Smutny koniec sagi „Star Wars”. „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” – recenzja bez spoilerów

Recenzja/Film 18.12.2019
Nasza ocena:
Smutny koniec sagi „Star Wars”. „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” – recenzja bez spoilerów

Smutny koniec sagi „Star Wars”. „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” – recenzja bez spoilerów

„Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” już za nami i to koniec sagi „Star Wars”. Pora podsumować, jak J.J. Abrams poradził sobie ponownie na stołku reżysera.

W poniższej recenzji „Star Wars: The Rise of Skywalker” unikam spoilerów. Materiał, w którym będę szczegółowo omawiał fabułę filmu, pojawi się w najbliższych dniach.

Wydawało się, że „Star Wars” to nieśmiertelna kura znosząca złote jaja, ale pod wodzą Disneya marka poszła w złym kierunku. W rezultacie tak jak na „Przebudzenie Mocy” wybierałem się pełen nadziei, a na „Ostatniego Jedi” pełen optymizmu, tak zmierzając na seans „Skywalker: Odrodzenie” byłem już pełen obaw.

Siódmy epizod „Star Wars” od J.J. Abramsa to był taki remake oryginalnych „Gwiezdnych wojen”. Z kolei Rian Johnson, pisząc ósmy, podjął wiele… kontrowersyjnych decyzji. Byłem w stanie się z wieloma z nich pogodzić i „The Last Jedi” mi się w zasadzie podobało, ale film skutecznie obrzydzili mi inni fani.

Mimo to do końca wierzyłem, że J.J. Abrams w „Star Wars: The Rise of Skywalker” przywróci serię na właściwe tory.

Nie ma co ukrywać, że tak się niestety nie stało, no ale zacznijmy od pozytywów. Przeskok czasowy pomiędzy filmami okazał się strzałem w dziesiątkę. W pierwszych dwóch trylogiach ten manewr stosowano za każdym razem, dzięki czemu postaci zaś rozwijały się nie tylko w kadrze, ale również poza nim.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

J.J. Abrams nie popełnił tu błędu swojego poprzednika i zdecydował się grubą kreską oddzielić dziewiąty epizod od ósmego, momentami wbijając wręcz szpile swojemu koledze po fachu. Pozwoliło to bohaterom dojrzeć i dotrzeć się ze sobą. Nabrali wreszcie rumieńców – ale i tak to zbyt mało, zbyt późno.

Rey, Finn i Poe nie są postaciami, które zapadają w pamięć i nie zapiszą się złotymi zgłoskami w historii kina.

Trójka nowych bohaterów sagi „Star Wars” nie ma charyzmy Luke’a, Lei i Hana. Nowy epizod co prawda nieco ich rozwija i widać, że ci ludzie kilka przygód ze sobą przeżyli – na wstępie żartują i przekomarzają się niczym starzy znajomi, co wcześniej nie było możliwe – ale to nadal takie chodzące archetypy.

W nowym filmie Rey ponownie jest w centrum historii. Po bitwie o Crait szkoli ją Leia, podczas gdy Finn i Poe wykonują kolejne misje dla Ruchu Oporu. Gdy witamy bohaterów po przerwie, status quo się nagle diametralnie zmienia. Dziewczyna, chociaż nie jest pewna siebie i swoich zdolności, wyrusza w podróż.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

Początek nowej części sagi „Star Wars” przypomina w pierwszym akcie… „Indianę Jonesa”.

Rey, Poe i Finn poszukują starożytnego artefaktu – takiego typowego MacGuffina. Aby go odnaleźć, odwiedzają kilka różnych planet, których wcześniej nie widzieliśmy na oczy. Co krok daje o sobie znać deus ex machina, a po piętach depczą im żołnierze Najwyższego Porządku. Dużo tu też strzelb Czechowa.

Rey kilkukrotnie ściera się z Kylo Renem, a wynik tych starć nie zawsze jest oczywisty. Wszystko to prowadzi zaś do punktu kulminacyjnego, który po wyjaśnieniu jednej z zagadek, jest niestety już dość przewidywalny. Film jest wewnętrznie spójny, chociaż niezbyt podoba mi się kierunek, w którym podążył.

