Mowa noblowska Olgi Tokarczuk to przejmująca modlitwa w intencji umierającego na naszych oczach świata

Felieton/Trendy 09.12.2019
Mowa noblowska Olgi Tokarczuk to przejmująca modlitwa w intencji umierającego na naszych oczach świata

Mowa noblowska Olgi Tokarczuk to przejmująca modlitwa w intencji umierającego na naszych oczach świata

Olga Tokarczuk wielką pisarką jest. I piszę to bez cienia ironii. 10 października cały świat dowiedział się, że nadwiślańska autorka otrzyma literackiego Nobla za 2018 rok. 7 grudnia pisarka wygłosiła wspaniałą mowę, która będzie rezonować w przestrzeni publicznej jeszcze przez długi czas. Bez względu na to, czy czytaliście jej dzieła, czy nie, warto się choćby z samą mową zapoznać.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Na samym początku mowy zatytułowanej „Czuły narrator” Olga Tokarczuk opowiada o swoim dzieciństwie i rozmowie z mamą, która poruszyła jej wyobraźnię u samej podstawy na tyle, że zainspirowała ją do życia poświęconego opowiadaniom historii. Jest to piękna opowieść, ujęta niemalże w ramy bajki rozgrywającej się gdzieś poza czasem, w galaktyce emocji i szczerego humanizmu. Stanowi wspaniały wstęp do dalszej części przemowy noblowskiej, która mierzy się już z mniej przyjemnymi zagadnieniami.

Dalej Tokarczuk przygląda się współczesności, zwraca uwagę na to, że dziś każdy z nas tworzy świat wokół siebie:

Świat jest tkaniną, którą przędziemy codziennie na wielkich krosnach informacji, dyskusji, filmów, książek, plotek, anegdot. Dziś zasięg pracy tych krosien jest ogromny – za sprawą Internetu prawie każdy może brać udział w tym procesie, odpowiedzialnie i nieodpowiedzialnie, z miłością i nienawiścią, ku dobru i ku złu, dla życia i dla śmierci. Kiedy zmienia się ta opowieść – zmienia się świat. W tym sensie świat jest stworzony ze słów.

Tym samym pisarka kreśli, jak najbardziej prawdziwy, obraz rzeczywistości, w której to, co nie zostało wypowiedziane, bądź opowiedziane nie istnieje.

Każda emocja, zdarzenie, sytuacja, opinia musi być zaklęta w słowo, by zyskała życie i „poszła w świat”. Co jest zarazem piękne jak i niepokojące, gdyż może zostać wykorzystane w „niecnych” celach. „Historię piszą zwycięzcy” więc, ten, kto nie ma głosu nie ma racji i nie istnieje.

To, jak myślimy o świecie i – co chyba ważniejsze – jak o nim opowiadamy, ma więc olbrzymie znaczenie. Coś, co się wydarza, a nie zostaje opowiedziane, przestaje istnieć i umiera. Wiedzą o tym bardzo dobrze nie tylko historycy, ale także (a może przede wszystkim) wszelkiej maści politycy i tyrani. Ten, kto ma i snuje opowieść – rządzi.

Potęgę słowa i naszej osobistej narracji obserwujemy przecież na każdym kroku. Na tym w końcu został zbudowany fenomen social mediów i Instakultury. Zresztą nie tylko „fenomen” ale i całe imperia warte dziś miliardy dolarów. Rzadko o tym myślimy, ale jedną z największych wartości na rynku w dzisiejszym świecie, być może nawet bardziej cennych od pieniędzy, są nasze słowa, które wpisujemy jako frazy do Google’a. Każdą frazą, którą “wklepujemy” do wyszukiwarki, snujemy jedną z miliardów historii, które później są monetyzowane przez osoby na samym końcu tego łańcuszka.

Słowa są więc potęgą, władzą, szczególnie dziś w erze informacji i szybkiego do nich dostępu. Ale te same słowa są też wielką odpowiedzialnością.

