Nikt: … Kinga Rusin: po Oscarach nie byłam na imprezie, tylko robiłam materiał insiderski

Felieton/Trendy 13.02.2020
Nikt: … Kinga Rusin: po Oscarach nie byłam na imprezie, tylko robiłam materiał insiderski

Nikt: … Kinga Rusin: po Oscarach nie byłam na imprezie, tylko robiłam materiał insiderski

„Oszukała mnie Kinga Rusin” – śpiewała swego czasu Mister D. I choć wtedy prezenterka i dziennikarka była w piosence tylko symbolem zakłamania telewizji i kształtowania przez nią pewnej alternatywnej rzeczywistości, nieprzystającej do tej, którą znają przeciętni ludzie marzący – nie tylko w memach – o 2 tys. zł miesięcznie „na rękę” – to ostatnie wydarzenia z udziałem (a niech tam!) celebrytki pokazują, że wzięła sobie słowa Masłowskiej do serca.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Ba, ona nie jest już tylko symbolem, ona uosabia skomercjalizowaną szeroko pojętą przestrzeń medialną. Kinga Rusin poleciała na 92. ceremonię rozdania Oscarów. Jakby tego było mało, jakby nie mogła już oszczędzić pasma swoich sukcesów nam, maluczkim, w tym smutnym i szarym kraju nad Wisłą (jedyne dla nas pocieszenie – tam wówczas też padało, ha!), po gali poszła jeszcze na – jak mawiają ludzie, którzy liczą, że nikt ich nie posądzi o bycie boomerami – afterek. Na tejże imprezie, gdzie było raptem 200 osób (w końcu to i tak mniej niż na polskim wiejskim weselu), spotkała same sławy. Impreza była zamknięta, dla „zaufanych”. Miało być bez zdjęć i telefonów. Miało być prywatnie. Rusin zdjęcie, tzw. „wyjątek poimprezowy”, zrobiła sobie z Adele. Nie mogła jednak schować go – jakby nakazywała logika – na dnie folderu w swoim iPhonie. Fotografia znalazła się na jej oficjalnym koncie na Instagramie.

Gdyby Kinga Rusin należała do Fight Clubu (wybaczcie, musiałam), to już by nie należała.

I znowu – jakby tego było mało, prezenterka postanowiła okrasić wyżej wymienione zdjęcie opisem, który nadawałby się co najwyżej do pamiętnika dorastającej 15-latki, z którym ta śpi pod poduszką. Tak, miałam taki. Tak, nigdy nikomu go nie czytałam, a po latach samej trudno mi się do niego wraca. Na Rusin spadły gromy i – przykro mi, pani Kingo – słusznie. Od osoby medialnej, która sama na co dzień jest częścią showbiznesu, wymaga się więcej. I może to jest niesprawiedliwe, ale gdy takie zdjęcie, mimo że na wydarzeniu panowały jasno określone zasady, o których zresztą Rusin wspomina, obiega Internet i jeszcze z jego podpisu wynika, że całe Los Angeles na czele z Bradleyem Cooperem oszalało, bo spotkało – jak napisali w Daily Mail – rosyjską (!) osobowość telewizyjną, to następuje pewien zgrzyt.

Jasne, że uczestnictwo w takiej imprezie to wydarzenie, nawet dla Kingi Rusin, ale samo bycie wśród znanych ludzi, zagraniczne podróże i bankiety to dla niej nie pierwszyzna. Odrobiny dystansu! Moglibyśmy się roześmiać z takiego faux pas osoby niedoświadczonej, która próbuje na cudzych plecach się wybić i zabłysnąć. Ale czego właściwie oczekiwała po takim instagramowym wyznaniu Kinga Rusin? Czy goszczenie u Jaya-Z i Beyonce ma być nobilitujące? Ma budzić nasz podziw? Oczywiście, najłatwiej jest skwitować gromadną niechęć do dziennikarki rzekomą zazdrością. To wygodne, ale nie w tym rzecz.

Bo nie o zazdrość tu chodzi, a o zawstydzenie.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Kinga Rusin- Official Profile (@kingarusin)

Że znowu Polacy to sobie muszą „zrobić dobrze” i się „ogrzać w blasku gwiazd”, tak jak muszą mieć „polskiego Brada Pitta” i „polską Angelinę Jolie”. Aż żal, że w tym roku Borysa Szyca w Kalifornii nie było na oscarowej gali, bo jego słynne selfiaki były zrobione „z jajem”, a nie jak zdjęcie z Adele – wbrew oczekiwaniom – chyba „dla jaj”. Tak jak szybko fotografia zrobiła zamieszanie, tak i samo szybko zniknęła. Menedżer Adele podobno na pytanie o ten „wyciek” z imprezy odpowiedział zasadnym „bez komentarza” – powinien chyba zostać doradcą Kingi Rusin, bo Adele – jak widać – nie musi. Ale po co ja to wszystko piszę?

Choć trudno w to uwierzyć, dopiero teraz zaczyna się najciekawsze. Kinga Rusin postanowiła jakoś ugasić ten pożar, tylko niefortunnie zamiast po wodę sięgnęła po butelkę z oliwą i dolała tej oliwy do ognia. Na jej Instagramie pojawił się nowy post. Tłumaczy w nim, co zrobiła i że się zaśmiewa. Jakbyście mieli wątpliwości, Kinga na tej tajniackiej imprezie to robiła prawie że materiał wcieleniowy. W redakcji usłyszałam, że podszywała się pod kobietę z Europy Wschodniej, ale prywatnie sobie myślę, że dość szybko się zdemaskowała, skoro odmówiła założenia kapci albo – jak kto woli – laćków zamiast szpilek.

Ceną za ten „materiał insiderski” jest narażenie się ludziom w Stanach Zjednoczonych. Pani Kingo, nie tylko w Stanach, uściślijmy. Czy warto było szaleć tak…? – pytam głosem Chylińskiej, a Kayah wtóruje mi z „Po co, po co, po co, po co”. Ta „dziennikarska” praca nie odbyła się zgodnie z regułami gry i to chyba budzi mój największy niesmak. Rusin śmieje się z brukowców, ba, ona sama i jej rodzina są ofiarami serwisów i magazynów plotkarskich. I jednocześnie ta sama Rusin oszukuje ludzi, z którymi wcześniej, jak równy z równym, bawiła się na imprezie. Tak się staje adwokatem diabła. Ale rozumiem, że pani Kindze mogło to umknąć. Keanu Reevesa nie było chyba na imprezie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Netflix jedyną nadzieją na powrót klasycznej animacji do dawnej świetności. „Klaus” i „Cuphead” pokazują, że warto na to czekać

Rysowana ręcznie animacja 2D to dla części widzów relikt zamierzchłej przeszłości. W stronę dawnych produkcji wyglądają jednak nie tylko nostalgicznie nastawieni fani. Wielu twórców widzi olbrzymi potencjał i piękno klasycznej animacji. A domem dla tego typu produkcji stanie się nie kto inny, jak platforma Netflix.

Artykuł/Film 19.02.2020

Dołącz do dyskusji (12)

“ad”

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...