Gra wstępna – robisz to źle, Massimo. Oceniamy „365 dni” na podstawie bestsellera Blanki Lipińskiej

Recenzja/Film 07.02.2020
Nasza ocena:
Gra wstępna – robisz to źle, Massimo. Oceniamy „365 dni” na podstawie bestsellera Blanki Lipińskiej

Gra wstępna – robisz to źle, Massimo. Oceniamy „365 dni” na podstawie bestsellera Blanki Lipińskiej

W niesławnym wywiadzie dla „Vivy” Roman Praszyński zapytał Annę Marię Sieklucką, czy po realizacji scen erotycznych na planie „365 dni” piła, by zapomnieć. Nie mam w sobie tyle cierpliwości co filmowa Laura, więc na pytanie – czy po seansie produkcji piję, by zapomnieć, co widziałem, z o wiele mniejszym wdziękiem i bardziej plączącym się językiem odpowiadam: tak. Będę pił przez najbliższy tydzień.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Jak wiemy z rozmowy Barbary Białowąs z Michałem Walkiewiczem, reżyserka lubi zawierać w swoich filmach odniesienia do innych produkcji. W adaptacji książki Blanki Lipińskiej zaczyna z grubej rury. Oto toczą się rozmowy między dwiema, wyjętymi z „Ojca chrzestnego”, rodzinami mafijnymi. Po chwili ojciec Massimo niczym Mufasa Simbie pokazuje synowi, co kiedyś będzie jego. Dialog przerywa niespodziewany strzał. Tym samym twórcy rozpoczynają opowieść od symbolicznej śmierci głównego bohatera. Ten będzie musiał narodzić się na nowo. Z toksycznego mężczyzny, przemienić się w mężczyznę odpowiedniego dla współczesnej kobiety. Przynajmniej w teorii.

Poznajemy go jako typowego włoskiego macho.

Zawsze pewny siebie, sięga po to, czego chce, nie pytając o zgodę. Kobiety padają u jego stóp, a wrogowie drżą na sam dźwięk jego imienia. Ona w pracy potrafi radzić sobie z obrażającymi ją facetami, ale w życiu prywatnym brakuje jej bliskości i namiętności. Na pierwszy rzut oka nic ich nie łączy. Jednakże reżyserka mnoży paralele między nimi. Dlatego kiedy Laura nagrywa seksowny filmik, Massimo otrzymuje wideo o podobnej treści, a kiedy ona dochodzi za sprawą wibratora, on finiszuje w ustach stewardessy. Ktoś rzeknie, że to proste i jasne, a ktoś inny powie, że prostackie i wulgarne. I niestety, ten drugi będzie miał rację.

W miarę rozwoju akcji okazuje się bowiem, że mamy do czynienia z podszytą pornografią kampanią społeczną promującą kulturę gwałtu.

Ubrano ją w płaszczyk romansu z propagandową subtelnością godną materiałów telewizji publicznej. Massimo porywa Laurę i daje jej rok, aby się w nim zakochała. Dla niego to początek pięknej miłości. U niej pojawiają się za to pierwsze objawy syndromu sztokholmskiego. Przekaz sprowadza się do tego, że na kobiecie można wymusić uczucia siłą. Główny bohater nie przyjmuje słowa „nie”. Dlatego, kiedy ona nie chce być mu posłuszna, on rzuca ją na łóżko bądź dusi, przyciskając do ściany. Ba, chce pokazać jej co traci, więc związuje ją i każe oglądać, jak inna robi mu fellatio. Nie może jej przecież skrzywdzić, czy rzeczywiście zmusić do stosunku. Z tego względu, aby poprawności politycznej stało się za dość, za każdym razem informuje ją o swoim temperamencie i prosi, żeby zaczęła go słuchać.

„365 dni” nazywane są polskimi „Pięćdziesięcioma twarzami Greya”.

Między tymi dwoma „dziełami” faktycznie znajdziemy kilka cech wspólnych. Dużo pikanterii, kobieca perspektywa, etc. Jednakże wypada zwrócić uwagę, że za sprawą podpisywanego kontraktu z Christianem, Anastasia wiedziała, co ją czeka. Mogła wnieść poprawki do zaproponowanej umowy bądź nie zgodzić się i wyjść. Laura jest podobnego wyboru pozbawiona. Pozostaje jej więc tęsknie spoglądać na penisa Massimo (a jak przyjdzie nam dowiedzieć się z jednej ze scen, został on wyrzeźbiony przez diabła!!!), jednocześnie co chwila odrzucając jego zaloty. Próbuje go w ten sposób zmienić w mężczyznę delikatniejszego. Mówi mu czego wymaga od partnera, a on chociaż niezbyt udolnie, faktycznie stara się z całych sił.

