„Color Out of Space”, czyli Nicolas Cage znów próbuje szaleć na ekranie

Recenzja/Film 03.12.2019
Nasza ocena:
„Color Out of Space”, czyli Nicolas Cage znów próbuje szaleć na ekranie

„Color Out of Space”, czyli Nicolas Cage znów próbuje szaleć na ekranie

„Color Out of Space” Richarda Stanleya, pokazywany podczas trwającego właśnie Splat! Film Fest, czyli festiwalu horrorów, thrillerów, science fiction oraz innych produkcji gatunkowych, to próba adaptacji opowiadania mistrza grozy H.P. Lovecrafta. Jak wypadła? Oceniamy.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Rodzina Gardnerów mieszka w oddalonym od cywilizacji domu, gdzieś w środku lasu. Ich życie powoli toczy się do przodu, mimo choroby matki, która rzutuje na sytuację rodu.

Kiedy pewnego dnia na teren posesji spadnie kolorowy meteoryt, wokół bohaterów zaczną dziać się coraz dziwniejsze rzeczy.

Tak w skrócie można opisać fabułę obrazu, który powinien spodobać się przede wszystkim fanom przedziwnych filmowych doznań.

Color Out Of Space - kadr promocyjny

„Color Out of Space” to nagromadzenie dziwnych motywów i zagrań, które w różnorodny sposób oddziałują na widza. Rozpoczyna się niczym inwazja obcych – z tajemniczym artefaktem nieznanego pochodzenia. Dostajemy opowieść o groźnej studni, która przewija się często i gęsto w różnorodnych produkcjach z dreszczykiem, czy motyw chłopca rozmawiającego z wyimaginowanymi przyjaciółmi.

W sercu obrazu znajduje się natomiast body horror, tworzący z deformacji jedną z najbardziej przerażających rzeczy, które zobaczymy na ekranie.

„Color Out of Space” to bowiem dzieło pojemne, które celowo wykorzystuje różne koncepcje tego, co możemy uznać za dziwne, straszne bądź niepokojące. Mieszanka ta powinna stanowić przepis na sukces. Tymczasem film jest zwyczajnie przedziwny. Produkcja południowoafrykańskiego reżysera jednocześnie przyciąga i odpycha, bawi i obrzydza, a ciekawe koncepcje łączą się tu z nadmiernie przesadzonymi czy ogranymi motywami. Wprawdzie dzieło ogląda się z żywymi emocjami i czekając na dalszy rozwój wypadków, ale przy tym wszystkim trudno go jednak nazwać prawdziwie dobrym filmem.

Color Out Of Space - kadr z filmu

W pewnym momencie produkcja zaczyna być bowiem mocno męcząca i obsceniczna. Pytaniem pozostaje wprawdzie, czy jednak właśnie takich doznań nie oczekujemy po dobrym horrorze. Nie sposób jednak nie zauważyć, że wielokrotnie twórca osiąga ten efekt w sposób uproszczony i przegięty.

Wszystko to razem sprawia, że film jest przedziwnym doznaniem, które trudno w zasadzie sklasyfikować.

Teoretycznie udaje się osiągnąć cel – widz jest obrzydzony i zniesmaczony ekranową przesadą. Tyle tylko, że nie przyjmuje tego z satyskacją, a bardziej ze zmęczeniem.

Nie jest to bowiem reakcja podobna do tej, którą mogliśmy odczuwać podczas seansu głośnego „The Lighthouse” Roberta Eggersa. To reakcja z zupełnie innego nurtu, z innego źródła. Film Eggersa oddziaływał poprez wrzucenie widza w sam środek wydarzeń i takie poprowadzenie akcji, że czuliśmy się, jakbyśmy współuczestniczyli z bohaterami w ich powolnej utracie zmysłów. „Color Out of Space” tego nie robi. Widz nadal jest widzem, a wydarzenia filmowe znajdują się tylko na ekranie. Nie zachodzi rodzaj wchłonięcia w ekranową akcję i przenikania światów. