Steve Carell wysłał swoje „Siły Kosmiczne” na podbój gwiazd. Jak o kosmosie opowiadają filmy i seriale?

Artykuł/Film 04.06.2020
Steve Carell wysłał swoje „Siły Kosmiczne” na podbój gwiazd. Jak o kosmosie opowiadają filmy i seriale?

Steve Carell wysłał swoje „Siły Kosmiczne” na podbój gwiazd. Jak o kosmosie opowiadają filmy i seriale?

„Siły Kosmiczne” Netfliksa ze Stevem Carellem i Johnem Malkovichem wydają się gwarantowanym hitem. Co tylko potwierdzi znaną od dawna prawdę, że Hollywood i kosmos to niezwykle dobrana para. Przestrzeń międzyplanetarna w filmach i serialach jest bowiem bardzo częstym gościem.

Człowiek od początku swojego istnienia zerkał w dzienne lub nocne niebo i wyobrażał sobie inne światy lub bóstwa. To swego rodzaju banał, ale trudno podważać wpływ kosmosu (tak bliższego, jak i dalszego) na rozwój matematyki, kultury czy religii.  Nie powinno więc nikogo przesadnie dziwić, że również rozwój filmu jest nierozerwalnie powiązany opowieściami o międzygwiezdnych podróżach, niezwykłych śmiałkach marzących o dotknięciu gwiazd oraz tajemniczych istotach przybywających spoza znanego nam wszechświata.

W tym miejscu nie sposób pominąć jednego z najważniejszych dzieł europejskiego kina niemego, czyli „Podróży na Księżyc” Georgesa Meliesa. Już w tym wczesnym dziele science fiction inspirowanym twórczością Vernesa i Wellsa dostrzegamy liczne elementy, które do dzisiaj stanowią podstawę kina opowiadającego o kosmosie. Grupa dzielnych astronautów podejmuje decyzję o wyprawie na naturalnego satelitę Ziemi. Tam natrafiają na nieprzyjaznych im kosmitów, ale zwyciężają ich i wracają szczęśliwie do domu. W kontekście „Sił Kosmicznych” warto zaznaczyć, że już w tak wczesnym przypadku imperialistyczna chęć podboju kosmosu była przyczynkiem do żartów i satyry. Nowy serial Netfliksa mógłby więc szukać swoich korzeni w filmie z 1902 roku.

W latach 30. i 40. kino rzadziej patrzyło w gwiazdy, ale powstające wtedy filmy z serii „Flash Gordon” i „Buck Rogers” po latach okażą się wielką inspiracją dla nowego pokolenia twórców.

Wspomniane produkcje były przeważnie dosyć niskobudżetowe i nie traktowano ich jako cokolwiek więcej niż rozrywkę. Widzowie mogli je oglądać początkowo tylko w formie krótkich rozdziałów pokazywanych przed innymi filmami wyświetlanymi w kinie. Dla wielu młodych odbiorców Flash Gordon stał się jednak z czasem pierwszym prawdziwym popkulturowym bohaterem. A zawarte w filmach z serii elementy przygody, humoru i eksploracji nieznanego kosmosu będą widoczne choćby w sadze „Star Wars”.

Postęp technologiczny związany z wynalezieniem rakiety V-2 przez nazistów sprawił, że podróże w kosmos stały jeszcze bliższe niż kiedykolwiek wcześniej. Na realistyczne produkcje związane z tą tematyką trzeba było jednak jeszcze trochę poczekać. Zamiast tego w latach 50. amerykańscy widzowie mieli do czynienia z prawdziwym wysypem historii o kosmitach. Szał związany z wypatrywaniem UFO w latających talerzach udzielił się bowiem również filmowcom. W tamtym okresie na duży ekran została również zaadaptowana jedna z najsłynniejszych powieści sci-fi, czyli „Wojna światów” H.G. Wellsa.

W latach 50. znacznie błyskawicznie rosło również znaczenie telewizji. Jednym z pierwszych popularnych programów, które na poważnie zajęły się tematyką kosmosu była seria „Disneyland” łącząca animację i sceny kręcone w studiu. W odcinkach zatytułowanych „Man in Space”, „Man and the Moon” oraz „Mars and Beyond” wystąpiły tak istotne dla eksploracji kosmosu postaci jak Wernher von Braun, Willey Ley czy Ward Kimball. Cel tych produkcji był przede wszystkim edukacyjny, ale nie brakowało tam też elementów humorystycznych. Po latach narodziła się plotka, że właśnie wspomniane epizody przekonały prezydenta Dwighta Eisenhowera, by dał zielone światło programowi kosmicznemu. Nigdy tego jednak nie udowodniono. Wielu późniejszych pracowników NASA przyznawało jednak, że oglądali „Man in Space”.

Początek wyścigu kosmicznego sprawił, że NASA stała się niejako dostarczycielem inspiracji dla Hollywood.

Ale co ciekawe, jednym z pierwszych ważnych filmów kosmicznych z lat 60. była  „2001: Odyseja kosmiczna” Stanleya Kubricka stworzona w Wielkiej Brytanii a nie USA. Kultowy twórca swoje inspiracje do tego dzieła czerpał zresztą w dużej mierze poza Stanami Zjednoczonymi, bo z kanadyjskiej animacji „Universe” i japońskiego „Warning from Space”. Co sprawiło jednak, że „2001: Odyseja kosmiczna” zapisała się tak złotymi zgłoskami w historii kina kosmicznego?