Żyjemy w rzeczywistości wielogłosowych narracji pierwszoosobowych i zewsząd dochodzi nas wielogłosowy szum. (…) Chcemy być zauważeni, chcemy poczuć się wyjątkowi. Narracje typu: „Opowiem ci moją historię”, „Opowiem ci historię mojej rodziny”, ewentualnie „Opowiem ci, gdzie byłam” to dziś najpopularniejsze gatunki literackie. (…) Paradoksalnie jednak wygląda to na chór złożony z samych solistów – głosy nakładają się na siebie, rywalizują o uwagę, poruszają po podobnych traktach, ostatecznie wzajemnie się zagłuszając. Wiemy o nich wszystko, jesteśmy w stanie utożsamić się z nimi i przeżyć ich życie jak swoje. Mimo to jednak doświadczenie czytelnicze zaskakująco często jest niekompletne i rozczarowujące, bo okazuje się, że ekspresja autorskiego „ja” nie daje gwarancji uniwersalności.

Ten paradoks opowiadania z perspektywy „ja”, który nie pozwala się jednak utożsamić z daną opowieścią, to jedna z największych bolączek dzisiejszego świata. Od social mediów, przez literaturę, taśmowo produkowane filmy, muzykę. Skupiając się na tym szybko przekroczyliśmy granicę narcyzmu i zaczęliśmy się skupiać tylko na „ja”.

To z kolei prowadzi to tego, co Tokarczuk wygłosiła kilka zdań później mówiąc o szufladkowaniu gatunków. Odnosiła się wprawdzie do gatunków literackich, ale wymiar tej kwestii jest absolutnie uniwersalny i można go przenieść na pole filmowe, muzyczne, ale też i takie dotyczące naszego życia codziennego.

Coraz częściej gatunkowe dzieło przypomina foremkę do ciasta, która produkuje bardzo podobne rezultaty, ich przewidywalność uważana jest za cnotę, ich banalność za osiągnięcie. Czytelnik wie, czego ma się spodziewać i dostaje dokładnie to, co chciał.

Z pozoru, jak mówiła Tokarczuk, jest to zwrócenie się w stronę odbiorcy, bo dajemy mu to, czego chce, ale tak naprawdę to nieustanne dostarczanie katharsis i spełnianie jego obietnic jest, jak mówiła dalej autorka, ograniczające. I to nie tylko tworzenie, ale i sam odbiór.

W ten sposób rozleniwiamy nie tylko autorów, ale i samych widzów/czytelników/słuchaczy. Dlatego też np. osobiście mam problem z całą masą filmów rozrywkowych/superbohaterskich w ostatnim czasie. Jestem w rozkroku o tyle, że nadal je lubię, rozumiem ich formułę i schemat, ale z drugiej strony ich wtórność zaczyna być nużąca. Nie wspominając już o turbo-wtórnych remakach animacji Disneya, ale to temat na inny tekst.

Genialnie Tokarczuk opisała fenomen seriali, które rzeczywiście rządzą narracją fikcyjną w XXI wieku. Ich rozbudowanie, nierzadko skomplikowane konstrukcje scenariuszowe i zawiłości fabularne przez wielu uważane są za nowoczesną formę literatury i wychwalane. Ale pisarka zauważa w serialach także i ciemną stronę:

Potencjalne zaistnienie kolejnego sezonu stwarza konieczność otwartych zakończeń, w których nie ma szans pojawić się i wybrzmieć do końca owo tajemnicze katharsis, które było przeżyciem wewnętrznej przemiany, spełnienia się, satysfakcją z uczestniczenia w akcie opowieści. Taki rodzaj komplikowania i niekończenia, ciągłego odraczania nagrody, jaką jest katharsis, uzależnia i hipnotyzuje.

Chyba nikt w ostatnich latach nie opisał lepiej fenomenu binge watchingu w kilku zdaniach. A jest to o tyle niebezpieczne, że stanowi coraz częściej społeczne panaceum na otaczający nas świat. Seriale nierzadko stanowią ucieczkę od problemów, naszą skrytkę przed niepowodzeniami, złymi doświadczeniami.

