Horrory, których nie znacie #2. „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite” – piękna antologia strasznych opowieści

Artykuł/Film 18.02.2020
Horrory, których nie znacie #2. „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite” – piękna antologia strasznych opowieści

Horrory, których nie znacie #2. „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite” – piękna antologia strasznych opowieści

„Kwaidan” z 1964 roku, to film, który przedstawił zachodniej publiczności japońskie filmy grozy. Czerpiące z tamtejszej kinematografii hollywoodzkie i europejskie horrory, nie zawsze tego świadome, mają wiec niemały dług wdzięczności dla filmu Masaki Kobayashiego.

Pomiędzy dwoma swoimi najsłynniejszymi filmami, „Harakiri” i „Buntem”, japoński mistrz Masaki Kobayashi uraczył miłośników X muzy dziełem niezwykłym. „Kwaidan, czyli opowieści niesamowite”, jak sam tytuł wskazuje, to podróż do krainy baśni. Z tymże są to baśnie dla dorosłych: mroczne, niepokojące, dla niektórych widzów pewnie i przerażające na swój sposób.

Choć fabuła nie jest w „Kwaidan” najważniejsza, to można z całą pewnością stwierdzić, że dzieło Kobayashiego to opowieść o przenikaniu się świata realnego z duchowym oraz tym, jakie to może mieć skutki.

„Kwaidan” oparty jest na książce Lafcadio Hearna, irlandzkiego pisarza, który u schyłku XIX wieku osiedlił się w Japonii.

„Kwaidan” jest jego zbiorem tekstów i przypowieści, które nawiązują do japońskiej mitologii oraz kultury. Można je uznać za swoiste studium folkloru Kraju Kwitnącej Wiśni wykonane przez człowieka Zachodu. Jest to więc klasyczny przykład antologii. W filmie przyjdzie nam poznać cztery historie.

W pierwszej, zatytułowanej „Czarne włosy” śledzimy losy biednego samuraja, który porzuca swą żonę i wiąże się z należącą do bogatej i poważanej rodziny kobietą.

W drugiej, pod tytułem „Kobieta śniegu”, dwóch drwali próbuje jakoś przetrwać potężną zimową zamieć. Znajdują chatę i tam postanawiają przeczekać fatalne warunki. Jednak w nocy pojawia się tam zjawa – kobieta śniegu – która zabija jednego z nich. Drugiemu daruje życie, ale tylko wtedy, gdy nigdy nie powie nikomu, że ją widział.

W trzeciej, noszącej tytuł „Hoichi bez uszu”, przyjdzie nam obserwować pełną rozmachu bitwę morską, o której śpiewa tytułowy niewidomy grajek, Hoichi. Jego pieśni są tak piękne i donośne, że zostaje on wezwany po to, by zagrać je duchom żołnierzy poległych podczas wspomnianej wcześniej bitwy.

Czwarta historia zatytułowana „W filiżance herbaty” przedstawia nam samuraja, który nagle zauważa w odbiciu wody w swoim naczyniu wizerunek obcego mężczyzny. Po niedługim namyśle postanawia napić się z naczynia. Jakiś czas później ów nieznajomy pojawia się osobiście…

Fabuła nie jest w „Kwaidan” równie istotna jak warstwa wizualna i kreowanie baśniowo-niepokojącej atmosfery, tym niemniej da się z powyższych historii wyciągnąć nieco pożywki dla naszych myśli.

Kobayashi mierzy się z tematem przenikania się światów żywych i umarłych, rzeczywistości i mitów, świata doczesnego oraz tego z naszych wierzeń. Przenikanie to przeważnie nie przynosi pozytywnych skutków. „Kwaidan” jest więc poniekąd przypowieścią o poszanowaniu tradycji, kultywowaniu jej, a nie niszczeniu.

Duchy i zjawy, które przyjdzie nam obserwować w filmie Kobayashiego są też z drugiej strony ofiarami konwenansów japońskiej tradycji i nakazów wynikających z tamtejszej kultury. Filmowe zjawy trzymają się tych wszystkich zasad nawet po śmierci, gdy przynależą już do zupełnie innego świata i wymiaru dalekiego od ludzkich więzów. Trochę tak, jakby śmierć nie była dla nich wystarczającą karą – zostali skazani na wieczną egzystencję pomiędzy światami zamknięci więzieniu tradycji.

Jednak tym, co przykuwa uwagę najbardziej jest mimo wszystko oprawa. Baśniowa atmosfera „Kwaidan” to w dużej mierze zasługa przepięknej warstwy wizualnej.

Od niezwykłej scenografii, po barwne kostiumy, wspaniałą inscenizację i genialne, przełomowe, jak na tamte czasy, operowanie kolorem. Dzieło Kobayashiego to jeden z najbardziej wysmakowanych wizualnie filmów w historii kina. A już sam fakt, że reżyser postanowił tak piękną formę wykorzystać do opowiedzenia niepokojących historii grozy, stanowi ciekawy wyróżnik i wartość samą w sobie.

Dopiero lata później twórcy z całego świata zaczną przykładać równie wielką wagę do oprawy formalnej swoich horrorów. Ślady inspiracji “Kwaidan” można znaleźć zarówno u Jamesa Wana, jak i Guillermo del Toro.

Także ścieżka dźwiękowa, zarówno muzyka jak i dźwięk sam w sobie, odgrywają ważną rolę w budowaniu napięcia, kreowaniu atmosfery i działaniu na emocje w „Kwaidan”. Pomimo teatralności tego dzieła, która raz na jakiś czas może być dla nas ewidentna, Kobayashi dobrze wiedział jak w pełni wykorzystać poetykę kina i skupić sedno swych opowieści w obrazach i dźwiękach.

Ci z was, którzy jeszcze nie oglądali „Kwaidan” mają przed sobą niezwykły seans. Tym bardziej, że na dobrą sprawę, to właśnie dziś jesteśmy w stanie docenić ten film w pełni, mając pod ręką w domowym zaciszu niemałe telewizory i możliwość obejrzenia „Kwaidan” co najmniej w formacie HD. Dzięki temu scenografia, kolory i szerokie plany będą mogły w pełni wybrzmieć tak jak to planował pokazać Kobayashi. Jeśli jednak zamierzacie oglądać ten film na smartfonach to lepiej sobie odpuście.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...