Mam też już po dziurki w nosie innych bohaterów, którzy chcieli co krok pomagać Rey.

Dziewczyna przecież już nie raz udowodniła, że umie o sobie zadbać. Finn ganiający za nią cały czas był momentami żenujący. W pewnym momencie można było też wyczuć w powietrzu jakiś trójkąt miłosny pomiędzy nimi i Poe Dameronem, ale to był akurat strzał jak kulą w płot i dobrze, że akurat ten wątek przycięto.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

W nowym filmie pojawia się też kilka nowych postaci, ale nie zapadają one w pamięć. Chętnie poświęciłbym kilku bohaterów na rzecz czasu dla pozostałych. Zrobiło się tłoczno, ale i tak kosmici jak zwykle zasiedlają przede wszystkim drugi plan. Są niczym NPC-e z gier RPG, podczas gdy gracze kierują ludźmi.

Czasami też lepiej jest gonić króliczka niż go złapać.

Widzowie od czterech lat zastanawiali się, kim tak w zasadzie jest Rey, skąd się wziął Snoke, co się tak naprawdę stało z uczniami Luke’a i jaka jest w tym wszystkim rola zakonu Ren. Rian Johnson te kwestie w „Ostatnim Jedi” zignorował, z kolei J.J. Abrams spróbował przynajmniej część z nich wyjaśnić.

Odpowiedzi na takie pytania niestety rzadko satysfakcjonują i tak też było w tym przypadku. Zdaję sobie sprawę, że „The Last Jedi” zapędził reżysera i scenarzystę kontynuacji w fabularny kozi róg, ale niesmak pozostał. Tym bardziej że ze względu na popełnione wcześniej błędy zabrakło antagonisty na miarę Vadera.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

Rian Johnson nie miał pomysłu na Snoke’a i go uśmiercił, a generał Hux to z kolei chodząca karykatura.

Sceny z udziałem tego ostatniego już poprzednio przekraczały granicę autoparodii, aczkolwiek J.J. Abrams znalazł na niego wreszcie niezły pomysł. Kierująca tą postacią motywacja mogła być wiarygodna, ale zabrakło mu czasu ekranowego. Zwrot akcji z nim związany był bardzo przewidywalny, to kolejna zmarnowana szansa.

Z drugiej strony jedyna istotna nowa postać opowiadające się po stronie Najwyższego Porządku, czyli generał Pryde, była z nami za krótko, by wzbudzić emocje – to taki generyczny do bólu łotr. Zarzut o zbyt szybkie przeskakiwanie od sceny do sceny tyczy się w zasadzie większości wątków, które poruszone zostały w filmie.

Lepiej by było, gdyby „The Rise of the Skywalker” podzielono na dwie części, bo film nie pozwala złapać oddechu.

Tak się jednak nie stało, a J.J. Abrams dostał niewdzięczne zadanie domknięcia zbyt wielu istotnych wątków w nieco ponad dwie godziny. Co prawda reżyser tej misji podołał, ale nie sposób powiedzieć, by efekt, jaki uzyskał, był w pełni zadowalający. Na każdy niezły motyw przypadał bowiem jeden zły. Jeśli nie dwa.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

Największym zaskoczeniem jest jednak Kylo Ren. Co prawda jego niezaleczony kompleks dziadka trudno brać na poważnie, a symptomatyczne jest, że już na samym początku naprawia swój hełm – ma to symbolizować powrót na ścieżkę, którą podążał wcześniej. Wypada to względnie dobrze… ale tylko na tle innych postaci.

Nie jestem za to zadowolony z powrotu Imperatora.

O tym, że Palpatine pojawi się w jakiejś formie w „Star Wars: The Rise of Skywalker”, wiedzieliśmy już od dawna. Disney nie robił z tego tajemnicy jak z w przypadku cameo Yody w „Ostatnim Jedi”. I tak jak oczywiście nie zdradzę, w jakiej formie objawił się nam mistrz Vadera, tak od początku byłem sceptyczny.

