Tytuły na jeden wieczór: te miniseriale HBO potwierdzają starą prawdę o tym, że mniej znaczy więcej

Top/Seriale 04.07.2020
Tytuły na jeden wieczór: te miniseriale HBO potwierdzają starą prawdę o tym, że mniej znaczy więcej

Tytuły na jeden wieczór: te miniseriale HBO potwierdzają starą prawdę o tym, że mniej znaczy więcej

Miniseriale są jak małe dzieła sztuki — doskonale dopracowane pod każdym względem, stają się genialnym kompromisem między pełnometrażowymi filmami, a wielosezonowymi serialami. Oto siedem tytułów, z których większość można obejrzeć „na raz” — łącząc przeżycie pasjonującej przygody z brakiem poczucia straconego przed ekranem czasu.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach.Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.
Advertisement
Nie bez powodu mówi się, że mniej znaczy więcej: dzięki miniserialom dostępnym w HBO GO możecie przeżyć kinowy maraton bez wychodzenia z domu. I to bez potrzeby nadrabiania „zaległych” sezonów, bo w tym przypadku ich po prostu… nie ma.

Oto 7 miniseriali dostępnych w HBO GO, które są jak „koreczki” na dobrej imprezie — schrupiesz je na raz, zaspokajając głód i unikając jednocześnie uczucia przesytu.

Rok za rokiem

rok za rokiem

Jesteście ciekawi, jak będzie wyglądać świat za 15 lat? Czy galopujący postęp technologiczny okaże się dla naszej cywilizacji błogosławieństwem, czy wręcz przeciwnie?

Na te i masę innych pytań o to, jak może się potoczyć nasza przyszłość, odpowiada serial „Rok za rokiem”. Dawno nie oglądałam tak wciągającej, dystopijnej i na swój sposób „otrzeźwiającej” historii. Warto ją potraktować jako ostrzeżenie, zwłaszcza że perspektywa piętnastu lat wcale nie jest tak odległa. W tym dramacie, skrzyżowanym z political fiction, śledzimy losy rodziny Lyonsów, której członkowie będą musieli na przestrzeni kilkunastu lat poradzić sobie w obliczu wielkich zmian ekonomicznych, społecznych i technologicznych. Czy bohaterom uda się dostosować do nowej rzeczywistości i nadal pozostać kochającą się rodziną?

Ciekawie poprowadzona narracja w gwiazdorskiej obsadzie (z Emmą Thompson na czele) sprawia, że sześcioodcinkowy maraton mija jak pstryknięcie palcami. Pozycja obowiązkowa, szczególnie dla sympatyków serii „Czarne lustro” — w mojej opinii nawet lepsza, niż serial Charlie’ego Brookera, bo wzbogacona o wątki społeczne i polityczne.

„Rok za rokiem” obejrzysz tutaj.

The Act

the act HBO go

Dee Dee Blanchard (znakomita rola Patricii Arquette) samotnie wychowuje niepełnosprawną córkę Gypsy (równie zjawiskowa Joey King). Łączy je wyjątkowa więź, daleko wykraczająca poza „tradycyjny” układ matka-córka. Są jak dwie najlepsze przyjaciółki i papużki nierozłączki — istnienie jednej jest ściśle uzależnione od drugiej.

Taki układ sprawdza się, dopóki Gypsy jest dzieckiem. Kiedy dziewczynka zaczyna dojrzewać i zaprzyjaźnia się z mieszkającą naprzeciw rówieśnicą, dostrzega, że życie może mieć o wiele więcej barw niż różowe, dziecięce akcesoria, którymi otacza ją Dee Dee. Z czasem coś, co do tej pory zdawało egzamin i przynosiło poczucie bezpieczeństwa, zamienia się w toksyczną fuzję, w której nastolatka zaczyna się dusić.

„The Act” to serial trudny: angażuje emocjonalnie i rezonuje w umyśle widza jeszcze długo po obejrzeniu finałowego odcinka. Dodatkowo, wydźwięk wstrząsającego obrazu wzmacnia fakt, że miniserial został zainspirowany prawdziwymi wydarzeniami. Z pewnością nie jest to lekki tytuł na odstresowanie po ciężkim tygodniu, ale opowiada o tak ciekawych mechanizmach, że trudno mu się oprzeć — sama „wciągnęłam” go w jedno popołudnie i gdybym miała ocenić go w skali od 1 do 10, bez wahania przyznałabym mu najwyższą notę.

„The Act” obejrzysz tutaj.

