„Żegnaj mój synu” to przepełniona smutkiem elegia o rodzinnym bólu

Recenzja/Film 02.04.2020
Nasza ocena:
„Żegnaj mój synu” to przepełniona smutkiem elegia o rodzinnym bólu

„Żegnaj mój synu” to przepełniona smutkiem elegia o rodzinnym bólu

Są takie filmy, które, choć wydają się niepozorne z początku, zostawiają w nas jakiś ślad po sobie. Takim przypadkiem jest właśnie chiński dramat „Żegnaj mój synu”, który zachwyca precyzją i emocjonalnie kładzie na łopatki.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

„Żegnaj mój synu” jest niezwykle ciekawy od strony formalnej. Przede wszystkim jest to dzieło na wskroś intymne, to kino oszczędnych środków. Jednocześnie jednak odznacza się też niemałym rozmachem, gdyż cała historia rozgrywa się na przestrzeni trzech dekad.

Rozmach emocjonalny tej produkcji jest równie imponujący.

Reżyser Xiaoshuai Wang zabiera nas głęboko w czeluście rodzinnych tragedii, bólu, rozpaczy, a jednocześnie w niesamowicie płynny sposób snuje przed nami epopeję o życiu i społeczeństwie w Chinach przez lata transformacji z komunizmu na quasi-kapitalistyczny kraj. Pokazuje w jaki sposób żal i smutek zmieniają związki, to opowieść o stracie, ale i o przyjaźni oraz więzach międzyludzkich. Wskazuje również na to, jak polityka państwa (w tym przypadku istotną rolę odgrywa polityka jednego dziecka) wpływa na ewolucję relacji społecznych w mikro i makro skali.

Do tego wszystkiego, wracając jeszcze do kwestii formalnych, „Żegnaj mój synu” zbudowany jest na chronologicznych przeskokach w przód i w tył. Ale, co ciekawe, jako widzowie w ogóle nie gubimy się w tym drobnym zaplątaniu, głównie dlatego, że reżyser bardziej skupia się na emocjach poszczególnych części filmu i to one mają stanowić spójną całość i odznaczać się tożsamą naturą. Cała opowieść snuje się więc niejako organicznie, bez względu na to, że co pewien czas przeskakujemy z jednej przestrzeni czasowej do drugiej. I jest to, reżysersko oraz montażowo, mistrzowska robota.

„Żegnaj mój synu” to nie jest kino wielkich środków czy filmowych fajerwerków, które są widoczne gołym okiem.

Maestria tego obrazu utkana jest w szczegółach i elementach układanki oraz gramatyce poszczególnych sekwencji, które kryją się w jego środku.

I tym bardziej stanowi to o jego wielkości. Oczywiście nie jest to kino dla każdego. Przede wszystkim jest to długi seans – „Żegnaj mój synu” trwa aż trzy godziny. Sam uważam, że spokojnie mógłby być on o jakieś 30 minut krótszy i nie straciłby nic ze swojej mocy. W dodatku, choć historia wciąga i porusza, to wymaga skupienia, gdyż jest tu cała masa scen odznaczających się powolnym tempem, kontemplujących oglądanych przez nas bohaterów i poszczególne wydarzenia.

Oczywiście twórcy zadbali także i o dynamikę całości, umiejętnie wplatając co jakiś czas zwroty akcji podnoszące dramaturgię z niemalże chirurgiczną precyzją. Reżyser wraz z operatorem przyglądają się swoim bohaterom i wydarzeniom przez nich przeżywanym z wielką uwagą i fascynacją. Ale, jak to w sztuce bywa, nie każdemu owa fascynacja się udzieli w takim samym nasileniu.

Trzeba też mieć na uwadze fakt, że „Żegnaj mój synu” to dzieło zwyczajnie w świecie nasączone smutkiem i melancholią, a nie każdy też ma, szczególnie w obecnej sytuacji na świecie, ochotę zapuszczania się w takie rejony. Tym niemniej, dla smakoszy dobrego kina „Żegnaj mój synu” to pozycja obowiązkowa i w pełni satysfakcjonująca.

Narracyjnie jest to wielkie dzieło, od którego wiele można się nauczyć jeśli chodzi o opowiadanie historii o bólu, stracie, relacjach międzyludzkich i rodzinie oraz rodzicielstwie w sposób tyleż samo poruszający do łez, co delikatnie elegancki.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...