Twórca „Hostelu” nakręci filmową adaptację gry „Borderlands”. Nie podoba mi się ten pomysł

Felieton/Film 21.02.2020
Twórca „Hostelu” nakręci filmową adaptację gry „Borderlands”. Nie podoba mi się ten pomysł

Twórca „Hostelu” nakręci filmową adaptację gry „Borderlands”. Nie podoba mi się ten pomysł

Choć wbrew pozorom wybór tego reżysera niekoniecznie jest zły, to zastanawia mnie czemu, poza aspektem finansowym, Hollywood zabiera się za adaptację gry „Borderlands”?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Z Hollywood doszły nas wieści, że Eli Roth, znany z takich „klasyków” jak „Hostel” czy „Śmiertelna gorączka” został zatrudniony jako reżyser nadchodzącej adaptacji gry wideo „Borderlands”. I choć Roth nie jest dobrym reżyserem, to jednak charakter „Borderlands”, która jest przesiąkniętą kampowym humorem, nadmierną przemocą i świadomie kiczowatą opowieścią sci-fi, sprawia, że być może jest on w stanie zrobić z tego dobry zły film. Tylko podstawowe pytanie ode mnie brzmi: po co?

Pomińmy na chwilę, wiem, ten najważniejszy, aspekt finansowy i zastanówmy się, czy świat potrzebuje filmu „Borderlands”? Moim zdaniem nie.

To w ogóle szersze pytanie o sens tworzenia adaptacji gier wideo. Elektroniczna rozrywka to zupełnie inny świat, jednak przynależący już do sztuk wizualnych. Mocno upraszczając – gry wideo to, szczególnie dziś, takie wielogodzinne filmy z dodatkiem interaktywnym. Ich filmowa wersja to zawsze będzie krok w tył, downgrade, zmarnowanie pełnego potencjału danego tytułu, niepotrzebne uproszczenie go względem oryginału.

W dodatku gry wideo rządzą się specyficzną dla tego gatunku mechaniką, ich popularność bierze się nie tylko z fabuły czy postaci, ale przede wszystkim ze względu na system rozgrywki. A tego nie da się przenieść na materię filmową. Bez tego „Borderlands” to będzie nic innego jak jeszcze bardziej szalona i kolorowa wersja „Mad Maxa” z dodatkiem elementów science-fiction i komedii. Tak samo jak planowana od wielu lat adaptacja „Uncharted” z Tomem Hollandem, do której zdjęcia mają rozpocząć się już w marcu, będzie niczym innym jak nowoczesną inkarnacją „Indiany Jonesa” i „Tomb Raidera”.

Rozumiem chęć adaptacji komiksów i książek, bo w tym przypadku z nieruchomych obrazków albo kart książek powołuje się do życia całe światy i przygody, których wcześniej nie widzieliśmy w ruchu, ale w przypadku gier wideo to tak nie zadziała. Wręcz przeciwnie.

Jak wspomniałem wyżej, film będący adaptacją gry wideo to będzie jej uboższa wersja, tak pod względem fabuły, liczby postaci, jak i świata przedstawionego.

Do tego często o charakterze danej gry, o DNA jej sukcesu decyduje również wspomniana przeze mnie wcześniej rozgrywka (w przypadku “Borderlands” dochodzi jeszcze aspekt wizualny całej gry, której forma ujęta została w komiksową grafikę i stanowi ona jej wizytówkę). I to dlatego większości gier wideo nie udaje się przenieść z sukcesem na ekran kinowy. Dlatego nie udały się m.in. „Assassin’s Creed”, „Doom”, „Silent Hill”, „Mario Bros” (ten film to się dopiero Koopy nie trzymał) i wiele, wiele innych. Pojedyncze strzały, takie jak całkiem spory sukces finansowy filmu „Sonic. Szybki jak błyskawica”, który ma miejsce obecnie, o niczym nie świadczy.

Rozumiem też, że Hollywood cierpi coraz mocniej na brak dobrych pomysłów, a świetnych książek czy serii komiksowych z potencjałem nie ma już tak wiele jak kiedyś, ale może w końcu czas zacząć inwestować w oryginalne pomysły, a nie tylko czerpać je od innych?

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...