Horrory, których nie znacie #1. „Czarne święta” to film, bez którego nie byłoby serii „Halloween”

Artykuł/Film 13.12.2019
Horrory, których nie znacie #1. „Czarne święta” to film, bez którego nie byłoby serii „Halloween”

Horrory, których nie znacie #1. „Czarne święta” to film, bez którego nie byłoby serii „Halloween”

Wszystko ma swój początek. W tym także jedna z najbardziej kultowych serii horrorów w historii, której źródeł należy szukać przede wszystkim w stosunkowo mało znanym filmie „Czarne święta”.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

„Czarne święta” to jeden z tych filmów, które zwyczajnie w świecie miały pecha i nie trafiły w swój czas. Nie ten moment, nie ci odbiorcy, co trzeba. Ciekawe, czy gdyby ów horror miał premierę 4-5 lat później, to obrósłby równie wielkim kultem i popularnością, co jego duchowy następca, czyli „Halloween”. Ale nie ma co gdybać. „Czarne święta” miały swoją premierę 11 października 1974 roku, z budżetem wynoszącym trochę ponad 600 tys. dol. Film okazał się sukcesem finansowym o tyle, że zdołał zarobić 4 mln dol. z kinowej dystrybucji, aczkolwiek jest to nawet jak na lata 70. dość skromna kwota, wskazująca na wąskie grono odbiorców.

Fabuła rozgrywa się głównie w żeńskim akademiku, do którego zakrada się tajemniczy mężczyzna, szepcący pod nosem bełkotliwe zdania.

Co ciekawe, twórcy postanowili pokazać jego wejście, wykorzystując ujęcia z perspektywy pierwszej osoby. Także późniejsze sceny z nim w roli głównej ukazane zostały z perspektywy pierwszej osoby (ten formalny motyw wykorzystał też lata później John Carpenter w „Halloween”). W tym samym czasie dziewczyny na dole urządziły sobie niewielką imprezę świąteczną. W pewnym momencie odbierają telefon, a w słuchawce słyszą obsceniczny głos szaleńca, który mówi do nich wiązanki obleśnych tekstów. Niedługo później jedna ze studentek, Claire, wraca do swojego pokoju, gdzie tajemniczy „włamywacz” dusi ją za pomocą folii i ukrywa jej ciało na strychu.

Przez całą resztę filmu bohaterowie szukają dziewczyny. Nie zdając sobie sprawy z tego, że znajduje się ona praktycznie tuż pod ich nosem.

Claire nie będzie jedyną ofiarą włamywacza-mordercy, ale też nie tylko o same trupy w „Czarnych świętach” chodzi.

Tym, co wpływa dodatnio na zaangażowanie widza w tę opowieść, jest obserwowanie śledztwa ludzi poszukujących Claire i swoista zabawa w kotka i myszkę z niedającym się łatwo namierzyć mordercą. A fakt, że on sam także ukrywa się na strychu, a więc przez cały film znajduje się w tym samym budynku, co jego ofiary i ludzie go szukający, nadaje fabule dodatkowego smaczku.

Jest też coś fascynującego i odświeżającego w samej konstrukcji fabularnej filmu „Czarne święta”. To produkcja, która w swoich czasach próbowała czegoś nowego, mierzyła się z trochę innym podejściem do horrorów. Klasyczne tropy z filmów grozy połączyła z thrillerem i wątkiem kryminalnym. Do tego akcja rozgrywająca się podczas Świąt Bożego Narodzenia też nie była wówczas (i do dziś nie jest) typowym tłem dla strasznego filmu.

Z tego wszystkiego na dodatek wykluło się także pewne novum – „Czarne święta” uznawane są bowiem także za pierwszy nowoczesny slasher, czyli film, w którym tajemniczy zabójca poluje i zabija po kolei ludzi.

Jak wspominałem wcześniej, rok 1974 był ewidentnie zbyt wczesnym momentem, by łączyć w ten sposób fantazje seksualne związane z młodymi dziewczynami oraz przemocą. Ten motyw w pełni wybrzmiał zresztą w „Halloween”, który miał swoją premierę cztery lata później i sprawił, że slashery stały się jednym z najpopularniejszych podgatunków filmowych XX wieku.

Kolejne horrory korzystały zresztą nie tylko z motywu zabójcy polującego na młodych ludzi, ale i z tego, że zabójca z „Black Christmas” wykonywał swoje niepokojące telefony po tym, jak kogoś zamordował. Mamy tu więc połączenie pewnej wykonywanej czynności, która jest powiązana z rytuałem mordu.

W przyszłości zobaczymy ewolucję tego pomysłu do m.in. filmu, po którego obejrzeniu jego widz zostaje zabity („Krąg”), czy wiadomości głosowe na telefon, w których odbiorca dostaje informacje o szczegółach swojej śmierci („Nieodebrane połączenie”).