Po seansie podtrzymuję zdanie, że wyciągnięcie tego konkretnego trupa z szafy nie było wcale potrzebne. Nie wierzę też, że planowano taki rozwój historii od początku. Disney podjął jednak taką, a nie inną decyzję i parafrazując Lando Calrissiana: to mi się nie podoba, nie zgadzam się z tym, ale to akceptuję.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

A jeśli już przy Lando jesteśmy, to boli to żerowanie na nostalgii fanów w filmie „Skywalker. Odrodzenie”.

Nie dziwi mnie jednak, że twórcy nowych „Gwiezdnych wojen” poszli tą drogą. Muszą sobie zdawać sprawę, że wykreowani przez nich herosi nie zachwycili mas. Nie zostali rozpisani na tyle dobrze, by porwać zarówno stare, jak i nowe pokolenie fanów. Nic więc dziwnego, że J.J. Abrams chciał wrócić do korzeni.

Anonsowany już od dawna w trailerach powrót Lando jednocześnie cieszy i smuci – miło, że się pojawił, ale pustki po Lei, Luke’u i Hanie samodzielnie i tak nie był w stanie zapełnić. Problem w tym, że ze starej gwardii pamiętającej czasy Rebelii poza nim nie pozostał już nikt. A ta nowa – no cóż, jest, jaka jest.

I to dlatego nie pozwolono księżniczce Lei odejść w ciszy.

Zawsze myślałem, że nowa trylogia będzie takim swoistym przekazaniem pochodni nowemu pokoleniu bohaterów. I na to się zapowiadało, gdy w pierwszym nowym filmie żegnaliśmy Hana, a w drugim Luke’a. Z pewnością plan zakładał, że w trzecim uwaga skupi się na Lei, ale te plany zniweczyła śmierć Carrie Fisher.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

Aktorka tragicznie zjednoczyła się z Mocą jeszcze przed premierą „Ostatniego Jedi”, ale i tak pojawia się w nowym filmie. Nie jest to jednak cyfrowo odtworzony model – wykorzystano kilka nakręconych wcześniej ujęć. Nie wypadło to najlepiej, aczkolwiek akurat za to reżysera trudno winić.

J.J. Abrams w „The Rise of Skywalker” popełnił jednak błędy, których można było uniknąć.

Fabułę trudno jednak omawiać bez uciekania się do spoilerów, dlatego dziś wolałbym skupić się na technicznej stronie tego widowiska. Niestety wizualnie nowe „Gwiezdne wojny”… nie zachwycają. To tylko i aż poprawne rzemiosło, ale nie było ujęć, które bez końca będę teraz odtwarzał w pamięci. Możliwe, że zmieni się to po drugim seansie.

„The Rise of Skywalker” nie zawodzi za to w warstwie dźwiękowej. Głośniki świdrują trzewia, zwłaszcza przy odgłosach wybuchów, blasterów i mieczy świetlnych. A soundtrack? Dobrą decyzją było postawienie na sprawdzone nuty, ale nic lepszego od „Marszu imperialnego” albo „Duel of the Fates” na nim się nie znajdzie.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

„Bo najlepsze piosenki to te, które dobrze już znamy”.

Tak sobie myślę, że ósmy epizod w próżni to niezły film, ale niezbyt dobre „Gwiezdne wojny”. Magią serii od zawsze było to, że w zasadzie uniwersalnie je uwielbiano. Rian Johnson zaś sprawił, że o jego ósmym epizodzie było głośno, ale fabuła krytykowana była bardziej niż Jar Jar Binks w „Mrocznym widmie”.

Kolejny, a zarazem finałowy epizod z tego cyklu miał szansę stać się takim pomostem pomiędzy dwoma obozami fanów. Bardzo chciałem, by ucieszył zarówno osoby rozczarowane ósmym epizodem, jak i widzów, którzy go zaakceptowali. Po seansie jestem jednak przekonany, że tak się nie stanie.

