Filmy, których nie znasz i nie musisz, czyli jak przestałem wstydzić się swoich zaległości

Felieton/Film 22.04.2020
Filmy, których nie znasz i nie musisz, czyli jak przestałem wstydzić się swoich zaległości

Filmy, których nie znasz i nie musisz, czyli jak przestałem wstydzić się swoich zaległości

„Stalker”, „Pani zemsta”, „Opętanie”, „39 kroków”, „Amadeusz” i „Avatar” – to tylko wierzchołek góry lodowej nieobejrzanych przeze mnie filmów. Od jakich tytułów zaczęlibyście swoją listę wstydu?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Czytając dużo tekstów na temat kina, łatwo popaść w kompleksy. W dobrych recenzjach krytycy potrafią przenieść nas do świata filmu, umieszczając go w kontekście najpierw kilku innych produkcji należących do tego samego gatunku, potem paru podejmujących podobny temat, a na koniec jeszcze ocierać się o teorie autorskości, odnosząc dany tytuł do poprzednich pozycji sygnowanych nazwiskiem jego reżysera. Wymaga to nie lada sprawności w pisaniu i ogromnej wiedzy, którą zapewne każdy z nas chciałby posiadać.

Zamiast tego z każdym przeczytanym tekstem, nasze listy wstydu rosną.

Kiedyś patrzyłem na swoją, czując do siebie odrazę. W końcu nie widziałem mnóstwa filmów, które znać powinienem. Chociaż zarywałem noce, aby je nadrabiać, zaległości zamiast ubywać, mnożyły się. Teraz czuję, że się z nimi zaprzyjaźniłem. Pogodziłem się z tym, że nieważne jakbym się nie starał, nigdy ich nie nadrobię. Życia by mi zabrakło.

Wpływ na moje podejście do zaległości miały dwa wydarzenia. Zacznę od końca, bo ostatnie z nich było bezpośrednią inspiracją do tego tekstu. Rozmawiając z jednym znajomym jak zwykle przerzucaliśmy się tytułami obejrzanych filmów i nazwiskami tyle co odkrytych reżyserów. Ja podałem mu kilka pozycji, które powinien zobaczyć, a on mi parę innych. I tak toczyła się dyskusja. Jak zawsze obyło się bez wstydu, że któryś z nas czegoś nie widział, bo zaraz okazywało się, że drugi nie widział czegoś innego.

Ta rozmowa skłoniła mnie jednak do zastanowienia się nad istotą zaległości.

Skąd wynikał ten brak wstydu? Jak wspomniałem, jeszcze parę lat temu moje kompleksy pewnie nie zmieściłyby się ze mną w pokoju. Teraz podszedłem do nieobejrzanych filmów całkowicie na luzie. Czy wynikało to z nabytej podczas oglądania kolejnych tytułów pewności siebie? Nie, na pewno nie. I wtedy przypomniał mi się pewien felieton Michała Oleszczyka, w którym podejmuje on właśnie temat zaległości filmowych.

Czytałem ten tekst, kiedy został opublikowany, a było to w czasach, kiedy wciąż próbowałem obejrzeć wszystkie filmy świata. To on pomógł mi w dużej mierze wyzbyć się kompleksów z powodu zaległości. Jak pisze Oleszczyk, sama wiedza o ich istnieniu stanowi „kapitał i legitymizację naszej pasji”. Trudno o lepsze ujęcie istoty rzeczy.

po co czytamy recenzje

O wiele łatwiej by nam było, gdybyśmy nie zdawali sobie sprawy z oceanu nieobejrzanych filmów. A ten przecież powiększa się z każdym dniem, z każdą chwilą. Dzisiaj pewnie jeszcze szybciej, niż w momencie publikacji przywołanego tekstu. Nie wystarczy śledzić kinowych nowości. Trzeba mieć na względzie produkcje sygnowane znaczkami mnożących się serwisów VOD. Nie ma szans na oglądanie wszystkiego, a o nadrabianiu klasyki w międzyczasie można już w ogóle zapomnieć.

Chyba nikt nie zaprzeczy, że liczba filmów, które chcielibyśmy obejrzeć jest odwrotnie proporcjonalna do tych, które już widzieliśmy. Z klasyką jest o tyle łatwiej, że należące do niej tytuły są bardzo dobrze opisane. Możemy o nich czytać i perorować ze znawstwem godnym uniwersyteckiego wykładowcy. Z dwóch powodów warto jednak je nadrabiać. Po pierwsze w przeciwnym razie w małym stopniu przyczynialibyśmy się do rozrostu kultury „nie znam się, to się wypowiem”, a po drugie, ich obejrzenie zajmie mniej czasu niż dobre ich poznanie z książek i tekstów w internecie.

