„Warrior Nun” dopiero z czasem dorasta do swojego tytułu. Oceniamy nowy serial Netfliksa

Recenzja/Seriale 02.07.2020
Nasza ocena:
„Warrior Nun” dopiero z czasem dorasta do swojego tytułu. Oceniamy nowy serial Netfliksa

„Warrior Nun” dopiero z czasem dorasta do swojego tytułu. Oceniamy nowy serial Netfliksa

Zakonnice postrzegamy jako zawsze gotowe nieść pomoc kobiety, które złożyły swoje potrzeby na ołtarzu ascezy, a czas dzielą między modlitwę i pracę w ogródku. Filmowcy od dawna lubią igrać z takimi wyobrażeniami. Zaglądają za mury zakonów, aby pokazać cały mikrokosmos charakterów. Według nich skrywane przez habity różnorodne emocje i namiętności ciągle szukają ujścia. Co więcej, często je znajdują.

Po „Diabłach” Kena Russella twórcy kina eksploatacji zauważyli komercyjny potencjał w narracjach o zakonnicach i zaczęli mieszać chrześcijańską ikonografię z seksualnymi perwersjami i fetyszyzowaną przemocą. W ten sposób narodziło się nunsploitation, w którym znajdziemy nie tylko spore dawki erotyzmu czy brutalności, ale również krytykę opresyjnego względem jednostek systemu religijnych instytucji. W latach 90. Ben Dunn wykorzystał wiele tropów znanych z tego skromnego ilościowo nurtu, aby na kartach komiksu zaprezentować utrzymane w mangowym stylu widowiskowe starcia zakonnicy w seksownym habicie z nieczystymi mocami i zadać kilka fundamentalnych pytań dotyczących wiary.

W „Warrior Nun Areala” śledzimy losy siostry Shannon Masters.

Należy ona do Zakonu Miecza Krzyżowego, mającego bronić nasz świat przed atakami demonów. Odpowiednio wyszkolona w sztukach walki i szermierce, chętnie chwyta za miecz, aby wypełnić swój obowiązek. Na przestrzeni sześciu zeszytów poznajemy trzy historie z nią w roli głównej. Mierzy się z kolejnymi przeciwnikami, a każde starcie wzbudza w niej wątpliwości względem moralności leżącej u podstaw kościoła jako instytucji, samej natury religii i potrzeby jej istnienia. Przed twórcami serialowej adaptacji stanęło nie lada wyzwanie, bo Dunn nie boi się opowiadać szybko, nawet za cenę dezorientacji czytelnika. Zasady rządzące światem przedstawionym, od początku do końca przybliża za pomocą akcji. Nie poświęca nawet planszy, aby nam je dokładnie wyłożyć i każe wyciągać własne wnioski ze szczątkowych informacji.

Medium komiksowe rządzi się swoimi prawami, więc taka narracja jak najbardziej się sprawdza. W serialu jest to niekoniecznie pożądane podejście. Dlatego Simon Barry podąża w kierunku wyznaczonym przez adaptacje komiksów Gartha Ennisa dla Prime Video. Evan Goldberg i Seth Rogen z fanowską kreatywnością przetworzyli materiały źródłowe. Zachowali ducha oryginałów, w obu przypadkach tłumacząc go na współczesny język filmu. O ile jednak w „Kaznodziei” czy „The Boys” z łatwością można było znaleźć punkty fabularne, bez których nie dałoby się tego zrobić, o tyle „Warrior Nun Areala” wymagało gruntownego remontu wszystkich wątków. Nietknięta pozostała jedynie mitologia. Dlatego „Warrior Nun” bardziej niż ekranizacją, okazuje się spadkobierczynią pierwowzoru.

Warrior Nun/Netflix

Przekonamy się o tym bardzo szybko.

Pierwsze sceny symbolicznie rozgrywają się kostnicy. Po feralnej misji ginie w niej wojownicza zakonnica Shannon, przewodząca członkiniami Zakonu Miecza Krzyżowego. W ten sposób Barry grubą kreską oddziela się od fabuły oryginału, zastępując imienniczkę protagonistki komiksu nastoletnią Avą. W wyniku splotu nieszczęśliwych wypadków, w plecach dziewczyny ląduje anielska aureola, która daje zdolność szybkiej regeneracji ciała, przechodzenia przez ściany czy wydzielania potężnych dawek energii. 19-latka cieszy się z niespodziewanego wskrzeszenia biegając, tańcząc i podskakując. Razem z nią odkrywamy kolejne zalety wynikające z posiadania artefaktu oraz tajemniczą instytucję funkcjonującą w obrębie kościoła katolickiego.

