Co łączy Martina Scorsese i Filipa Chajzera? Największe popkulturowe rozczarowania 2019 roku

Top/Trendy 07.01.2020
Co łączy Martina Scorsese i Filipa Chajzera? Największe popkulturowe rozczarowania 2019 roku

Co łączy Martina Scorsese i Filipa Chajzera? Największe popkulturowe rozczarowania 2019 roku

Choćby nie wiem jak dobrze się działo, nigdy nie jest tak, by nie mogło być lepiej. Wychodząc z pozycji człowieka widzącego szklankę do połowy pustą, muszę trochę ponarzekać na pewne wydarzenia w popkulturze w 2019 roku.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Najbardziej przeceniany film roku? „Irlandczyk” Martina Scorsese

Nie sądziłem, że doczekam takiej sytuacji, w której reżyser „Kac Vegas” da światu lepszy film niż Martin Scorsese. A jednak. „Irlandczyk” miał być wydarzeniem sezonu i może nim był w kategoriach marketingowych, natomiast artystycznie to najgorszy film w dorobku Scorsese. Rozwlekły, zdecydowanie za długi, zagrany jedynie poprawnie. Scenariusz jest solidny, ale na dobrą sprawę stanowi recycling wszystkich „starych chwytów” Scorsese. Jeśli widzieliście „Chłopców z ferajny”, „Kasyno” bądź choćby parę odcinków „Rodziny Soprano” to „The Irishman” nie ma dla was nic do zaoferowania. Odmłodzony cyfrowo Robert De Niro wygląda chwilami żenująco – jego twarz jest nieudolnie spłaszczona i sztuczna. Jestem szczerze zdziwiony, że reżyser formatu Martina Scorsese wypuścił coś tak przeciętnego i niedopracowanego.

Oscar dla „Green Book”

„Green Book” to przyjemny film, który miło się ogląda, ale, nie wiedzieć czemu, został okrzyknięty jako dzieło wybitne i otrzymał nawet Oscara w kategorii „Najlepszy film”. Dowodząc coraz większemu spadkowi poziomu nie tyle współczesnego kina, co oscarowej akademii, która zamiast wskazywać publiczności rzeczywiście najlepsze i najciekawsze filmy, wybiera te najbardziej miałkie, przewidywalne, uśrednione i bezpieczne. A nie na tym polega sztuka. Oscary to przecież nie nagrody MTV. To o tyle niepokojący sygnał, że gdy dołącza się takie dzieła do najwybitniejszych w kinie, to ewidentnie rozmydla się poziom X muzy oraz zaniża poprzeczkę.

Reakcja na „Jokera”

„Joker” z jednej strony znalazł się w moim zestawieniu najlepszych filmów 2019 roku, bo to bez wątpienia znakomite kino, ale zdziwiła mnie (negatywnie) reakcja na niego. W sumie to powinna mnie cieszyć, ale chyba ta moja wewnętrzna przekora dała o sobie znać. „Joker” został niemalże z miejsca uznany za współczesne arcydzieło, głos pokolenia i tym podobne. Sęk w tym, że nie mówi on nic nowego ani odkrywczego. Podaje to tylko w znakomitej i klarownej formie.

Benioff i Weiss pogrążyli swoje kariery

To chyba najbardziej skompromitowany duet scenarzystów ostatnich lat. David Benioff i D.B. Weiss zdobyli rozgłos jako showrunnerzy i scenarzyści „Gry o tron”, która zrobiła z nich gwiazdy i najgorętsze scenopisarskie nazwiska w branży. Wcześniej popełnili m.in. skrypty do takich filmów jak „Troja” czy „X-Men Geneza: Wolverine”, które nie miały zbyt dobrej prasy. Gdy jednak mogli trzymać pieczę nad „Grą o tron”, mając za wsparcie kręgosłup w postaci książkowego pierwowzoru George’a R. R. Martina, to robili dobrą robotę. Problem pojawił się, gdy zaczęli pisać samodzielnie – efekt mogliśmy oglądać w 8. sezonie „Gry o tron”. Nie pamiętam, kiedy ostatnio sezon danego serialu był tak zły, że przez długie tygodnie po jego premierze słychać było lamenty fanów.

Jakby tego było mało, sam Benioff był współautorem scenariusza do jednego z najgorszych filmów 2019 roku, czyli „Bliźniaka”. A następnie świat obiegła wieść, że duet już nie jest odpowiedzialny za nową trylogię „Gwiezdnych wojen”, która miała być ich kolejnym wielkim wyzwaniem. Przypadek? Nie sądzę.

