Zastanawialiście się, dlaczego ostatnio coraz więcej filmów wprowadzanych do Polski ma angielskie tytuły? Ja też

Felieton/Film 10.01.2020
Zastanawialiście się, dlaczego ostatnio coraz więcej filmów wprowadzanych do Polski ma angielskie tytuły? Ja też

Zastanawialiście się, dlaczego ostatnio coraz więcej filmów wprowadzanych do Polski ma angielskie tytuły? Ja też

Coraz częściej dziwi mnie, że spora ilość tytułów zagranicznych filmów trafia na polski rynek, nie wiedzieć czemu, z angielskimi tytułami.

Osobiście bardzo lubię język angielski, który uważam za o wiele bardziej plastyczny i melodyjny niż polski. Nasz język z kolei uznaję za bogatszy, aczkolwiek to akurat przy tytułach filmów, które powinny być jak najbardziej konkretne, nie ma aż takiego znaczenia. Moje zdziwienie, gdy widzę w repertuarze np. tytuł filmu „Parasite” bierze się bardziej jednak z tego, że ten tytuł nie ma właściwie racji bytu ani żadnego konkretnego znaczenia w Polsce.

Sytuacja z tym tytułem jest zresztą o tyle dziwna, że nie jest to film anglojęzyczny, pochodzi z Korei, jego oryginalny tytuł to „Gi-saeng-chung”. Poza tym, polskie „Pasożyt” albo „Pasożyty” nie brzmi przecież źle i w pełni oddaje treść film Bong Joon-Ho.

Zgadzam się, że jeśli miałbym do wyboru „Elektronicznego mordercę” to wybieram „Terminatora”, „Avengers” wolę sto razy bardziej niż „Mścicieli”, a „Dirty Dancing” biorę w ciemno zamiast „Wirującego seksu”.

elektroniczny morderca plakat

Jestem też za tym, by nie tłumaczyć na polski nazw własnych. Polski oddział Disneya nie jest w tym jednak konsekwentny, gdyż z jednej strony mamy Spider-Mana i Iron Mana, a z drugiej Czarną Wdowę czy Czarną Panterę. Ale na to można jeszcze przymknąć oczy.

Pamiętam, że gdy do kin wchodził świetny film „The Square”, to psioczyłem dość głośno, że nie przetłumaczono tego na polski. Potem okazało się, że to tytuł instalacji artystycznej w filmie, więc było to kompletnie zrozumiałe. Natomiast „Green Book”, „Moonlight”, „Song to Song” albo bardziej kuriozalnego „Quantum of Solace” już nie rozumiem kompletnie. I w sumie nie wiem, czy wynika to z lenistwa dystrybutorów, którzy nie mają pomysłu na to, jak dobrze adaptować tytuł oryginalny na polski? A może z brakiem czasu, bo macierzyste studio wyznaczyło jakieś nierealne deadline’y albo za późno dostarczyło potrzebne informacje? Albo może macierzyste studio/producenci zażyczyli sobie, by nie tłumaczyć danego tytułu na polski?

Polski Netflix także co jakiś czas wypuszcza u siebie filmy z angielskimi tytułami. Gdyby robił to z każdą premierą, to można by przynajmniej uznać, że taką mają linię promocyjną, w końcu to globalny serwis i tak dalej. Ale czasem widzę tam „Historię małżeńską” i „Irlandczyka”, a obok nich „Bright”, „Altered Carbon” czy „Mudbound”.

Inną kwestią są też przedziwne mieszanki tytułów polskich i angielskich.

„The Host. Potwór” to jakiś, nomen omen, potworek. Podobnie jak „Projekt: Monster”. „Battleship. Bitwa o Ziemię” jest jeszcze gorsze. Moim ulubionym potworem polskich tytułów jest „10,000 B.C.”, który funkcjonuje też z podtytułem „Prehistoryczna legenda”. Część tytułu dotycząca daty miejsca akcji jest z niewiadomych względów w pisowni mowy obcej. „B.C.” to anglosaska wersja „p.n.e.”, oznacza „Before Christ”.

Zabawnie wypadają też mieszanki polsko-angielskie, które są na dobrą sprawę pleonazmami, takie jak np. „Rampage – dzika furia”. Czasem staram się sobie samemu tłumaczyć, że może wynika to z faktu, że dystrybutorzy próbują stworzyć nazwy-marki swoich filmów, by były one rozpoznawalne na całym świecie. Może też w grę wchodzą kwestie SEO, czyli pozycjonowania się na nazwę oryginalną, która może być (i pewnie jest) silniejsza w sieci niż nazwa lokalna. Ale nadal nie uzasadnia ona braku sensu w tych tytułach w obrębie języka polskiego. Czasem też sama ich poprawna wymowa, choćby w kasach biletowych może być dla niektórych potencjalnych widzów swego rodzaju barierą.

Oczywiście nie jest to jakiś wielki dramat, choć nie wydaje mi się też, bym szukał dziury w całym. Nie jest to również objaw mojej niechęci do mowy obcej, raczej jest to niechęć do nonsensów, które czasem dostajemy i musimy z nimi żyć. No chyba, że to po prostu pierwszy krok ku temu, by prędzej czy później wszystkie filmy trafiające na polski rynek miały angielskie tytuły. Może to ma sens?

Teksty, które musisz przeczytać:

„Parasite” miniserialem HBO. Znamy kolejne szczegóły

To świetny tydzień dla filmu „Parasite”. Wczoraj południowokoreańska produkcja przeszła do historii jako pierwszy film z tego kraju nominowany do Oscara. Ba! Do sześciu Oscarów, w tym za Najlepszy FIlm Roku. Dzisiaj natomiast pojawiły się nowe informacje o zapowiedzianym miniserialu osadzonym w świecie filmu. 

News/Film 14.01.2020

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...