Netflix kontra „Wiedźmin”. Jakie zmiany w stosunku do książek szykują twórcy serialu i czy może im to wyjść na dobre?

Felieton/Seriale 18.12.2019
Netflix kontra „Wiedźmin”. Jakie zmiany w stosunku do książek szykują twórcy serialu i czy może im to wyjść na dobre?

Netflix kontra „Wiedźmin”. Jakie zmiany w stosunku do książek szykują twórcy serialu i czy może im to wyjść na dobre?

Henry „Wiedźmin” Cavill już za chwilę, za momencik będzie rozprawiał się z potworami na ekranie każdego posiadacza subskrypcji Netflixa. Nadchodząca premiera wywołuje sporo emocji wśród fanów na całym świecie. W najgorszym położeniu znajdują się jednak polscy miłośnicy prozy Andrzeja Sapkowskiego, którzy od wielu miesięcy obgryzają paznokcie w niepokoju, że Amerykanie nie rozumieją słowiańskości ich ukochanych książek.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nauczony ośmioma sezonami „Gry o tron”, wiem, że kiedy twórcom serialu na podstawie serii książek fantasy zabraknie materiału źródłowego, ich moce przypominają odwrotność zdolności Midasa. Potrafią przemienić każde złoto w… odchody. Bo gdy osoby odpowiedzialne za serialową adaptację prozy George’a R.R. Martina opierały się na oryginałach, nawet zmieniając literackie zamysły autora, udawało im się zaspokoić potrzeby fanów.

Kiedy zabrakło pierwowzoru, ponieważ pisarz wciąż zwleka z napisaniem kolejnych tomów swojej sagi, popuścili wodze wyobraźni i zaserwowali widzom takie kwiatki jak trzy ostatnie sezony. Na szczęście, nawet biorąc pod uwagę ambitne plany showrunnerki na realizację siedmiu odsłon „Wiedźmina”, inspiracji Lauren S. Hissrich nie zabraknie. Ciekawe tylko co na to sam Andrzej Sapkowski, skoro fani już nieraz burzyli się na niezgodność szczegółów amerykańskiej produkcji z ich słowiańską wizją tytułowego wojownika.

Najpierw zastanówmy się na czym polega istota dobrej ekranizacji.

wiedźmin netflix

Na pewno nie na wierności oryginałom. Język filmu czy serialu różni się przecież od języka literatury. Ich gramatyka i stylistyka jest zupełnie inna. O tym, że adaptacja nie musi sztywno trzymać się pierwowzoru mówił przecież Alejandro Jodorowsky w dokumencie poświęconym jego niezrealizowanej „Diunie” na podstawie prozy Franka Herberta (reżyser użył nawet seksualnej metafory, której jednak nie przytoczę, ze względu na promowaną dzisiaj wszędzie poprawność polityczną, a ciekawych jej odsyłam do filmu „Jodorowsky’s Dune”).

Twórcy czerpiący inspiracje z książek mają więc dwie opcje, aby ich produkcja była dobra. Muszą w nią tchnąć ducha materiału źródłowego, albo mogą też całkowicie go zignorować i zrobić coś zupełnie innego, może nawet lepszego (vide: Stanley Kubrick i jego „Lśnienie”). Oczywiście druga opcja w przypadku Wiedźmina nie wchodzi w grę. Słowiański fandom prozy Sapkowskiego mógłby doprowadzić Hissrich w najlepszym wypadku do łez, a w najgorszym… sami wiecie. Na szczęście ona doskonale zdaje sobie z tego sprawę i obrała pierwszą drogę.

Jak mówiła sama zainteresowana, jej celem było właśnie odtworzenie ducha historii i umieszczenie bohaterów w zupełnie nowej, ale spójnej strukturze.

Nie tak dawno zdradziła też jakie będą największe odstępstwa od oryginałów, którymi się inspirowała, czyli opowiadań z „Ostatniego życzenia” i „Miecza przeznaczenia”. Otóż, co pewnie zaboli zwolenników patriarchatu, o wiele więcej miejsca niż w pierwowzorze poświęcone zostanie Ciri i Yennefer. Dzięki temu ma zamiar te bohaterki usamodzielnić. I bardzo dobrze! Czemu nie? W końcu jak udowadnia chociażby „Kill Bill” bardzo miło popatrzeć na silne postacie kobiece. Ale jak już wiemy, wspomniane zmiany nie będą jedyne.

Nie trzeba przecież chyba wspominać o wywołującym burzę w sieci braku „słowiańskości” Henry’ego Cavilla, czy tylko jednego miecza na plecach Wiedźmina (od razu przypomina się piosenka Vadera Sword of the Witcher). Skoro ciągle piszę o tym, że czegoś nie będzie, coś zmieniono, to, pewnie słusznie ktoś zapyta, co jest pewne. Otóż niewiele. Wiadomo tylko tyle, ile pojawiło się w internecie. Netflix dba, aby za dużo informacji nie wypłynęło do opinii publicznej przed premierą. Na ile serial będzie zgodny z prozą Sapkowskiego, wszyscy przekonamy się dopiero po obejrzeniu amerykańskiej produkcji.

Myślę, jednak że do tego czasu możecie spać spokojnie. Owszem, Cavill nie będzie przemawiał Sienkiewiczowską frazą, jak robił to Geralt w literackiej sadze. Owszem, będzie to wyglądało inaczej niż w oryginałach. Niektóre rzeczy zostaną wyostrzone (jak chociażby, co już wiemy z materiałów promocyjnych, przemiana Yennefer z garbuski w pociągającą kobietę), inne stonowane. Bez wątpienia, w przeciwieństwie do polskiej ambasady, Hissrich zdaje sobie sprawę, że adaptuje książki, a nie gry CD Projekt. Udowodniła to chociażby przywołanymi w tym tekście wypowiedziami.