I właśnie dlatego „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” to taki „smutny” koniec sagi.

Smutek ogarnia mnie również w wymiarze osobistym. W sercu mam teraz pustkę, bo wreszcie doświadczyłem czegoś, na co czekałem… w zasadzie całe świadome życie. Dalszy ciąg historii Luke’a, Lei i Hana chciałem poznać już dwie dekady temu, gdy jako małolat obejrzałem do końca „Powrót Jedi”.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

Bohaterowie żyli ze mną przez kolejne lata za sprawą książek, komiksów oraz gier w ramach „Expanded Universe”, ale Disney po wykupieniu praw do marki „Star Wars” uznał, że te historie to legendy. A szkoda, bo wizja „Nowej Ery Jedi” była znacznie, znacznie lepsza niż to, co zaserwowała nam Myszka Miki.

To nie jest jednak tak, że nowy film kompletnie mi się nie podobał.

Nie przeczę, że były momenty, zwłaszcza pod koniec, gdy zniesmaczony odwracałem od ekranu wzrok, ale było też wiele scen, które chwytały za serce i powodowały szybsze bicie serca. W końcu do tej marki mam ogromny sentyment i podobnie jak Luke w Vaderze i Rey w Benie usilnie doszukuję się w „The Rise of Skywalker” czegoś dobrego.

Film z pewnością można ocenić jako bardzo nierówny i mam nadzieję, że kiedyś pojawi się znacznie dłuższa wersja reżyserska. Nie zmieni ona faktu, że kilka decyzji fabularnych do teraz nie daje mi spokoju, ale możliwe, że dodanie kilku scen uspokoiłoby tempo akcji i poprawiło odbiór scenariusza. Mimo to obraz ten był… lepszy niż się obawiałem.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

Wraz z końcem sagi „Star Wars” skończyła się też „era spoilera”.

W ostatnich latach stale towarzyszył mi lęk, że ktoś popsuje mi frajdę z oglądania po raz pierwszy jakiegoś istotnego dla mnie filmu lub serialu albo zdradzi mi zakończenie wyczekiwanej gry wideo. Miniony rok zebrał jednak ogromne żniwo w popkulturze i Hollywood. W ostatnich miesiącach epilogi goniły epilogi.

Oprócz finałowego epizodu sagi „Star Wars” dostaliśmy też zakończenia „Gry o tron” i serii filmów „X-Men” oraz zwieńczenie trzeciej fazy Marvel Cinematic Universe. Po raz pierwszy od kiedy pamiętam na horyzoncie nie ma już żadnego filmu, serialu ani gry takiej rangi, na które bym czekał z wypiekami na twarzy.

Smutne jest też to, że seria „Gwiezdne wojny” straciła bezpowrotnie wielu fanów już przy poprzedniej odsłonie.

Widać dziś wyraźnie, że trylogia sequeli nie była rozpisana przynajmniej w ogólnym zarysie od początku do końca przed pierwszym klapsem „Skywalker: Odrodzenie”. Trochę szkoda, że J.J. Abrams nie kręcił jej samodzielnie, bo pewnych rzeczy z „Ostatniego Jedi” nie dało się już odkręcić.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

Chciałbym teraz żywić nadzieję, że „The Rise of Skywalker” pogodzi widzów, ale nie łudzę się, że nowy film przypadnie do gustu wszystkim. Nastroje społeczności cztery i dwa lata temu były znacznie, znacznie lepsze, a chociaż film Riana Johnsona zdobył uznanie krytyków, tak fandom podzielił na pół.

Na szczęście, parafrazując autora „Wiedźmina”, gdy coś się kończy, to coś się zaczyna.

I wcale nie chodzi mi o to, że premiera „Skywalker. Odrodzenie” zbiegła się w czasie z premierą serialu na motywach powieści Andrzeja Sapkowskiego o Geralcie z Rivii – chociaż z pewnością dla nerdów i geeków jest to pewne pocieszenie. Paradoksalnie zniknięcie „Star Wars” z kin może wyjść marce na dobre.

