Nadchodzi najbardziej niepotrzebny remake wszech czasów. Luca Guadagnino nakręci nową wersję filmu „Człowiek z blizną”

Artykuł/Film 15.05.2020
Nadchodzi najbardziej niepotrzebny remake wszech czasów. Luca Guadagnino nakręci nową wersję filmu „Człowiek z blizną”

Nadchodzi najbardziej niepotrzebny remake wszech czasów. Luca Guadagnino nakręci nową wersję filmu „Człowiek z blizną”

Jedną kwestią jest fakt, że nowa wersja „Człowieka z blizną” jest nikomu niepotrzebna. Drugą jest to, że za tę odtwórczą robotę bierze się jeden z ciekawszych autorów współczesnego kina.

I nie jest to pierwszy raz, gdy Luca Guadagnino zabiera się za remake. Zaczęło się od „Nienasyconych”, który to był luźną adaptacją filmu „Basen” z 1969 roku (i jego późniejszego remaku z 2003 roku). Potem przyszła „Suspira”, czyli nowa wersja kultowego horroru od Dario Argento. Oczywiście do każdego z tych filmów Guadagnino dodawał swój autorski sznyt, ale jednak wchodzenie w czyjeś buty wydaje mi się marnowaniem potencjału reżysera. No chyba, że cierpi on na twórczy impas i woli polegać na cudzych opowieściach.

Teraz przyszła kolej na „Człowieka z blizną”, który będzie dla niego o tyle ciekawym projektem, że odległym gatunkowo od bardziej stonowanych i zmysłowych dzieł z przeszłości.

Remake „Człowieka z blizną” to bardzo zły pomysł.

Wprawdzie film Briana De Palmy z Alem Pacino z 1983 roku też nie był oryginałem (pierwsza wersja filmu pochodzi z 1932 roku), ale ona przynajmniej wniosła wiele nowego względem poprzednika.

Przede wszystkim obrosła kultem i stała się popkulturową biblią. To był film, który idealnie trafił w swój czas i odbił się szerokim echem w całej wizualnej rozrywce. Od fenomenalne roli Ala Pacino, po jego cytaty, które zapisały się w annałach kina.

Człowiek z blizną” razem z serialem „Policjanci z Miami” wprowadził też kino (oraz popkulturę) w lata 80. I przy okazji stał się architektem tego, jak dziś wygląda kino rozrywkowe. „Scarface” w swoich czasach przekraczał dopuszczalne w mainstreamie normy przemocy (i przekleństw) pokazywanej na ekranie. Choć może nie jest to najbardziej pozytywna cecha tego filmu, to jednak w momencie premiery film De Palmy szokował i tym samym zwracał na siebie uwagę. Niektórzy zarzucali mu zbytnią gloryfikację przemocy, jakiej wcześniej w kinie nie było, ale popkultura przyjęła to z otwartymi ramionami.

I pewnie gdyby nie „Człowiek z blizną” to filmy Tarantino wyglądałyby zupełnie inaczej. Podobnie jak i całe kino akcji bądź thrillery, które miały swoje premiery w kolejnych latach.

Oczywiście można stwierdzić, że to przez „Człowieka z blizną” kino stało się bardziej wulgarne, natomiast już od nas zależy jak do tego podejdziemy.

Muzyka, która pojawia się w soundtracku „Scarface’a” niemalże samodzielnie ustanowiła kierunek, w jakim później podążało brzmienie lat 80. jakie dziś znamy i kojarzymy z tymi czasami. Na początku XXI wieku zresztą wróciła ze zdwojoną siłą w grze wideo „Grand Theft Auto: Vice City” (mocno zresztą inspirowanej „Scarface’em”) i tym samym odegrała istotną rolę w narodzinach ery nostalgii i powrocie mody na lata 80., które przejawiają się w obecnej muzyce, filmach i serialach.

Ale „Człowiek z blizną” ma też o wiele szerszy wpływ kulturowy, bowiem jego premiera zbiegła się z wykluwaniem się w pełni kultury hip-hopowej w USA, która to garściami czerpała i czerpie do dziś ze stylu życia i zachowań Tony’ego Montany.

Jak więc dodamy do siebie to wszystko oczywistym staje się fakt, że „Człowiek z blizną” z 1983 roku, czy to się komuś podoba czy nie, to film wyjątkowy i taki, który zostawił po sobie ślad oraz przesunął trochę tory po jakich zaczął posuwać się rozwój kina rozrywkowego. Przy tym wszystkim, film De Palmy nie zestarzał się jakoś strasznie, jego wersja Blu-ray wygląda prawie tak, jakby to był film kręcony obecnie. Mięsiste dialogi, znakomicie rozpisany scenariusz obfitujący w dramatyczne zwroty akcji i kapitalny finał, ponadczasowa rola Pacino, cudowna Michelle Pfeiffer na drugim planie oraz świetne zdjęcia i montaż wcale nie wydają się jakby pochodziły z produkcji sprzed 40 lat. „Scarface” z 1983 roku przypomina wręcz współczesne produkcje, które próbują się stylizować na lata 80.

Stawiam więc pytanie – po jaką cholerę zabierać się za kręcenie nowej wersji?

Przecież z góry wiadomo, że remake, nawet jeśli będzie lepszym filmem (po prawdzie „Scarface” z 1983 roku to nie jest artystycznie wybitne dzieło), nie przebije się do masowej świadomości tak jak dzieło De Palmy.

A już na pewno nie wpłynie tak na popkulturę, nie stanie się czymś równie wyjątkowym jak poprzednik. W XXI wieku, nowy „Człowiek z blizną” będzie już niczym nie wyróżniającym się thrillerem, opowiadających historię, jaką widzieliśmy już w filmach i serialach dziesiątki razy. No chyba, że Guadagnino planuje dodać tam wątki z horroru, science-fiction i gejowskiego romansu. W innym wypadku nie potrafię znaleźć uzasadnienia dla istnienia tej produkcji.

„Scarface” to jednak nie „Król Lew”, w tym przypadku miliony ludzi nie rzucą się do kin, by raz jeszcze obejrzeć tę historię i to bez charakterystycznej muzyki oraz wielkiej roli Ala Pacino. No, ale widać, Hollywood musi po raz kolejny się sparzyć, by już po fakcie stwierdzić, że był to głupi pomysł.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...