Ludzkie oblicze kibiców. Oceniamy dokument „Niebieskie chachary”

Recenzja/Film 13.07.2020
Nasza ocena:
Ludzkie oblicze kibiców. Oceniamy dokument „Niebieskie chachary”

Ludzkie oblicze kibiców. Oceniamy dokument „Niebieskie chachary”

Kiedy mówimy o kibicach, najczęściej myślimy o rosłym, łysym facecie w szaliku ulubionej drużyny, który niechybnie nas zapyta o nazwę klubu piłkarskiego, jaki nosimy w sercu, a potem spuści solidny łomot. Taki wizerunek dominuje w społeczeństwie, a filmowi twórcy z całego świata lubią go utrwalać.

Nawet jeśli Lexi Alexander w „Hooligans” przedstawiła uromantyzowaną wizję bycia kibicem jako części męskiej inicjacji, to przecież bohaterowie większą przyjemność niż ze sportowych emocji, czerpali z ulicznych bójek. Nie powinno więc nikogo dziwić, że z takim wizerunkiem środowisko kibiców jest bardzo zamknięte na innych. Nie chcą obcych w swoim gronie i patrzą podejrzliwie na każdego, kto podchodzi do nich z kamerą. Wystarczająco wiele razy przedstawiono ich jako brutalnych rasistów i antysemitów, jak chociażby w słynnym półgodzinnym reportażu BBC „Euro 2012: Stadiums of Hate”. Dlatego dokumenty powstają z zewnątrz. W próbującej odczarować ich stereotypowy wizerunek „Miłości bez ustawki”, historię związku kibica Śląska Wrocław i kibicki Ruchu Chorzów obserwujemy z zewnątrz, z dystansu.

Cezaremu Grzesiukowi udało się jednak wejść w środowisko kibiców ostatniego wymienionego klubu.

Już tagline umieszczony na plakacie dokumentu informuje nas, że „Niebieskie chachary” to pierwszy film z tzw. młyna. Reżyser nie spogląda na swoich bohaterów z zewnątrz i z dystansem. Jest w samym środku przedstawianych wydarzeń i towarzyszy tytułowym miłośnikom Ruchu Chorzów przy ich codziennych czynnościach. Podgląda, jak tworzą banery, przygotowują się do bójek, jeżdżą za swoją drużyną na mecze wyjazdowe, a nawet spotykają się z kibicami Atlético Madryt. Został przez nich przyjęty jako swój, dlatego otwierają się przed nim, opowiadają o sobie i swojej pasji, a nawet zapraszają go do swojej strefy na stadionie, aby wspólnie śpiewać i skakać ku chwale ukochanego klubu.

Grzesiuk nie chce być jednowymiarowy i utrwalać stereotypów nieodłącznie związanych z kibicami. Przedstawia różne grupy, które wspólnie tworzą środowisko miłośników Ruchu Chorzów. Poznamy tym samym zwykłych fanów śledzących jedynie mecze czy kolekcjonujących znaczki klubu i tzw. psychofans chętnie wdających się w kolejne bójki czy popadających w liczne konflikty z prawem. Nie zdziwcie się więc, kiedy na ekranie obok łysych facetów zobaczycie Wojciecha Kuczoka i Jerzego Buzka. Celem reżysera jest odczarowanie bowiem powszechnego wizerunku kibiców i pokazanie ich ludzkiego oblicza. Z tego względu nie szuka sensacji, a cierpliwie obserwuje swoich bohaterów, jak ze swadą godną snobistycznych krytyków filmowych dyskutują o kinie Pedro Almodóvara i Nicolasa Windinga Refna.

Niebieskie chachary
Niebieskie chachary

Już na samym początku zostajemy poinformowani, że chachar to po śląsku jednocześnie chuligan i ktoś pozytywnie zakręcony.

Grzesiuk spogląda więc na swoich bohaterów przez pryzmat ich obsesji na punkcie Ruchu Chorzów. W jego dokumencie kibice to synowie, ojcowie i mężowie. Na to środowisko składają się nie tylko napędzani testosteronem przestępcy z nizin społecznych, ale również znane osobistości, studenci i mali przedsiębiorcy. Łączy ich jedynie pasja i gotowość do okazania wsparcia swojemu klubowi. Potrafią wyjść z rodzinnych uroczystości, aby udać się na mecz. Niebieskie chachary to fanatycy, którzy bez przerwy myślą o ukochanej drużynie. Mają nawet kodeks honorowy i zgodnie z nim podczas stadionowych zadym nie korzystają z żadnych broni. Wspierają się nawzajem i opłakują zmarłych. Chociaż nie są nieskazitelni i często wspominają o (jak się przekonamy, całkiem uzasadnionej) nienawiści do policji, potrafią wzbudzić naszą sympatię.

„Niebieskie chachary” to kompleksowy portret kibiców, w którym dochodzi do przewartościowania związanej ze środowiskiem konotacji skojarzeń. Film pozwala spojrzeć na fanatyków piłkarskich drużyn nieco przychylniejszym okiem. Podczas oglądania nieraz się zaśmiejemy, zezłościmy i zdziwimy. Dużo tu zaskoczeń, które reżyser umiejętnie dawkuje, abyśmy oglądali dokument z niesłabnącym zainteresowaniem. Dzięki temu też Grzesiuk potrafi spojrzeć głębiej niż inni twórcy i być przy tym urzekająco szczerym. Nie trzeba być więc fanem sportu, a tym bardziej chodzić po ulicy w niebieskim szaliku na szyi, aby czerpać przyjemność z seansu.

„Niebieskie chachary” możecie zobaczyć już dzisiaj o 21:30 na Canal+.

Dołącz do dyskusji (1)

4 odpowiedzi na “Ludzkie oblicze kibiców. Oceniamy dokument „Niebieskie chachary””

  1. Ruch to przekleństwo dla miasta. Już dawno kojarzy się bardziej z patologią niż sportem. Miasto jest ZDEWASTOWANE przez tych, którzy nazywają się kibicami Ruchu. Przejeżdżając od Katowic do Bytomia dowiecie się państwo kto jest cwelem, kto 60ką lub co niedawny kolega “niebieskiego chachara” robi z dzieckiem. Żadne filmy próbujące na siłę zrobić z tego patologicznego towarzystwa ideologię tego nie zmienią. Chorzów umiera, nie oferuje jako miasto kompletnie niczego.Oprócz wszechobecnej patologii nie jest w stanie zaoferować pracy mieszkańcom (widać to o 5.30 na drogach wyjazdowych z miasta i analogicznie o 14 – 15 tej). Ulice takie jak Hajducka, okolice dworca w Batorym czy Wolności przedstawiają stan faktyczny miasta.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...