznie! Okazywało się, że to w ogóle nie jest zagadnienie, słucha się tego naturalnie, to nie jest tak, że nagle straciłem brzmienie, swój wyraz jako wokalista. Zmieniłem po prostu język i tyle. Dobrze, że to nie odbyło się kosztem czegoś.

Jak życie w obliczu pandemii oraz lockdown wpłynęły na ciebie osobiście? Nie chodzi mi nawet o sposób pracy, ale o twój nastrój?

Miałem potworny moment w trakcie izolacji. To były jakieś dwa tygodnie totalnej zniżki, w środku izolacji. Do dziś nie wiem, dlaczego. Czy była to kwestia zmian, czy może brak ludzi, a może wisząca w powietrzu wizja, że świat zaraz się skończy. Bardzo pomogło mi to, że byłem bardzo zajęty. Przygotowywałem muzykę do „Balladyny”, potem premierę singla. Koniec końców jakoś to przetrwałem, mam nadzieję, że bez szwanku. Ale zapamiętam ten moment do końca życia. W tym czasie było coś takiego, co każe go zapamiętać na długo.

Pamiętać i być lepiej przygotowanym na ewentualne kolejne takie sytuacje?

Chyba tak. To pierwsze takie ogólnoświatowe doświadczenie. Myślę, że to zapisze się w naszym DNA. Wiele osób dostrzegło, jak ulotne są pewne rzeczy. Warto inwestować w relacje, w to, co zostanie z nami, nawet jeśli wydarzą się takie sytuacje jak pandemia. Myślę, że czegoś się nauczyliśmy. Choć znając ludzi, pewnie tylko na chwilę.

Myślisz, że nie będzie z tego lekcji na przyszłość?

Czas pokaże. Zostało z nami to, że nieco oswoiliśmy technologie, musieliśmy się przecież przerzucić choćby na wideokonferencje. Wydaje mi się, że to jeden z elementów zmian. Odległości się skurczyły. Nagle okazuje się, że można spotkać się i pogadać z przyjaciółmi z różnych krajów i nie jest to wielkie wydarzenie. Po prostu się zdzwaniamy i tyle. Mam wielu znajomych za granicą i nigdy nie miałem z nimi tak bliskiego kontaktu, jak w czasie epidemii. Po pierwsze mieliśmy wspólne tematy, wymienialiśmy się informacjami, rozmawialiśmy o statystykach. To smutne tematy, ale każdy się tym emocjonował. Po drugie mieliśmy więcej czasu. A po trzecie, otworzyliśmy się na aplikacje służące do połączeń na odległość. Tak naprawdę wszystkich nas to zbliżyło.

Pandemia rozwaliła także kalendarz stałych corocznych wydarzeń, na przykład Parady Równości. W tym roku wypadałaby ona w sobotę 20 czerwca, zamiast zwyczajowego pochodu, zorganizowano innego rodzaju aktywności, udało ci się w nich uczestniczyć?

Miałem grać z tej okazji koncert, niestety ostatecznie się nie udało, czego żałuję. Ja przez cały rok mam paradę równości. Cały czas staram się jakoś nakłaniać ludzi do pielęgnowania w sobie empatii, wzajemnej akceptacji i szacunku.

Nie obawiasz się, że mimo wszystko żyjesz w pewnej bańce i przekonujesz tych już przekonanych? Co można zrobić, żeby wyjść poza tę bańkę?

To prawda. Myślę, że moja muzyka też pewnie zbyt często nie wychodzi z tej bańki. W większości dociera do ludzi z dużych miast, którzy szukają bardziej świadomie nowej muzyki. Trudno jest też zagrać koncert w małym mieście w Polsce, organizacja tego nie jest taka prosta.

