Najbardziej lubimy te melodie, które już znamy, a film „Na topie” to potwierdza – recenzja

Recenzja/Film 10.07.2020
Nasza ocena:
Najbardziej lubimy te melodie, które już znamy, a film „Na topie” to potwierdza – recenzja

Najbardziej lubimy te melodie, które już znamy, a film „Na topie” to potwierdza – recenzja

Przyjemna w obyciu (prawie)komedia romantyczna „Na topie” to idealna propozycja na poprawę humoru i w sam raz na seans z bliskimi w letni wieczór. Nie spodziewajcie się jednak filmu, który dłużej z wami zostanie.

A szkoda, bo gdyby doszlifować trochę „Na topie”, konkretnie zmienić obsadę i nadać większego wyrazu scenariuszowi, to mógłby z tego wyjść w pełni udany, chwilami zabawny i niegłupi film, mający przy okazji coś ciekawego do powiedzenia.

Ale od początku. Bohaterką „Na topie” jest Maggie (Dakota Johnson), która pracuje jako osobista asystentka legendarnej gwiazdy muzyki pop, Grace Davis (w tej roli córka Diany Ross, Tracee Ellis Ross). Maggie całe swoje życie podporządkowała czasem trochę kapryszącej divie, ale jednocześnie cały czas marzy o tym, by zostać profesjonalną producentką muzyczną.

Okazja na zrobienie pierwszego poważnego kroku w tym kierunku pojawia się w momencie, gdy dziewczyna spotyka, oczywiście przypadkiem i to w spożywczaku, Davida (Kelvin Harrison Jr.), który okazuje się uzdolnionym muzykiem i obdarzonym nieprzeciętnym głosem wokalistą.

Resztę możecie dopisać/dopowiedzieć sobie sami.

„Na topie” ma urok starej hollywoodzkiej bajeczki.

W której to piękni i utalentowani ludzie, choć mają drobne problemy w życiu, to w końcu, dzięki „magicznemu” przypadkowi natrafiają na siebie i w równie magiczny sposób się w sobie zakochują. Nie ukrywam, też chciałbym w takim Lidlu czy nawet Żabce natrafić przypadkiem na miłość swojego życia, która jeszcze okazałaby się piękną wokalistką o anielskim głosie.

W „Na topie” Maggie poznaje Davida akurat w tym momencie, w którym powinna. Co więcej, pomimo iż mężczyzna nie jest profesjonalnym muzykiem (grywa na parkingach przed sklepami i centrami handlowymi) to ma bajeczny dom z widokiem na ocean, bo przecież w Los Angeles, gdzie rozgrywa się akcja „Na topie”, bezdomni mają własne pakiety medyczne i osobistych trenerów, a ludzie na zasiłkach kierują start-upami.

Ale pomimo tej niezbyt wyszukanej i nieprzemyślanej bajkowości „Na topie” nie ogląda się źle.

Trzeba przyznać, że dekady wprawy Amerykanów w kom-romowych bajeczkach dla dorosłych sprawiły, że ichniejsze filmy przyjmuje się z mniejszym zgrzytaniem zębów niż rodzime lukrowe romanse. U nas ciągle pokutuje brak wizji i tworzenie pełnometrażowych reklam oraz katalogów luksusowych nieruchomości, a w Stanach mimo wszystko wypada to bardziej naturalnie, jakkolwiek to brzmi w tym kontekście.

Czuć w tym filmie lekkość, bezpretensjonalność, a ubytki i przewidywalność scenariusza tuszowane są przyjemnym nastrojem, strawnymi dialogami i dobrą muzyką pojawiającą się w soundtracku. Dakota Johnson nadal niestety nie przekonuje mnie jako bohaterka wielkich filmowych romansów, w dodatku jej zgryz i grymas podczas uśmiechów sprawia, że zamiast niej widzę jej ojca, Dona Johnsona, ale przed kamerą czuje się na tyle swobodnie, że nie odpycha nas od ekranu.

Natomiast scenariuszowi przydałoby się solidne doszlifowanie.

Bo nawet rozpisując przewidywalne i schematyczne historie można wepchnąć w nie jakieś świeże rozwiązania i ciekawe pomysły. W „Na topie” wszystko jest jednak bezpiecznie wygładzone, a twórcy podążają po najmniejszej linii oporu.

Jako że film zagląda trochę za kulisy branży muzycznej, to aż prosiło się o jakieś bardziej trafne i mocne spostrzeżenia dotyczące tego, jak obchodzi się ona z kobietami (tym bardziej czarnoskórymi), albo jakie jest podejście do wieku i dawnych gwiazd, które nie świecą już tak mocno jak kiedyś. I gdzieś tam „Na topie” musnęło delikatnie te tematy, jednak wydaje się jakby autorzy obawiali się zrobić krok dalej, poza ogólny wstęp do tego zagadnienia.

No i bez dwóch zdań dialogi mogły być lepsze, napisane z większym jajem, kreatywnością i swadą, tymczasem zdają się być co najwyżej poprawne i sklecone przez początkującą stażystkę scenopisarstwa. Nie są złe, ale trącą banałem, a to zawsze szkoda zmarnowanego potencjału.

Jeśli jednak przymkniecie oko na moje uwagi, to powtórzę, że na takim podstawowym, rozrywkowym poziomie „Na topie” stanowi przyjemną ucieczkę od problemów doczesności.

To kolorowa bajka, nasączona dobrą muzyką, pozytywnymi fluidami i powinna wprowadzić was w dobry nastrój. Jeśli tego potrzebujecie w tej chwili, to możecie spokojnie planować sobie ten seans.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...