Fenomen „365 dni”. Skąd bierze się popularność Blanki Lipińskiej i jej twórczości?

Felieton/Film 18.02.2020
Fenomen „365 dni”. Skąd bierze się popularność Blanki Lipińskiej i jej twórczości?

Fenomen „365 dni”. Skąd bierze się popularność Blanki Lipińskiej i jej twórczości?

„365 dni” to istny fenomen. Książka sprzedała się w liczbie przekraczającej pół miliona egzemplarzy, a film obejrzało już łącznie ponad milion osób. Co wpłynęło na ten niekwestionowany, komercyjny sukces Blanki Lipińskiej?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Blanka Lipińska i jej proza stały się krajowym fenomenem. Autorka zadebiutowała w lipcu 2018 roku. Do dzisiaj zakupiono ponad pół miliona egzemplarzy „365 dni”, a po kontynuacje sięgają setki tysięcy osób. Teraz pisarka zaliczyła kolejny sukces. Po drugim weekendzie wyświetlania, film na podstawie jej książki obejrzało już ponad milion osób. Skąd wynika taka popularność zarówno oryginału, jak i produkcji na nim opartej?

Powodów może być kilka.

Zacznijmy od filmu i czynników zewnętrznych na razie pomijając kwestie jego – z braku lepszego określenia – walorów artystycznych. W tym roku kina nie popisały się repertuarem na walentynki. Prócz „365 dni” jedyną sensowną propozycją na randkę okazał się „Zenek”. Nic więc dziwnego, że pary tłumnie popędziły na ekranizację książki Blanki Lipińskiej. Podczas gdy w opowieści o królu disco polo romans jest tylko jedną z atrakcji, logiczniejsze wydaje się zabranie drugiej połówki na coś, co wokół romansu jest zbudowane.

Reklamowane jako polska odpowiedź na „50 twarzy Greya”, „365 dni” po pierwszym weekendzie wyświetlania miało niecałe pół miliona widzów. Całkiem niezłe otwarcie, jednakże wszyscy spodziewali się, że kluczowa dla box office’owego wyniku będzie właśnie widownia walentynkowa. Co z tego, że do tej pory recenzenci zdążyli zmieszać film z błotem? Ich opinia nie jest ważna. Każdy chce sam sobie wyrobić zdanie na temat, kontrowersyjnej przecież produkcji na podstawie jeszcze bardziej kontrowersyjnego bestsellera.

Cały marketing dookoła zarówno książki, jak i filmu zbudowany jest na kontrowersji związanej z dyskusją o seksualności. Blanka Lipińska każdym swoim występem w mediach udowadnia, że jest silną, niezależną, pewną siebie, cieszącą się cielesnością, świadomą swej seksualności kobietą. I bardzo dobrze, że właśnie taka jest, a przynajmniej, że taka jest jej medialna persona.

365 dni/fot.: Next Film
365 dni/fot.: Next Film

A jak wszyscy dobrze wiemy „sex sells”.

Seks jest w stanie sprzedać wszystko. I to na nim Blanka Lipińska zbudowała swą renomę. Być może gdyby to ona, a nie Anna Maria Sieklucka usiadła naprzeciw Romana Praszyńskiego i udzielała mu wywiadu, podjęłaby jego grę. Ba, prawdopodobnie zmiażdżyłaby go swoją osobowością. O tym możemy jednak na razie tylko gdybać. Pewne jest to, że pisarka jest medialnym stworem, a jej zachowanie zwykle odbija się głośnym echem wśród jej zwolenników i przeciwników.

Lipińska jest bardzo wyrazistą postacią i potrafi oddziaływać na zbiorową psychikę odbiorców. Swoim zachowaniem kontrastuje z innymi osobami publicznymi. W ten sposób urasta wręcz do rangi symbolu kobiecego wyzwolenia. Umiejętnie gra na najniższych instynktach naszego pruderyjnego społeczeństwa. I dlatego wiele rzeczy może jej ujść na sucho.

„365 dni” to nic innego jak porno dla gospodyń domowych.

W książce pełno niezbyt trafnych porównań czy metafor. Za przykład niech posłużą cytaty wzięte z artykułu na portalu Granice:

Moim oczom ukazał się obraz, którego bałam się najbardziej. Jego piękny, równy i niebywale gruby k*tas sterczał niczym świeczka wetknięta w tort, który dostałam w hotelu w dniu swoich urodzin. Był doskonały, idealny, nie za długi, ale gruby prawie jak mój nadgarstek […].

Twój zapach czułem już, kiedy stanęłaś w progu domu. Chciałbym go z ciebie zlizać. – Mówiąc to, zaczął rytmicznie i mocno zaciskać dłonie na moich ramionach.

Film posługując się językiem wizualnym, a nie literackim oszczędza nam podobnych zwrotów. Niemniej wydaje się, że Blanka Lipińska miała za dużo do powiedzenia w trakcie jego realizacji, co jest motywem często powracającym w kolejnych recenzjach. Nie ma tu za wiele osobowości Barbary Białowąs, jest za to mnóstwo pisarki i niezbyt kinowych uproszczeń.

W ekranizacji „365 dni” nie brakuje seksu, ale jest on podany bez erotyki. To czysty pozbawione chemii, wulgarny seks. Czyste, nieurozmaicone filmowymi środkami porno. W dodatku niezbyt ekscytujące. Nie są to słowa zgorzkniałego i zazdrosnego purysty, a kogoś kto w wielu adaptacjach „Wenus futrze”, „9 ½ tygodnia” czy produkcjach sygnowanych nazwiskiem Waleriana Borowczyka dostrzegał czysty mistycyzm kinowego romansu zbudowanego na cielesności. Niestety w tytule na podstawie prozy Lipińskiej go nie znalazłem.

Na bezrybiu i rak ryba.

Popularność zarówno filmu, jak i książki, na podstawie której powstał pokazuje pewną przypadłość, na jaką cierpią polscy widzowie i czytelnicy. Wszyscy jesteśmy spragnieni rodzimego gatunku. Nie artystycznych komentarzy społecznych, tylko czystej, gatunkowej magii. Dlatego tłumnie gnamy na kolejne komedie romantyczne czy sięgamy właśnie po prozę Blanki Lipińskiej. Niestety w tej pogoni za najprostszymi, eskapistycznymi marzeniami, doświadczanymi tyle razy podczas seansów hollywoodzkich produkcji, zapominamy o jakości.

We współczesnej polskiej kinematografii, nawet jeśli to powoli się zmienia, brakuje nam dobrego kina gatunkowego. Z jednej strony mamy te wspomniane przesłodzone komedie romantyczne, z drugiej rzadko kiedy udane produkcje historyczne, a z trzeciej filmy sygnowane nazwiskiem Patryka Vegi. Chwytamy się ich niczym tonący przysłowiowej brzytwy, bo nie mamy tak naprawdę z czego wybierać.

Być może więc prawda wygląda tak, że popularność Blanki Lipińskiej wynika z nieudolności kolejnych twórców sięgających po gatunki. Ta nieudolność może się objawiać w czynnikach zewnętrznych (promocja) lub wewnętrznych (walory rozrywkowe i artystyczne). Rzadko kiedy idą one ze sobą w parze. Kiedy jeden z nich jest udany, osoby odpowiedzialne za drugi okazują się pozbawieni wyobraźni. Być może więc dopóty będziemy chwalić i wspierać największe gnioty wychodzące spod ręki Polaków, dopóki ktoś nie pokaże, że w naszym kraju można sprawnie łączyć marketing z wartościową rozrywką.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...