Już raz w historii byliśmy świadkami boomu na „Expanded Universe”. Do tej pory autorom książek, komiksów i twórcom gier z nowego kanonu ręce wiązały filmy. Teraz nowi twórcy będą mogli – hipotetycznie – puścić wodze fantazji. „Gwiezdne wojny” znikną na pewien czas z kin, ale mogą żyć dalej w innym medium.

star wars the rise of the skywalker odrodzenie gwiezdne wojny recenzja

Pierwsze światełka w tunelu się już zresztą zapaliły.

Niedawno dostaliśmy „Star Wars Jedi: Fallen Order”, czyli pierwszą od lat grę wideo w tym uniwersum stawiającą na historię dla jednego gracza. Wyszły też książki i komiksy, które opowiadają o wydarzeniach po „The Last Jedi”, a Disney zdecydował się je wydać jeszcze przed premierą kolejnego filmu.

Teraz po klapie „Solo” czekamy zaś nie na kolejny kinowy spin-off, a na… seriale. W serwisie Disney+ zadebiutował już naprawdę niezły „The Mandalorian”, a będące jedną z jego twarzy tzw. dziecko bije rekordy popularności. Następne w kolejce są produkcje o młodym Obi-Wanie Kenobim i Cassianie Andorze z „Rogue One”.

Jeśli do tego dodać plotki o animacji, której bohaterką ma być doktor Aphra, czyli postać rodem z komiksów, to nagle może się okazać, że fani „Star Wars”, choć w kinie charakterystycznego dźwięku miecza świetlnego prędko nie usłyszą, nie będą mieli na co narzekać… A ja trzymam za to kciuki.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (55)

105 odpowiedzi na “Smutny koniec sagi „Star Wars”. „Gwiezdne wojny: Skywalker. Odrodzenie” – recenzja bez spoilerów”

  1. Przebudzenie mocy, mimo że odtwórcze całkiem mi się podobało. Miało jakiś tam potencjał na opowiedzenie ciekawej historii w uniwersum, ale potem przyszedł Rian Johnson.

    Facet nie miał kompletnie pomysłu co zrobić z postaciami, jak poprowadzić historię. TLJ jest równie dziurawy co front nowego Maca Pro. Z Rey zrobiono zwykłą Mary Sue, a Finna sprowadzono do roli nowego Jar Jara. O żenującej Rose, Luke’u i fruwającej w próżni Lei nie wspominam.

    Jedyne co mu wyszło to obrzucanie długoletnich fanów serii, którym TLJ się nie podobał wyzwiskami pokroju mizogini, bigoci, alt-right etc.

    Zrobiono bajzel, który Abrams musiał posprzątać i niestety nie mogło z tego wyjść nic ponad to co pokazano w “Ryżu Skywalkera”. Ja odpuszczam, Johnson doprowadził do takiego stanu, że dalsze losy bohaterów kompletnie mnie nie interesują.

    Szczęśliwie jest jeszcze Mandalorian.

  2. “Każda Saga ma swój koniec”. To było hasło reklamowe “Zemsty Sithów”, więc czym się tu gorączkować i tyle razy podkreślać, że to już koniec? To żaden koniec. Disney już zapowiedział premiery kolejnych dwóch filmów z uniwersum Star Wars na 2024 i 2026.
    Za chwilę będzie grany kolejny slogan: “Każda saga ma swój początek” :D

    • Gdzie masz info oficjalne o kolejnych filmach? Miał być tylko jeden spin-off, ale został odłożony na półkę, tak samo jak plany filmów Johnsona i D&D. Na razie oficjalnie w planach są jedynie seriale.

      • Przecież między innymi film “Feige’a” jest omawiany. Niedawno sam Lucasfilm wspominał, że raczej odejdą od trylogii na rzecz pojedynczych filmów, łączących się czasami w coś większego (pewnie trochę jak Marvel).
        Natomiast o filmach od Disneya co jakiś czas mediom wysyłają rozpiskę premier. Z 18. listopada masz coś takiego: “Adds detail on Disney’s entire movie release schedule; Nov. 18: Adds detail on Avatar 4 and 5, two Star Wars movies in 2024 and 2026.”