W „Czarnych świętach” fascynuje to, że ze względu na przecieranie szlaków w motywach slasherowych, udaje mu się zgrabnie łączyć je z umiejętnym budowaniem napięcia, a nawet do pewnego stopnia stanowić trochę pokrętną metaforę antyaborcyjną.

Wyraźnie wybrzmiewają też w tym filmie wątki szowinizmu mężczyzn względem kobiet. Filmowe dziewczyny nie tylko żyją w strachu przed dzwoniącym do nich zboczeńcem, a także czyhającym na ich życie psychopatą, ale też muszą zmagać się z innymi mężczyznami w ich życiu, którzy roszczą sobie prawa do kontroli, chociażby mentalnej, nad nimi. Oczywiście te wątki absolutnie nie przysłaniają głównej akcji filmu – są zręcznie rozpisane i wplecione w opowieść, bez potrzeby sięgania po łopatologiczne frazesy i puste sekwencje. „Czarne święta” to horror wierzący w inteligencję widza – dzisiejsze Hollywood mogłoby się od niego wiele uczyć pod tym względem.

Jakby tego jeszcze było mało, „Czarne święta” to slasher, który przez cały seans nie ujawnia nam tego, jak wygląda i kim jest główny antagonista.

Nawet, gdy możemy się domyślać tego, kto nim jest, film nie mówi nam tego wprost i zostawia z tą tajemnicą już na zawsze. A to już bardzo rzadkie w horrorach w ogóle. Sprawia to, że morderca staje się symbolem, krwawy welon tajemnicy dodaje mu tylko złowieszczego charakteru. Oczywiście późniejsze horrory młodzieżowe wybrały już bardziej dosłowną modyfikację tego motywu – przedstawiając nam całą galerię dziś już kultowych zabójców, takich jak Michael Myers z serii „Halloween”, Freddie Kruger z „Koszmaru z ulicy Wiązów” czy Jason z „Piątku trzynastego”.

Z „Czarnych świąt” została jedynie utajona bądź niedosłowna tożsamość antagonistów, natomiast rozwijająca się kultura obrazkowa zaczęła wymagać od filmowców tego, by pokazywali wygląd mordercy. I zapewne w tym należy doszukiwać się fenomenu późniejszych slasherów – masowy widz nie lubi zbyt wiele tajemnicy, potrzebuje więcej dosłowności.

Tym niemniej, nikt nie zabierze „Czarnym świętom” ich zasłużonego miejsca w historii horrorów, jak i ich wpływu na współczesne straszaki, od „Halloween” po „Piłę” czy „Obecność”.

Zresztą, wpływ tego filmu na cały gatunek nie został zapomniany. W grudniu 2019 roku świat ujrzy współczesny remake filmu „Czarne święta”, tym razem z wyraźnie podkreślonym wątkiem feministycznym.

Ale kto wie, może twórcy znaleźli na ten film jakiś naprawdę świeży pomysł i ów remake okaże się udany. Nie będzie on pierwszym – w 2006 roku Hollywood próbowało stworzyć nową wersję „Black Christmas”, ale niestety film okazał się zwyczajnie kiepski.

W najgorszym wypadku zostaje nam po prostu seans pierwszej wersji „Czarnych świąt”, która wcale się tak strasznie nie zestarzała i spokojnie można postawić ją u boku „Egzorcysty, „Omenu” czy „Nie oglądaj się teraz”.

Teksty, które musisz przeczytać:

Oscary boją się horrorów? Niestety tak, wystarczy spojrzeć na kolejne nominacje

Nie twierdzę, że każdy horror zasługuje na docenienie ze strony branży filmowej (większość pewnie nie zasługuje), ale na przestrzeni ostatnich lat powstało tyle znakomitych straszaków, które były czymś więcej niż tylko horrorami, że zaczynam się zastanawiać skąd bierze się ich brak przy okazji nominacji do wszelkiej maści nagród, a przede wszystkim do Oscarów.

Felieton/Film 15.01.2020

Dołącz do dyskusji (2)

12 odpowiedzi na “Horrory, których nie znacie #1. „Czarne święta” to film, bez którego nie byłoby serii „Halloween””

  1. Fajny tekst. Mam tylko jedno zastrzeżenie. To nie jest horror, tylko thriller. Horror zakłada istnienie przyczyny nadnaturalne. Ludzie ciągle te dwa pojęcia. Jak film fantasy i fantastyczny.

  2. Ech. To chyba których Ty nie znałeś. Po co założenie, że każdy czytający SW to osoba, która z horrorów to zna Piłę i może jakąś Obecność?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...