Przez połowę serialu twórcy skupiają się na prezentowaniu młodzieńczych rozterek głównej bohaterki, opatrzonych autoironicznymi komentarzami spoza kadru. Dzięki temu poznajemy ją coraz lepiej i odkrywamy tajemnice z jej poprzedniego życia. Była przykutą do łóżka tetraplegiczką, więc jej zachowanie wcale nie dziwi. Jako w pełni sprawna dziewczyna cieszy się odzyskaną władzą we wszystkich czterech kończynach i ani jej w głowie mordercze treningi czy pojedynki z demonami. Zamiast tego woli flirtować z chłopakiem i wbijać na ekskluzywne imprezy z nowo poznanymi squattersami. Barry zamyka więc pełną fantastycznych wątków narrację w ramach opowieści inicjacyjnej, stawiając podwaliny pod fabularną woltę.

Warrior Nun/Netflix

Twórcy chowają w rękawach sporo asów.

Na widzów czeka wiele mniej lub bardziej zaskakujących twistów. Nie ma sensu przyzwyczajać się do uczuć, jakimi darzymy konkretnych bohaterów, bo w każdym momencie ktoś, kto zdobył naszą sympatię może okazać się czarnym charakterem, a komuś kto wydawał się antypatyczny, nagle zaczniemy współczuć. Nie mamy bowiem do czynienia z zero-jedynkowym zbiorem postaci. Wszyscy są odpowiednio zniuansowani. Barry dba, abyśmy rozumieli ich motywacje i czemu podejmują takie czy inne działania. Nawet pomimo tytułów odcinków odnoszących nas do cytatów z Biblii, udaje mu się dzięki temu uniknąć taniej, prostej i nieznośnej dydaktyki. A przecież nie brakuje przyczynków, aby w nią uciekać.

W serialu pojawia się mnóstwo wątków dotyczących (od dawna) aktualnych tematów. Gdzieś w tle słychać echa toczącej się od wielu lat walki Watykanu z nauką, którą w końcu zastąpi temat wątpliwych fundamentów moralnych, na jakich wyrosła religijna instytucja. Twórcy poruszają też kwestie patriarchalnego układu władzy w Kościele katolickim, czy wykluczenia z powodu innej orientacji seksualnej. Czyni to serial atrakcyjnym dla docelowego odbiorcy produkcji Netfliksa. Jednakże dzieje się to kosztem gatunkowych atrakcji, przez co dopiero w ostatnich odcinkach „Warrior Nun” zaczyna zasługiwać na swój tytuł, a my możemy się spokojnie rozsiąść z popcornem i napojami alkoholowymi pod ręką, żeby rozkoszować się ekranową rozwałką.

Warrior Nun/Netflix

Co prawda od początku częstowani jesteśmy walkami, kradzieżami i utarczkami, ale w trakcie seansu ciągle pojawia się poczucie niedosytu.

Chciałoby się, żeby twórcy pozwolili sobie na o wiele więcej szaleństwa. Docisnęli pedał gazu i z uśmiechem na ustach nas zaskoczyli, przekraczając kilka granic dobrego smaku. Niestety przez większą część serialu pulpowy charakter fabuły jest niwelowany i tonowany. Ogląda się to jednak nieco lepiej niż wiele teenage dram wzbogaconych elementami innych gatunków i wyplutych przez algorytm Netfliksa. Wraz z finałem rodzi się natomiast nadzieja, że w drugim sezonie (o ile ten powstanie) będzie już zupełnie inaczej. Barry’emu i jego ekipie należy się więc kredyt zaufania, bo może jeszcze da nam popalić jak trzeba.

Serial jest już dostępny na platformie Netflix.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (5)

5 odpowiedzi na “„Warrior Nun” dopiero z czasem dorasta do swojego tytułu. Oceniamy nowy serial Netfliksa”

  1. Jak dla mnie rewelacja. Niewielkie zacięcie antykościelne nie psuje ogólnego odbioru. Moi półka reżyserką prawie połowy odcinkow. Ogólnie serial feministyczny – nawet lektor kobieta (!) co dodaje smaczku…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...