        • No i ja się zgodzę, że filmy powstaną – muszą. Ale a. to, że sobie zabukowali termin, nic nie znaczy przy takim wyprzedzeniu b. a razie poszedł komunikat, że filmy są „on hold”, a skupiają się na serialach c. saga „prawdziwych” Skywalkerów się skończyła, ma nie być bezpośredniej kontynuacji

  3. Przebudzenie mocy, mimo że odtwórcze całkiem mi się podobało. Miało jakiś tam potencjał na opowiedzenie ciekawej historii w uniwersum, ale potem przyszedł Rian Johnson.

    Facet nie miał kompletnie pomysłu co zrobić z postaciami, jak poprowadzić historię. TLJ jest równie dziurawy co front nowego Maca Pro. Z Rey zrobiono zwykłą Mary Sue, a Finna sprowadzono do roli nowego Jar Jara. O żenującej Rose, Luke’u i fruwającej w próżni Lei nie wspominam.

    Jedyne co mu wyszło to obrzucanie długoletnich fanów serii, którym TLJ się nie podobał wyzwiskami pokroju mizogini, bigoci, alt-right etc.

    Zrobiono bajzel, który Abrams musiał posprzątać i niestety nie mogło z tego wyjść nic ponad to co pokazano w “Ryżu Skywalkera”. Ja odpuszczam, Johnson doprowadził do takiego stanu, że dalsze losy bohaterów kompletnie mnie nie interesują.

    Szczęśliwie jest jeszcze Mandalorian.

    • A mnie wtórność Przebudzenia zniechęciła do dalszych seansów i Rogue One oraz Last Jedi obejrzałem już z torrentów, a Solo wcale :)

      Jednak jakie by wtórne Przebudzenie nie było, nie ma takich bzdur fabularnych jak Last Jedi, gdzie Rey nie przeszła szkolenia, a i tak ogarnia moc, niezniszczalna Leia lata w próżni lepiej niż statek kosmiczny, a różowowłosa pani admirał taranuje niszczyciele z prędkością nadświetlną (choć powinna zniknąć, bo nadświetlna, to defacto nie poruszanie się tylko teleportacja). Te i inne bzdury kompletnie rujnują drugą część sagi i nawet projekcja astralna Luke’a (ciekawy pomysł) jej nie uratuje.

        • To wtedy byłby skok nadprzestrzenny – różni się od teleportacji tym, że obiekt zachowuje prędkość wejściową. Prędkość jest w tym wypadku katalizatorem powodującym otwarcie się tunelu nadprzestrzennego.
          W tamtej scenie to wyglądało, jakby statek się rozpędził do skoku, ale tunel się nie otworzył…
          Problem w tym, że SW to nie hard SF i tam żadna technologia nie jest sensownie wyjaśniona, ale wiemy że małe statki mają problem z rozwijaniem dużych prędkości i już widzieliśmy skoki w nadświetlną w mniej sprzyjających warunkach (vide pod ostrzałem w pasie asteroid).

          • Akurat w Expanded Universe było to wyjaśnione super. Niestety w nowym kanonie w The Clone Wars poszedł pierwszy skok nadprzestrzenny z atmosfery i… ma to teraz tyle sensu, co szybka podróż Dany na smoku w Grze o tron.

            Swoją drogą jak patrzę na te skoki w nowej trylogii, to się zastanawiam, czemu Amidala nie uciekła w ten sposób Federacji w Mrocznym Widmie… ;-)

          • Bo blokady i pola siłowe uniemożliwiają wykonanie skoku – z resztą nawet Sokoła Millenium Gwiazda Śmierci łapała wiązką grawitacyjną

          • Nie było tam interdyktorów… po prostu w tamtych czasach studnia grawitacyjna planety wystarczała – zmienili to potem i można to sobie racjonalizować, ale nie trzyma się to już kupy i to takie usprawiedliwianie na siłę się robi :(

      • Miałem to samo. Przebudzenie oglądałem z zażenowaniem. Kalka i to dużo gorsza, bez charyzmy. Last Jedi obejrzałem w tle, przy okazji na HBO, tak bardzo mnie porwał. Za to Rouge One było zupełnie niezłe i miało więcej sensu niż ta niby saga. Han Solo może nie porwał, ale też nie było takiego zażenowania jak przy częściach. Disney zniszczył część kultury. No cóż, dobrze, że chociaż miałem szczęście żyć w czasach gdy była ta część kultury naprawdę.

