Oscary boją się horrorów? Niestety tak, wystarczy spojrzeć na kolejne nominacje

Felieton/Film 15.01.2020
Oscary boją się horrorów? Niestety tak, wystarczy spojrzeć na kolejne nominacje

Oscary boją się horrorów? Niestety tak, wystarczy spojrzeć na kolejne nominacje

Nie twierdzę, że każdy horror zasługuje na docenienie ze strony branży filmowej (większość pewnie nie zasługuje), ale na przestrzeni ostatnich lat powstało tyle znakomitych straszaków, które były czymś więcej niż tylko horrorami, że zaczynam się zastanawiać skąd bierze się ich brak przy okazji nominacji do wszelkiej maści nagród, a przede wszystkim do Oscarów.

Na ten moment mam wrażenie, jakby horrory nie istniały dla Akademii przyznającej Oscary. Bez względu na to jak dobry i głęboki okaże się dany straszak, jak wybitne kreacje aktorskie w nim zobaczymy czy jak dobrym scenariuszem może się pochwalić. W całej historii Oscarów szeroko rozumiany horrory były nominowane w kategorii „Najlepszy film” tylko sześć razy. Były to: „Egzorcysta”, „Szczęki”, „Milczenie owiec”, „Szósty zmysł”, „Czarny łabędź” i ostatnio „Uciekaj”. O ile oczywiście uznamy, że takie „Milczenie owiec” czy „Czarny łabędź” to horrory (ja je uznaję jako thrillery psychologiczne), bo jeśli nie, to wtedy ta liczba się uszczupla.

A przecież w ostatnich latach obserwujemy renesans horrorów, które nie tylko są fantastycznie nakręcone, wyreżyserowane i od strony formalnej o wiele bardziej interesujące i odważne artystycznie niż „klasyczne” filmy, ale też podejmują naprawdę ambitną tematykę.

„Babadook”, który przez wielu widzów i profesjonalnych krytyków uznawany był za jeden z najlepszych filmów 2014 roku opowiadał przecież o żałobie, a wszelkie przerażające motywy tego obrazu zaszyte były w warstwie psychologicznej. Podobnie zresztą miało to miejsce w równie znakomitym „Dziedzictwie Hereditary”, w który to dodatkowo Toni Colette dała fenomenalny popis aktorski, wychodzący daleko poza ramy horroru. To była jedna z najlepszych kreacji aktorskich ostatnich lat – łącząca w sobie tyle psychologicznych niuansów pospinanych razem z genialnie przemyślanymi szarżami, że nie dało się przejść obok tego obojętnie.

Toni Colette w scenie z filmu Dziedzictwo Hereditary

Tym czasem zarówno „Babadook”, jak i „Hereditary” oraz rola Toni Colette w tym drugim przeszły kompletnie niezauważone przez kapitułę przyznającą Oscary czy nawet nominacje. W tym roku zresztą było podobnie. Mieliśmy aż dwa horrory, które pod wieloma względami wychodziły daleko poza typowe straszaki i można je było zaliczyć do tej najwyższej ligi. Pierwszy to „To my”, który może jako całość mnie nie zachwycił, ale za to grająca w nim Lupita Nyong’o już jak najbardziej. To była bardzo nietypowa, złożona i podwójna (!) rola i jestem szczerze zdziwiony, że została zignorowana przez Akademię, już pomijając nawet fakt, że w tym roku w zapomnienie poszły tematy reprezentacji i tym podobne, bo Oscary znowu są niemalże oślepiająco białe.

Jeszcze bardziej dziwi mnie fakt kompletnego pominięcia jednego z najlepszych filmów (nie tylko horrorów) minionego roku, czyli „Midsommar”.

Scenografia, kostiumy, reżyseria, zdjęcia (przede wszystkim), muzyka oraz kapitalna rola Florence Pugh to najwyższy poziom z możliwych. Dziwię się, że Akademia nominowała Pugh za rolę w bodajże 20 (!) adaptacji „Małych kobietek” (nie umniejszam oczywiście wielkości tego filmu), a nie za trudną i równie złożoną kreacje w oryginalnym i osadzonym współcześnie filmie. Filmie, który mierzy się ze stanem psychicznym człowieka po śmierci bliskich oraz podejmuje temat wychodzenia z toksycznych relacji. Wspomniane przeze mnie zdjęcia, autorstwa Pawła Pogorzelskiego, to istna ekwilibrystyka – to, obok „1917” najbardziej imponująca od strony wizualnej robota operatorska 2019 roku (i lat ubiegłych). I to widać gołym okiem.

Kadr z filmu Midsommar. W biały dzień

Z jednej strony cieszy fakt, że najwięcej nominacji do Oscarów 2020 ma „Joker”, czyli kino z rodowodem komiksowym (co wcale nie oznacza, że Akademia i świat zaczną inaczej patrzeć na adaptacje komiksów). Ale z drugiej widać ewidentnie, że członkowie kapituły oscarowej albo świadomie lekceważą horrory, bo z góry uważają, że nie ma w nich potencjału do podejmowania ważnych tematów i nie są to spełnione artystycznie filmy, albo ich nie oglądają bo się… boją(?).

Czy to kwestia wąskiego myślenia, które podobnie zakłada, że w filmie komediowym z zasady nie może być roli zasługującej na nominację i Oscara dla najlepszego aktora/aktorki? Albo, że filmy rozrywkowe można nominować z urzędu głównie w technicznych kategoriach. Nawet jeśli tak jest w większości przypadków, to niebezpiecznym jest, gdy po czasie zaczynamy wrzucać wszystkie produkcje do tego samego worka bez poświęcenia im należytej uwagi.

Oczywiście mam swoje zdanie o Oscarach, tam przede wszystkim liczy się dobra promocja danego filmu, czasem w grę wchodzi polityka albo chęć wypowiedzenia się na pewne tematy społeczne. Nie zmienia to jednak faktu, że to nadal impreza, która przyciąga uwagę masy ludzi i zwraca ją ku konkretnym filmom.

Szkoda, że Oscary boją się odczarować gatunek horrorów dla masowego widza.

Nie tylko mają one potencjał w szerokiej widowni (co udowodnił niedawno film „TO”), ale też sporej ilości widzów niektóre horrory są w stanie zapewnić prawdziwe katharsis, którego uśrednione „kino oscarowe” często nie dostarcza.

Teksty, które musisz przeczytać:

Oscary dla „Jokera” nie zmienią podejścia do kina superbohaterskiego. I bardzo dobrze!

W niedawno opublikowanym na Rozrywka.Blog tekście, mój redakcyjny kolega Tomek podjął temat wiążący się z tym, że film „Joker” zgarnął aż 11 nominacji do Oscarów. To rzeczywiście wydarzenie bez precedensu dla adaptacji komiksów. Przy okazji pojawiają się powiązane z tym faktem oczekiwania, że tak ważne i donośne docenienie filmu z rodowodem komiksowym miałoby coś zmienić, … Continued

Felieton/Film 17.01.2020

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...