Przed jej premierą nie było drugiego tak popularnego filmu, który łączyłby w sobie realizm i profesjonalizm opowiadania o podróżach międzygwiezdnych z ambitną filozoficzną wizją. Kubrickowi bardzo zależało na ugruntowaniu w faktach, dlatego podczas tworzenia filmu współpracował z pisarzem science fiction Arthurem C. Clarkiem, radził się astronoma Carla Sagana, a konsultantem w kwestii designu uczynił Graphic Films Corporation tworzące filmy dla NASA i Sił Powietrznych. Dzięki „2001: Odyseja kosmiczna” elementy science i fiction nareszcie stały się sobie mniej więcej równe. A ponieważ w produkcji nie brakowało też intelektualnej i wizualnej maestrii godnej takiego geniusza jak Kubrick, to filmy o kosmosie nagle za sprawą jednej produkcji wspięły się na zupełnie nowy poziom. Wpływ „2001: Odyseja kosmiczna” na kino w kolejnych dekadach był zresztą tak wielki, że niektórzy nazywają to dzieło najlepszym filmem w historii.

W następnych dekadach kosmos trafił w objęcia kina gatunkowego, co doprowadziło do narodzin takich serii jak „Star Wars” czy „Obcy”. Ale idea wiarygodnego opowiadania o kosmosie też nie zanikła.

To do pewnego stopnia zaskakujące jak wiele najpopularniejszych produkcji z ostatnich 50 lat ma przynajmniej częściowy związek z podróżami międzyplanetarnymi czy międzygwiezdnymi. Wiszące nad nami gwiazdy inspirowały twórców coraz mocniej od początku XX wieku, ale dopiero Stanley Kubrick i serial „Star Trek” popchnęły gatunek w objęcia niespotykanej wcześniej popularności. Kosmos nagle stał się kopalnią pomysłów zarówno dla kultury wysokiej, jak i masowej.

Wymienienie i krótkie nawet przedstawienie wszystkich dzieł z tego okresu, które podejmowałyby temat podróży kosmicznych, wymagałoby tak naprawdę napisania osobnego tekstu. Z jednej strony mieliśmy takie filmy jak „Star Wars”, „Predator”, „Dzień niepodległości”, „Obcy – 8. pasażer Nostromo” czy „Avatar” wykorzystujące omawianą tematykę do opowiedzenia fikcyjnej i mocno gatunkowej opowieści. Ale zainteresowanie kosmosem nie ominęło też amerykańskich astronautów, którzy stali się chętnie wykorzystywaną grupą bohaterów.

Czasem w ramach absolutnie absurdalnych produkcji niemających absolutnie nic z rzeczywistością (z góry narzucają się „Armagedon” i „Dzień zagłady”), lecz nie brakowało też twórców idących śladem Kubricka i pragnących bardziej realistycznego opowiadania o NASA. W tym miejscu warto wspomnieć o biograficznych „Apollo 13” i„Pierwszym człowieku” (recenzję produkcji znajdziecie TUTAJ) czy sięgających w mniej lub bardziej odległą przyszłość „Grawitacji”, „Marsjaninie” i „Interstellar”. Moda na racjonalny futuryzm w opowiadaniu o kosmosie potrwa zapewne jeszcze przez kilka kolejnych lat, bo choćby dzięki niedawnej misji SpaceX i NASA wizja ludzkości podróżującej między planetami znów nabrała wiatru w żagle.

Wzrastająca popularność tej tematyki nie umknęła szefom serwisu Netflix. Czego efektem takie seriale jak „Another Life” i „Siły Kosmiczne”.

W ostatnich latach w telewizji i na platformach VOD mieliśmy do czynienia z prawdziwym wysypem historii science fiction opowiadających o dalekim locie kosmicznym, w trakcie którego coś poszło nie tak. Syfy wyprodukowało „Nightflyers”, Netflix zrobił „Another Life”, YouTube Red wypuścił „Origin”, a HBO spróbowało pokazać ten temat w komediowej formie za sprawą „Avenue 5”. Wiele ze wspomnianych produkcji niestety nie stało na przesadnie wysokim poziomie (więcej o tym przeczytacie TUTAJ), dlatego cieszy, że „Siły Kosmiczne” nie poszły tą samą ścieżką.

Zamiast tego nowa komedia Netflix Original skupia się na pokazaniu polityki związanej z działalnością kosmiczną wielkich mocarstw oraz problematyki militaryzacji kosmosu. Robi to przy tym z olbrzymią dawką absurdalnego humoru, dzięki czemu jest w stanie pokazać te istotne dla świata kwestie bez przesadnego patosu. Osobiście liczę więc na to, że serwis zamówi kontynuację produkcji. Bo przecież nie ma wątpliwości, że tematyka podróży po znanych i nieznanych galaktykach jeszcze długo będzie stanowić istotną część współczesnej popkultury. Warto natomiast, żeby Hollywood podejmowało ją w różnorodny sposób. Historia filmów o kosmosie do tego zobowiązuje.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...