Mamy erę #MeToo, więc kobieta jest silna. Przynajmniej z pozoru. Przeciwstawia się swojemu porywaczowi ile może. W końcu jednak jej charakterek sprowadza na nią kłopoty. Wtedy potrzebuje umięśnionego opiekuna, kogoś kto zdoła ją ochronić. Chętnie więc pada Massimo w ramiona i dzieli z nim łoże. Prawdy psychologicznej w tym za grosz. Za to od nadmiaru klisz, absurdów i kiczu, u osób z refluksem może pojawić się odruch wymiotny. Co prawda nie realizmem karmi się kino gatunkowe. W większości przypadków jest on wręcz niewskazany. Mimo to, jego odrobina by się przydała. A w tym wypadku jedyną rozsądną postacią w świecie przedstawionym okazuje się przyjaciółka protagonistki, Olga. Jej funkcja sprowadzona zostaje do komicznego rozładowywania napięcia, więc nikt jej nie słucha. Z tego powodu utykamy w spirali kolejnych nonsensownych zdarzeń.

Fabuła produkcji gatunkowych powinna być zarówno obiektem wiary, jak i marzeń widzów.

Dobrze wiedzieli o tym twórcy amerykańskiego kina erotycznego lat 80. i potrafili serwować odpowiednie dawki zarówno realizmu, jak i fantazji. W tym wypadku skupiono się tylko na niewiarygodności. Wyjętego z najgorszych polskich komedii romantycznych życia bohaterów, można im zazdrościć. Szampan leje się hektolitrami, prywatne odrzutowce latają na każde zawołanie, a ciuchy ekskluzywnych marek nic nie kosztują. Do tego dochodzą wzbudzające szczery zachwyt zdjęcia autorstwa Bartosza Cierlicy. Przyjdzie nam często podziwiać włoskie pejzaże, warszawskie wieżowce i ich wnętrza czy rozpościerające się poza kadr morze.

Tym samym „365 dni” bardziej niż film przypomina album z fotografiami z wakacji połączony z kadrami z przypadkowo wybranych produkcji erotycznych. Pieprzyku jest tutaj całkiem sporo. Podano go jednak w taki sposób, że nawet cała sekwencja kolejnych stosunków bohaterów nie wywoła w połowie takiej ekscytacji wśród widzów, co scena z jedzeniem w „9 ½ tygodnia”. Jeśli więc wraz ze swoją drugą połówką macie już kupione bilety na walentynkowy seans adaptacji prozy Blanki Lipińskiej, lepiej je oddajcie. Zostańcie w domu i obejrzyjcie „Salo, czyli 120 dni Sodomy”. Efekt osiągniecie ten sam, ale przynajmniej zobaczycie kino na odpowiednim poziomie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (16)

50 odpowiedzi na “Gra wstępna – robisz to źle, Massimo. Oceniamy „365 dni” na podstawie bestsellera Blanki Lipińskiej”

  1. Kolejny kinowy pornos gdzie jest silny facet i bezwolna kobieta. Obstawiam, że widownia to będzie podobnie jak na greyu wyłącznie kobieca. Nalży wiec zadac pytanie – czego drogie panie tak właściwie chcecie? Bo jesli dokładnie nie tego co sprzedają wam feministki a na to wyglada patrzac na co głosujecie nogami w kinach to może pogońcie to towarzystwo w pi…u :)

    • a nie wiedziałeś, że gwałt jest częstą fantazją erotyczną kobiet, pewnie to jakaś forma ewolucyjnego przystosowania kobiet do sytuacji, bo w początkach ludzkości zdecydowana większość stosunków podobno była gwałtem

      • Walka o przywództwo w grupie i status samca alfa daje przyzwolenie na stosunek z samicami w zdobytym stadzie bez wdzięczenia się. Samiec alfa ma zadbać o teren (dzisiejsze mieszkanie) i pożywienie (dzisiejsza pensja). Jeśli to zrobi to samice są jego.
        Na bliskim wschodzie, gdzie funkcjonuje poligamia ten wzorzec jest całkiem wiernie odwzorowany. My kulturowo się ucywilizowaliśmy, ale nikt tak naprawdę nie wie, jak wielu te wzorce kulturowych traktuje jako immanentne, właściwe czy własne, a jak wielu trzyma się ich, bo tak wypada, a gdyby mogła to chętnie rzuciłaby się bez opamiętania, by folgować zwierzęcym instynktom.