        • Ja użyłem “Unsee button” na obu nowych częściach, a przy Lei w kosmosie prawie wyszedłem z kina… Co nie zmienia faktu, że podpisuje się pod opinią odnośnie Rouge One. Naprawdę ciekawa część i ładnie łączy 1-3 z 4-6

        • Disney urwał kurze złote jaja… Solo zaliczył klapę, jako pierwsza produkcja z uniwersum SW w dziejach, choć chyba wcale nie najgorsza :)

    • Obejrzałem kilka odcinków , pierwszy z ciekawości a 2 kolejne trochę na siłę i mam wrażen że zrobili to tylko po to żeby wyciągnąć kasę za subskrypcję.

      • I masz po części rację bo Mado to przede wszystkim fanserwis. Z drugiej jednak strony i tak ogląda mi się o niebo lepiej niż przygody Rey i paczki.

        Wielka szkoda, że Mysza ubiła rozszerzone uniwersum Gwiezdych Wojen. Powstało tam dużo świetnych pozycji jak książki Karpyshyna(chociażby o Revanie).
        Adaptacje Revana czy cyklu o Darth Bane’ie przywitałbym z otwartymi rękoma(i portfelem).

        • Myślę, że n w mando jest dość ważną częścią skrótu. W końcu to mandalorianin, a nie madolrianin. Zabijając w ten sposób EU nie zrobili najgorszej rzeczy. Problem pojawia się w tym, że kopiują pomysły i starają się je zmienić, tak, ażeby nikt ich nie poznał i robiąc tak osoby nie do końca rozumiejące twór gwiezdnych wojen wycinają co istotne z postaci, upychają trochę polityki i przekonań z góry. Tak zabija się złote kury.

  4. Myślałem, że już gorzej być nie może. Po zakończeniu seansu ze zdziwieniem odkryłem, że reżyserem jest JJA. Film jest katastrofalnie pocięty przez co dialogi przypominają teatr, “kwestia….przerwa, kwestia…długa przerwa”, wszystko sztucznie wyszło. Efekty specjalne zabijają od początku do końca, bez oddechu, taki styl. Co 10 minut w głowie budzi się myśl “ale to już było”, “ale te teksty już były”, “ta scena to kolejna powtórka z oryginalnej sagi ale z innymi aktorami”. Całokształt: 2+. Nie warto.

  5. A właśnie. Nawet “Solo” jest lepszy. Wychodzi, że “Rogue One” jest jak do tej pory najlepszym “nowego” odcinkiem sagi. Nr.1 wciąż “Imperium”.

  6. wreszcie ktoś się odważył przyznać, iż nowa obsada nie dorasta do stóp starej gwardii. I chyba nie można za to winić wyłącznie żałosnego parcia na poprawność polityczną (recepta: jedna kobieta, jeden czarnoskóry, zabrakło tylko LGBT). Można było znaleźć bardziej charakterystyczną aktorkę a od Boyegi to chyba trup by lepiej grał, całkowity brak talentu. Driver i Gleeson, ogólnie nieźli aktorzy czarnych charakterów nie wykreowali przekonująco. Najlepszy był Oscar Isaac ale gdzie mu tam do Forda który aktorsko ratował pierwsze bajki…