Wiedza o zaległościach świadczy przede wszystkim o naszej kinofilii.

Wiedza o zaległościach, ich pośrednia znajomość tak jak oceanem wstydu, jest też morzem możliwości. Kino okazuje się tak bogatym i fascynującym medium, że powinniśmy cieszyć się z każdej szansy na poznanie jego nieodkrytych do tej pory zakamarków. Dlatego niech lista zaległości rośnie sobie z prędkością krótkodystansowca, a my nadrabiajmy kolejne tytuły, jakbyśmy brali udział w maratonie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (8)

8 odpowiedzi na “Filmy, których nie znasz i nie musisz, czyli jak przestałem wstydzić się swoich zaległości”

  1. Jak można się wstydzić, a tym bardziej czuć do siebie odrazę ponieważ nie widziało się czegoś? Co ja kulson czytam?

    Dziś jest jakiś owczy pęd na oglądanie czego popadnie, później księgowi kierując się słupkami oglądalności walą gniot za gniotem, bo jak jeden się sprzedał, to można robić następne, ludzie nie mają wymagań…

    Chyba nikt nie zaprzeczy, że liczba filmów, które chcielibyśmy obejrzeć jest odwrotnie proporcjonalna do tych, które już widzieliśmy.

    Ja zaprzeczę. To co chciałem już dawno obejrzałem. Filmy i seriale wybieram starannie, jak już poświęcam na coś czas, to ma być to co najmniej dobre. Dlatego jak widzę gdzieś nazwiska jak Kurtzman, czy w opisie netflix originals, to z automatu omijam szerokim łukiem. Jak pojawia się jakiś Jar Jar Abrams i np. zwiastun jest w stanie mnie zaciekawić, to trafia na listę ‘kiedyś’ – jak będę miał czas, a nie trafi się nic lepszego, to mogę rzucić okiem. Nolan, Scorsese, Eastwood czy Tarantino, to zawsze priorytet.

    • Są tacy ludzie, którzy muszą obejrzeć wszystko co miało premierę bo inaczej źle się czują. Znam nawet taką osobę z własnego bliskiego otoczenia. Dawniej to się nazywało “nolife”, nie wiem jak teraz.

    • Wśród produkcji Netflix Originals są naprawdę dobre pozycje, więc omijanie ich bez choćby zapoznania się z jakąś recenzją, opinią jest trochę ignorancją.

      • Jak już coś dobrego się pojawia [jak Irlandczyk], to ginie w zalewie tandety. Netflix idąc w masowe produkowanie śmieci sam wprowadził efekt zatrutej studni. Mi szkoda czasu na przebieranie w tym śmietnisku żeby wyłowić coś co potencjalnie może być choćby średnie.

        • Nie mogę zaprzeczyć, na Netfilxie jest cała masa chłamu (nie tylko
          ich produkcji ale ogólnie) ale zdarzają się dobre i ciekawe filmy,
          seriale orginalne. Ja lubię m.in. Stranger Things, BoJack, który
          początkowo mnie odrzucił apóźniej wciągnął totalnie, Dark. Szkoda,że
          Netflix nie wyświetla ocen z IMBD jak to jest na HBO GO.

  2. Nie ogłądałem Gry o Tron, Harrego Pottera i Władcy Pierścieni. To znaczy próbowałem ale chyba moja autystyczna cząstka mnie nie przyjmuje do siebie świata fantasy. Po kilkudziesięciu minutach wyłączałem bo nie dałem rady. Mam tak od dziecka, nigdy nie lubiłem smoków, czarodziejów i elfów. Wolałem czytać książki przygodowe Adama Bahdaja, potem historyczne, techniczne i biografie. A, no i nie lubię większości SCi-Fi, np. Gwiezdnych Wojen. Bijcie ale nie po nosie.

  3. Inna jest sytuacja biernego fana czy nawet pasjonata kina, a inna kogoś, kto mieni się krytykiem filmowym. Bo krytyk, który nie obejrzał (i przemyślał, poddał krytyce) klasyków kina, to jak lekarz czy inny specjalista, który w czasie kształcenia pominął parę ważniejszych książek. A zwyczajny entuzjasta, któremu nie płacą za opiniowanie filmów, niech sobie robi z wolnym czasem, co mu się podoba.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...