Rozczarowujące hollywoodzkie widowiska

Nie pamiętam, kiedy ostatnio doświadczyłem tak nijakiego blockbusterowego roku w kinach. A zapowiadało się całkiem nieźle. W line-upie był i „Hellboy”, finał „Avengers”, nowi „Faceci w czerni”, „X-Meni”, „Godzilla” i przede wszystkim finał “Gwiezdnych wojen”. Żaden z tych przebojów nie spełnił moich oczekiwań. Produkcje te nie tylko rozczarowywały pod względem scenariuszowym (nudne, przewidywalne fabuły bez pomysłu), ale przede wszystkim jako widowiska (brak rozmachu z prawdziwego zdarzenia, nieciekawe sekwencje akcji, wtórność).

Dotąd zawsze w danym roku miałem ze dwa-trzy blockbustery, które dawały mi niezłą rozrywkę, w tym roku spotykały mnie przede wszystkim frustracje. Ciekawe tylko, czy to znak czasów – nie jest nam do śmiechu i nie potrafimy się już tak dobrze bawić. Aktorski remake „Króla lwa” pokazuje dobitnie, że ludziom nie potrzebna jest już rozrywka pełna emocji i duszy, bo bezmyślnie kupią odhumanizowany recykling czegoś, co widzieli już wiele razy wcześniej.

Hollywood ma też wyraźny problem z zakończeniami. Finał “Avengers” i 3 fazy MCU, to bardziej obraz bezradności scenarzystów i nieumiejętnego poskładania do kupy wcześniejszych elementów serii. Ostatni sezon „Gry o tron” to jeden wielki festiwal żenady, który na długo pozostawi niesmak w ustach fanów serialu.

To jednak i tak jednak nic w porównaniu z wielkim finałem sagi Star Wars. „Skywalker. Odrodzenie” to rzecz skandalicznie zła, fatalnie wyreżyserowana z ewidentnie pośpieszonym i improwizowanym scenariuszem. Bez krzty emocji, zapadających w pamięć scen, z płaskimi i byle jakimi postaciami oraz kuriozalnymi rozwiązaniami fabularnymi oraz zwrotami akcji, przy których teorie fanów wydają się genialne.

Ostatni epizod „Gwiezdnych wojen” to najdroższe fan-fiction w historii kina. Ale w żadnym razie nie uznaję tego za kanon. Jeśli tak ma wyglądać zakończenie legendarne sagi, która zrodziła współczesne kino rozrywkowe, to ja już Disneyowi podziękuję.

Filip Chajzer kontynuuje kompromitowanie polskiej telewizji

Filip Chajzer to podręcznikowy przykład dziecka celebryty, które wychowało się w bańce i jest ewidentnym turbo-narcyzem. Na każdą jego pozytywną akcję charytatywną (które, umówmy się, robi on też dla swojej autopromocji) przypadają przynajmniej ze dwie akcje-paździerze, w których młody Chajzer robi sobie i innym więcej szkody niż pożytku. To piękne i wspaniałe, że pomaga potrzebującym, szkoda tylko, że przy okazji krzywdzi i obraża całą masę innych ludzi. Nie okazuje szacunku dla kobiet i ludzi zmagającymi się chorobami psychicznymi. Dziwię się, że jego obecny pracodawca nic z tym nie robi.

W czasach, gdy formaty telewizyjne tracą na znaczeniu na rzecz YouTube’a i serwisów streamingowych, Chajzer junior dostarcza kolejnych powodów do tego, by odpuścić sobie spoglądanie w odbiorniki i starzejące się formaty porannych programów śniadaniowych.

Kuba Wojewódzki pomaga Filipowi Chajzerowi w kompromitowaniu polskiej telewizji

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Mężczyzna na krańcu świata… 🌎🛸👽 Jakieś rady…??? 🙈

Post udostępniony przez Kuba Wojewodzki (@kuba_wojewodzki_official)

Sam w sumie nie wiem, czy już wyrosłem z Kuby Wojewódzkiego, czy może on z czasem zaczął błaznować na zbyt słabym poziomie i po prostu stracił wyczucie. Wiem jednak, że nie jest dobrze. Mam wrażenie, że ze Stańczyka polskiej popkultury zmienił się po prostu w pospolitego satyra. Język mu się plącze, żarty i docinki straciły jakiekolwiek ślady finezji i są już po prostu tylko nie na miejscu i ocierają się o seksizm. I to na takim najbardziej buraczano-cebulowym poziomie. W tej chwili sprośny Kubuś bryluje w ramówce gdzieś pomiędzy „Love Island”, „Starsza pani musi fiknąć” i „Rolnik szuka żony”. Czy ktoś się jeszcze dziwi, czemu ludzie wybierają Netfliksa?

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

2 odpowiedzi na “Co łączy Martina Scorsese i Filipa Chajzera? Największe popkulturowe rozczarowania 2019 roku”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...