Anioły w Ameryce

Anioly w Ameryce HBO GO

Pięć Złotych Globów i jedenaście statuetek Emmy to tylko część nagród, jakimi został obsypany miniserial oparty na broadwayowskim hicie Tony’ego Kushnera (który za tę sztukę dostał nagrodę Pulitzera). Nic dziwnego — tocząca się w Nowym Jorku lat 80. historia to nie tylko barwna pocztówka z Ameryki (tak mocno kontrastująca z szaroburym krajobrazem ówczesnej Polski), ale przede wszystkim poruszająca opowieść o poszukiwaniu sensu życia, mierzeniu się bohaterów z egzystencjalną kruchością i… światem nadprzyrodzonym. 

Głównymi bohaterami „Aniołów w Ameryce” są dwaj mężczyźni chorzy na AIDS. Jeden z nich, Roy Cohn, nie może zaakceptować diagnozy, upierając się, że na AIDS mogą zachorować jedynie „zwykli śmiertelnicy”. Drugiego, Priora, męczą wątpliwości, czy przypadkiem oprócz wirusa HIV nie cierpi na urojenia i halucynacje — w końcu zdarza mu się rozmawiać z aniołami i duchami. 

„Anioły w Ameryce” to uchodząca za klasykę gatunku ponadczasowa historia o ludzkich rozterkach. W sześcioodcinkowej podróży towarzyszy nam plejada gwiazd — wśród nich m.in. Meryl Streep (która przeszła tak ogromną metamorfozę, że trudno ją poznać), Al Pacino i Emma Thompson (a więc to już druga obok serialu „Rok za rokiem” znakomita miniprodukcja z udziałem tej aktorki dostępna w HBO GO). Absolutne must see — nie tylko dla wielbicieli musicali.

„Anioły w Ameryce” obejrzysz tutaj.

Czarnobyl 

Ten serial wywołał w 2019 roku niemałe zamieszanie. Opowiadająca o wybuchu reaktora jądrowego w Czarnobylu produkcja HBO sprawiła, że dyskusja na temat przyczyn katastrofy z kwietnia 1986 roku odżyła na nowo.

Pięcioodcinkowa wyprawa w mroczny, apokaliptyczny krajobraz Związku Radzieckiego, z całym arsenałem komunistycznych absurdów, jest przyprawiającą o dreszcz grozy opowieścią o skomplikowanych mechanizmach totalitarnej władzy. Władzy, która nie zawaha się poświęcić życia wielu ludzi, by tylko zatuszować własną nieudolność.

W rolach głównych występują m.in. Jared Harris, Stellan Skarsgård i Emily Watson. Jeśli jeszcze jakimś cudem nie mieliście okazji zobaczyć produkcji „Czarnobyl”, zróbcie to koniecznie — niezależnie od tego, czy w 86. piliście już słynny płyn Lugola, czy historia wydaje się wam zamierzchłą przeszłością.

Ciekawostka — w rankingu popularnego serwisu imdb.com „Czarnobyl” uzyskał wyższą ocenę niż bijąca rekordy popularności „Gra o tron”.

„Czarnobyl” zobaczysz tutaj.

Szukając Alaski

Oparta na bestsellerowej powieści Johna Greena seria to klasyczne kino z gatunku teen drama, w którym przewodnim tematem jest miłość (nareszcie coś pozytywnego). Kiedy Miles „Pudge” Halter (Charlie Plummer) trafia do szkoły z internatem, jeszcze nie wie, że ta zmiana stanie się początkiem zupełnie nowego rozdziału w jego nastoletnim życiu. To tam spotka tytułową Alaskę (Kristine Froseth), której urok, mimo kojarzącego się z mroźnym klimatem imienia, sprawi, że chłopak zapała do niej gorącą miłością. Miles nawiąże też liczne przyjaźnie, które staną się prawdziwym buforem bezpieczeństwa, gdy przyjdzie czas próby.

Choć „Szukając Alaski” to kino skierowane głównie do nastolatków (poprzednie adaptacje prozy Greena to m.in. kultowe już „Gwiazd naszych wina” i „Papierowe miasta”), magia, z jaką reżyser serialu, Josh Schwartz, snuje opowieść, staje się ponadczasowa. Mimo poważnych wątków podejmowanych przez twórców, w serialu nie brak dowcipu — choć śmiech często łączy się tu ze łzami.

„Szukając Alaski” obejrzysz tutaj.

Olive Kitteridge

To najkrótszy, bo zaledwie czteroodcinkowy tytuł, który chciałabym wam polecić z biblioteki HBO GO. W przypadku tego serialu idealnie sprawdza się teoria mówiąca, że „mniej” znaczy „więcej”. 