  2. “Zostańcie w domu i obejrzyjcie „Salo, czyli 120 dni Sodomy”. Efekt osiągniecie ten sam, ale przynajmniej zobaczycie kino na odpowiednim poziomie.”
    Ahaha, odpowiedni poziom, ahaha, leżę i ryczę że smiechu. Jeśli dla ciebie autorze “Salo” to dobry poziom kinematografii, to współczuję gustu. Pomijając fakt, o czym film opowiada, to jest on tak topornie nakręcony, nudny i z aktorstwem na poziomie polskich seriali paradokumentalnych. Jeszcze raz współczuję gustu.

  3. “Zostańcie w domu i obejrzyjcie „Salo, czyli 120 dni Sodomy”. Efekt osiągniecie ten sam, ale przynajmniej zobaczycie kino na odpowiednim poziomie.”
    Salo… Film obrzydliwy (koprofilia, kąpiele w g…e) nudny, siermiężny i zagrany na poziomie polskich seriali paradokumentalnych. Faktycznie odpowiedni poziom i film idealny na Walentynki. Współczuję twojej drugiej połówce autorze.

  4. Ojoj przez kogoś tutaj zazdrość przemawia :D Każdy kto szedł na film spodziewał się co zobaczy, jeśli się komuś nie podobało zawsze mógł wyjść w trakcie. Czy ktoś kogoś przywiązał łańcuchami i siłą trzymał na sali kinowej? Trochę szacunku drogi autorze, bo to co nie podobało się Tobie, może się podobać tysiącom innych osób. O gustach się nie dyskutuje. Niesamowicie śmieszy mnie określenie “kultura gwałtu” wymyślone tylko po to żeby pruderyjne społeczeństwo, które przecież nigdy w życiu dobrego seksu nie widziało, miało się czego czepić :D Żałosne xd

    • Ja idąc na film spodziewałem się zobaczyć genitalia głównej bohaterki a ich nie pokazali. To kpina nie erotyk.

    • ha ha jaka zazdrość
      ol co ty pi e p rzysz ? to jest żenada nad żenadami aby jedynym marzeniem kobiet było robienie laski , dlatego potem panowie napatrzą się na takie bzdury a potem podchodzą do kobiet puszczają tekst w stylu że trzeba się spieszyć aby go poznać czyli gary , pełna obsługa a do tego trzeba umieć robić laske. Sama doświadczyłam to na własnej skórze. Tylko moje zachowanie było całkiem odmienne od tego co zaserwowano w filmie bo niestety nie to było moim marzeniem a raczej stety że nie było.

  5. Jaka znowu kampania społeczna promująca kulturę gwałtu? Przecież to gra na fantazjach kobiet (czy jakiejś ich części, można by dodać asekuracyjnie). Rzeczywistość nie jest miła, grzeczna i poprawna politycznie.

  6. Z opisu wynika, że najsilniejsza kobieca fantazja zawarta w tej historii, to bycie obiektem czyjegoś dzikiego pożądania. W końcu facet poświęca rok życia żeby tylko puknąć główną bohaterkę. Dlatego widownia będzie żeńska, bo faceci wybiorą produkcje, w której do zaliczenia wystarczy dostarczenie pizzy ;)

  7. Źle recenzje w wyniku zazdrości krytyków to standardy w zaściankowej Polsce . Choćby gówno ale lepsze zachodnie. Brawo.

  8. Wczoraj dałem się namówić koleżance na ten film, bo chciała zobaczyć coś nowego… Tak dennego filmu jeszcze nie widziałem. Nawet nie było sceny w której mógłbym nabrać pół rumieńca. Aktorzy drętwi jak kołki scenariusz banalny, sceny seksu udawane do maksa z kawałkiem widocznego cyc ka od czasu do czasu. Nie daliśmy rady wysiedzieć do końca. Stracone pieniądze – stracony czas. Powinno się karać za tak denne filmy. Już lepiej obejrzeć słoiki czy inne bzdury. Żenada

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...