  7. Wiecie, co? Tak dzisiaj na trzezwo spojrzalem na calosc i zastanawiam sie jaki byl sens tworzenia kolejnych 3 czesci? Mozna bylo zrobic 1 o tym co wydarzylo sie po czasach walki z Imperatorem – te opuszczone statki, zycie ludzi, Jedi… i nawet powrocic do starych Mistrzow Jedi… A tak po 3 kolejnych filmach mamy powrot do przeszlosci i ponownie walke z Imperatorem, ktora w swietnym stylu zakonczyl przeciez juz Lord Vader. O ile ep 1-3 mialy sens, gdyz opowiadaly i dopowiadaly historie ep 4-6, o tyle 7-9 nie wnosza nic do sagi. O wiele lepiej prezentuja sie dwa spin-offy, ktore uzupelnily historie, a moze i lepiej jeden z Lotrem – gdyz nie wszystko trzeba znac z przeszlosci Solo. Ogladnalem dzis ten ostatni epizod i tak jakos mit Lorda Vadera znikl, jego maska turla sie wszedzie, nie ma juz tego klimatu. Nawet Imperator nie powstal jak w komiksach – jako hologram, ale wygladal jakby upadl w ep 6, ktos go zabral ze stacji i sie chowal przez lata. Nie wiem. Chcialem kupic cala trylogie w przyszlosci 1-9 + 2 spin-offy. Teraz mysle, ze kupie 1-6 i 1 spin-off. Szkoda.

    • W komiksach imperator wrócił jako klon ze świadomością tego, który umarł. Za to w książkach był hoax i hologram ze starych nagrań zrobiony przez jego gwardzistów.

      Po wstępnych napisach miałem nadzieję, że tak właśnie będzie tutaj – niestety wyszło, jak wyszło…

      I zgadzam się, że spin-offy wyszły fajniej niż nowa trylogia. Rogue One jest naprawdę super, pomimo tego, że nieco kuleje montaż, a Solo też bardzo mi się podobał.

  8. Fajnie się oglądało jak na to co jest teraz w kinach. No cóż w nowych odcinkach nie ma już emocji napięcia tak jak w np w senie kiedy młody Skywalker walczył z ojcem na miecze itp sytuacje. Dużo bajerów i efektów które oceniam na plus. Może brak stopniowania napięcia jest podyktowany kasą czyli film ma być dla maluchów. Film na plus ale za tydzień nie będziesz o nim pamiętać. Film Eastwood przemytnik niby nic a jednak potrafi zbudować napięcie.

  9. Według mnie najlepsza część ze wszystkich nakręconych przez Disneya. Nawet przestał mi przeszkadzać Adam Driver w roli Keylo Rena, moim zdaniem, to kompletnie nietrafiony aktor do tej roli.

  10. Spotykam się z wieloma recenzjami jednak każda jak dotąd miała i dobre strony i punkty negatywne.
    Ten ktor napisał o Star Wars jej ostatniej części oraz odwoływał się w tego typu sposób do poprzednich dwóch od Disney-a nie obejrzał tego samego arcydzieła filmu rozrywki.
    Jest dużo scen które także nawiązują do poprzednich części serii filmów Star Wars. A aktorzy wczuwają się w rolę oraz widać że cieszy ich branie udziału w filmie. Krótko, jest on żywy, nie ma zwykłych mumi recytujacych scenariusz.
    Wiele fantastycznych efektów które wprowadzono i perypetie bohaterów mają wsobie kluczowe znaczenie oraz mogą się podobać mimo że seria kończy się.
    Wiadomym jest ze trudno wprowadzić wątki przeszłości każdej z postaci dlatego wiele z nich zostało pominietych ale są te kluczowe które znacząco utknęły w pamięci widza przez czyny jakich dokonał. Moim zdaniem jest to dobry film.

  11. “Skywalker Odrodzenie” jest najlepszym filmem z całej trylogii. Fakt, jest tam parę nieścisłości i bezsensów, ale reżyser musiał przecież jakoś naprawić szkody po części 8 oraz swoje własne po części 7. W dodatku upchnął w film sceny/wątki spełniające oczekiwania fanów, za co należy się szacunek. Naprawdę nie rozumiem, co ludzie mają do tej produkcji.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

“ad”

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...