Jeśli o mnie chodzi, showrunnerka zaspokoi moje potrzeby względem rozrywki minimalnym wysiłkiem.

Nie oczekuję wierności oryginałom. Pragnę jedynie, aby fabuła była ciekawa. Szokowała, zachwycała i zmuszała do przemyśleń, nie pomijając jednocześnie innych walorów, jak erotyki i widowiskowych walk. Co za tym idzie CGI musi być lepsze niż efekty specjalne w polskiej adaptacji Wiedźmina z początku XXI wieku. Nie musi stać na poziomie produkcji Marvela, ale na pewno przewyższać to, co możemy oglądać w tytułach wytwórni The Asylum (ci od Rekinado). To wszystko czego wymagam od czekającego mnie seansu. Potrzebuję po prostu dobrego serialu. A cała reszta z dyskusją na temat zrozumienia słowiańskości na czele mnie nie interesuje.

„Wiedźmin” w serwisie Netflix już w ten piątek, 20 grudnia 2019 roku.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (26)

26 odpowiedzi na “Netflix kontra „Wiedźmin”. Jakie zmiany w stosunku do książek szykują twórcy serialu i czy może im to wyjść na dobre?”

    • Zawsze? A jak przedzierał się choćby przez Brokylion na piechotę, to bez miecza? W książkach jest parę fragmentów o jukach, ale również dużo sytuacji gdzie Riv jest bez konia a z maszkarami walczy.

      • Zwykle na koniu podjeżdżał, w wielu opowiadaniach Płotka zostaje przed miejscem gdzie Geralt walczy z maszkarą.
        Przez Brokilon to o które “przedzieranie się” ci chodzi? Bo w sadze wylądował w Brokilonie połamany, po zajściach na Thanned.

        • W Mieczu Przeznaczenia, kiedy ratuje małą Ciri. Tam szedł z Driadą.
          Tak, dużo jest miejsc gdzie faktycznie jedzie na koniu i zostawia go. Ale jak już wspomniałem są też takie, gdzie jest bez konia. Lub wybiera się na piechotę zapolowac na jakiegoś stwora, jak np. w tym opowiadaniu kiedy poznaje Oczko i jest nawiązanie do Atlantydy.

          Zwracam jedynie uwagę, że są sytuacje gdzie z samej narracji wynika, że ten drugi miecz musiał mieć przy sobie. Nie twierdzę również, że powinien mieć go cały czas na plecach. To zwyczajnie nie praktyczne.

  1. Yennefer faktycznie, ale Ciri w powieści była bardzo samodzielną postacią, której historię w 2/3 można by spokojnie oderwać od wiedźmina i też by było ok.

  2. Oj tyle uszczypliwości, tyle szpil wbitych (zresztą wiele niecelnie jak choćby patriarchat – Wiedźmin jest manifestem feminizmu…) – i jak humorek się poprawił?

  3. Jak można mówić o spójnej strukturze w przypadku świata, gdzie ludzie od razu zauważają, że ktoś ma szpiczaste uszy i będą go za to tępić, ale wali ich to, że ktoś inny ma czarną gębę albo skośne oczy?

    Jak można mówić o spójnej strukturze w sytuacji kiedy przybrana matka (Yennefer) i przybrana córka (Ciri) wyglądają jak rówieśnice?

    p.s. A miecz to akurat Geralt nosił (przy sobie) tylko jeden, drugi miał w jukach.

  4. Nie wiem jak autor sobie wyobraża te widowiskowe walki, ale ja obawiam się, że tutaj będzie przeginka. Obawiam się po tej scence walki w pałacu Calenthe. Raz, że fatalnie wyreżyserowana, sprawiająca wrażenie bardziej jakiegoś scenicznego przedstawienia niż próby udawania walki, a dwa, pokazująca Geralda jako takiego super rębadło (tu wrażenie potęguje fatolansc tej sceny, głównie okuci w blachę przeciwnicy których Wiesiek powala jak szmaciane lalki). Riv zbierał nieraz wciry, wiedział też kiedy odpuścić, nawet jak przeciwnik nie był tak dobrze opancerzony. Jeśli takich głupot będzie więcej, to zepsuje to dość znacznie wrażenia z oglądania.

    W książkach autor bawił się wyobraźnią czytelnika, dlatego też takie łopatologiczne wykladanie choćby historii Yen nie zbyt mi się podoba. Jeśli produkcja będzie podchodzić do widza w ten sposób, wszystko tłumaczyć jak krowie na rowie, to również może popsuć seans.

    Na koniec, pozostaje mieć nadzieję, że od strony audio nie będzie takiej tortury jak choćby w Brytanii. Ten motyw przewodni który został zaprezentowany zapala lampkę ostrzegawczą.

    P. S
    Oby ostatecznie produkcja była bliższa LoTR niż książkowemu przykładowi jak nie robić ekranizacji którym jest Altered Carbon.

      • Na pewno nie tak, że dotykając raz płazem miecza powalasz takiego pancernika. A przy tylu co w tej scence, to by go samymi zbrojami zgnietli na miazge.

        Wystarczyło trzymać się bardziej książki, a zamiast dla jakiegoś głupiego efektu używać zbroi, odziac straż jak bywali odziewani drabanci-rajtarzy. Kolet, napiersnik i tyle.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...