W późniejszej części mowy Olga Tokarczuk mierzy się w końcu z największym problemem naszych czasów.

Jest to problem o tyle tragiczny (poniekąd wręcz szekspirowski), że można go uznać za jedno z największych osiągnięć w historii ludzkości. Mowa tu o szerokim dostępie do informacji i połączenia ze sobą ludzi z całego świata poprzez Internet.

Spełnione marzenia często nas rozczarowują. Okazało się, że nie jesteśmy w stanie unieść tego ogromu informacji, która zamiast jednoczyć, uogólniać i uwalniać – różnicuje, dzieli, zamyka w bańkach, tworzy wielość opowieści nieprzystających do siebie albo wręcz wrogich sobie, antagonizujących.

Na dodatek Internet, poddany zupełnie bez refleksji procesom rynkowym i oddany graczom-monopolistom, steruje gigantycznymi ilościami danych, które wykorzystywane są całkiem nie „pansoficznie”, ku szerokiemu dostępowi do wiedzy, ale przeciwnie, służąc przede wszystkim programowaniu zachowań użytkowników, czego dowiedzieliśmy się po aferze Cambridge Analytica.

Świat uległ fragmentaryzacji, zamiast się rozwijać coraz bardziej okopujemy się we własnych poglądach. Do tego przestaliśmy widzieć związek przyczynowo-skutkowy pomiędzy tym, co się dzieje wokół nas. Wszyscy jesteśmy połączeni, a głód w Afryce, bieda na Bliskim Wschodzie, zmiany klimatyczne bądź ludzie pokroju Donalda Trumpa wybierani na prezydenta Stanów Zjednoczonych, to nie jest „wypadek przy pracy”, ani tym bardziej przypadek. Wszystko z czegoś wynika i nie jesteśmy w stanie tego naprawić, bo właśnie nie widzimy tego, że wszystko jest ze sobą połączone w jednym krwiobiegu.

Żeby łatwiej nam było to znieść dostajemy numery, identyfikatory, karty, toporne plastikowe tożsamości, które próbują nas zredukować do użytkowania jakiejś jednej cząstki tej całości, którą przestaliśmy już dostrzegać.

Mowa noblowska Olgi Tokarczuk w mistrzowskim stylu podejmuje więc całą serię zagadnień, które dotyczą każdego z nas. To jeden z najważniejszych tekstów kultury co najmniej tej dekady.

Jest tak dlatego, że podsumowuje ostatnie lata oraz osiągnięcia sztuki masowej, technologii oraz zagadnień społecznych w skondensowanej, ale jednocześnie wyczerpującej temat formie. Tokarczuk mówi językiem niebanalnym, wyszukanym, poetyckim, ale też przystępnym i zrozumiałym dla każdego odbiorcy. Jej mowa noblowska jest niczym przewodnik myślowy po XXI wieku, każdy jest z niej w stanie wyjąć to, co uważa za najbliższe sobie. To tekst, do którego można wracać, nie dlatego, że to „polska noblistka”, nie „na złość prawicy”, tylko dlatego, że to zwyczajnie piękne i mądre słowa, które wzywają nas do przebudzenia w momencie gdy, jeszcze, nie jest za późno.

Mowę noblowską Olgi Tokarczuk możecie obejrzeć w całości na YouTube’ie.

Transmisja wręczenia autorce nagrody Nobla będzie mieć miejsce we wtorek 10 grudnia 2019. Będzie ją można oglądać m.in. na stronie głównej Onetu, na stronie Akademii Szwedzkiej, publicznie na ekranie w bibliotece ProMedia w Szczecinie i na telebimie postawionym na wrocławskim rynku, a także, pomimo wcześniejszych, jak widać błędnych, doniesień, na antenie TVP.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

26 odpowiedzi na “Mowa noblowska Olgi Tokarczuk to przejmująca modlitwa w intencji umierającego na naszych oczach świata”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...