Olive i jej mąż Henry wiodą spokojne życie na prowincji — ona uczy w szkole, on prowadzi niewielką aptekę. Wspólnie wychowują nastoletniego syna Christophera. Choć na pozór niewiele różnią się od innych rodzin, specyficzna osobowość Olive sprawia, że ich codzienność jest wyjątkowa — niestety, w złym znaczeniu tego słowa. Bo powiedzieć, że kobieta ma trudny charakter, to jak nie powiedzieć nic. Olive ma tendencje do wiecznego narzekania i krytykowania (a właściwie krytykanctwa), a jej niewyparzony język i zmarszczone czoło czynią z niej antybohaterkę coraz to nowych konfliktów.

Produkcja HBO jest kameralną opowieścią o skomplikowanych relacjach rodzinnych, opartą na powieści Elizabeth Strout o tym samym tytule. Na uwagę zasługuje również obsada — w tytułowej roli występuje Frances McDormand (ten, kto widział ją w „Trzech Billboardach za Ebbing, Missouri” dobrze wie, że powierzchowność aktorki świetnie komponuje się z charakterem Olive). Na planie towarzyszą jej m.in. Richard Jenkins, Zoe Kazan i Bill Murray.

„Olive Kitteridge” obejrzysz tutaj.

W domu

hobo go w domu

Co prawda „W domu” nie jest miniserialem, lecz antologią, ale nie wyobrażam sobie, by tego tytułu mogło zabraknąć w zestawieniu seriali „na raz”. To autorski projekt HBO, inspirowany… pandemią. W serwisie można już obejrzeć hiszpańską wersję, a w czwartek 16 lipca zadebiutuje antologia stworzona przez polskich twórców.

Poprosiliśmy o próbę takiego zapisu „tu i teraz” wspaniałych, twórczych ludzi, wychodząc z założenia, że to artyści konstytuują w zbiorowej pamięci obrazy wydarzeń i dzięki nim i ich świadectwom po czasie my – odbiorcy, możemy się do odnieść, skonfrontować własne wspomnienia i przeżycia. Kiedy ludzkość tkwi w zamknięciu, sztuka nie zna granic i ograniczeń. „W domu” jest w założeniu projektem tworzonym w artystycznej wolności, twórczym opisem sytuacji ograniczenia swobody jednostek. Mam nadzieję, że będzie też stymulującą, poruszającą opowieścią o zmaganiu się człowieka ze stanem tranzycji, przejścia od świata, którego struktury znaliśmy, do świata, w którym będziemy musieli je zweryfikować

— mówi Iza Łopuch, szefowa produkcji HBO Polska.

Kilkunastu polskich filmowców poproszono o zrealizowanie krótkich, 10-minutowych etiud pokazujących to, w jaki sposób radzili sobie z izolacją i innymi wyzwaniami związanymi z epidemią koronawirusa. Wśród artystów zaproszonych przez HBO do współpracy znaleźli się m.in. Jerzy Skolimowski, Jacek Borcuch, Małgorzata Szumowska i Xawery Żuławski.

„W domu” obejrzysz od 16 lipca w HBO GO.

Na czym polega magia produkcji „na jeden wieczór”?

Dlaczego pokochałam seriale w wersji mini? To proste — oprócz wymienionych we wstępie powodów (jak ten podstawowy, czyli stosunkowo krótki czas potrzebny do zagłębienia się w historię od A do Z), mam wrażenie, że takie produkcje nierzadko górują nad większymi tytułami, ponieważ są zamknięte, przemyślane i zwarte. Mniejsza liczba odcinków wymusza też nieco inną dynamikę oraz inny sposób prowadzenia akcji – tu nie ma miejsca na przestoje i zbyt wiele wątków, które często bywają „zapychaczami”. Słowem — bierzcie i oglądajcie, bo małe jest piękne!

* Tekst powstał we współpracy z HBO GO.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (3)

12 odpowiedzi na “Tytuły na jeden wieczór: te miniseriale HBO potwierdzają starą prawdę o tym, że mniej znaczy więcej”

  1. Jakoś trudno mi sobie wyobrazić żeby ktoś był w stanie obejrzeć Czarnobyl w jeden wieczór… Pomijając już kwestię czasu [5x1h] – bo nie takie rzeczy się binge’owalo – to taka dawka depresji i przygnębienia w jeden wieczór może zabić.
    To mniej więcej tak jakby ktoś obejrzał całego Evangeliona i EoE jednym ciągiem. Da się – ale trudno potem pozostać normalnym…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...