Gdy myślę o nastrojach w Polsce wywołanych politycznymi potyczkami, o tym, jak młodzi ludzie w mniejszych miejscowościach dostają rykoszetem, serce mi się kraje. Cała nadzieja w tym, że Polacy jako społeczeństwo jednak mają jakąś wrodzoną miłość do bliźniego. Mam nadzieję, że religia, która jest tak bliska ludziom jednak na koniec pozwoli im pokochać bliźniego, zaczną dostrzegać innych, pomimo tego, co im się sugeruje w ramach potyczek polityczny. Mam nadzieję, że Polacy są jednak na tyle bystrzy i dobrzy, że dadzą radę. I mam nadzieję, że te zawieruchy w polityce też w końcu miną.

Okaże się za kilka dni.

To byłby dopiero początek. To oznaczałoby, że iskierka nadziei nie zgasła. Z tej iskierki trzeba jeszcze zrobić wielki płomień.

Jakiś czas temu, przy okazji celebracji Pride Month, firma CD Projekt Red zmieniła na Facebooku swoje logo na tęczowe. Po tej zmianie na profilu marki pojawiło się mnóstwo negatywnych komentarzy. Zdaje się, że autorzy tych wpisów zupełnie nie znają wartości, które wyznaje i propaguje marka.

Ludzie często nie wymagają od siebie tego, żeby dowiedzieć się czegoś, wypracować swoją opinię i w rezultacie powtarzają farmazony. Szkoda, że tak łatwo ludziom te farmazony wmówić. Nie twierdzę, że wszyscy mamy wszystko akceptować. Sam szanuję różne światopoglądy i różne polityczne zapatrywania, tylko tak długo, jak wyznajemy je z szacunkiem dla innych. Ludzie dają sobie wmówić nienawiść, wszczepić jakiś gen nienawiści, co nie jest nikomu zupełnie potrzebne.

Politycy powinni ponosić odpowiedzialność za to wszczepianie idei. Rozumiem, że chodzi tylko i wyłącznie o jakąś walkę o słupki poparcia, ale na koniec dnia to wpływa na żywych ludzi i ich życia. Zresztą, po co ja to mówię, przecież wszyscy to wiemy.

Warto to powtarzać – wszyscy wiemy, a na arenie politycznej dzieje się to, co się właśnie dzieje. W I turze wyborów prezydenckich wiele młodych osób głosowało na kandydata reprezentującego skrajnie prawicową, eurosceptyczną partię, o której mówi się, że niesie ryzyko faszyzmu.

Na młodych wyborcach prościej jest żerować i zaszczepiać w nich idee, bo są bardziej podatni. Co jest znowu oznaką braku szacunku do człowieka, to robienie ludziom bałaganu w głowie. Mam wrażenie, że politycy często o tym nie myślą, skupiają się na tym, co mówią im wyniki badań i wedle tego konstruują swoją narrację, co dla mnie jest niepojęte. To brak odpowiedzialności za słowa, które padają z mównicy. Te słowa docierają do konkretnych osób, słyszymy potem, że chłopak się zabił albo że ktoś ma po prostu przejebane w życiu. A tak naprawdę to efekt uboczny politycznego wrestlingu. Bo tak im wychodzi z badań. To szczyt cynizmu – mieć za nic to, że za ich słowami, oprócz wzrostu słupków popularności, idzie także spadek jakości życia pojedynczych jednostek.

*Zdjęcie główne: Yan Wasiuchnik

 

W międzyczasie Baasch przygotowuje się do powrotu do koncertowania. Jeśli chcecie zobaczyć go na żywo, sprawdźcie terminy najbliższych występów:

28 lipca – Kołobrzeg – RCK DobreTony
31 lipca – Swarzewo – Dzika Plaża Powietrze i Trawa
1 sierpnia – Radom – Fosa Pełna Kultury
6 sierpnia – Warszawa – Lunapark / Ring Ring
8 sierpnia – Lublin – Centralny Plac Zabaw
21 sierpnia – Katowice – Sztauwajery
22 sierpnia – Mysłowice – Mysłowice Alternatywnie
28 sierpnia – Kraków – Patio
29 sierpnia – Rzeszów – Europejski Stadion Kultury

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...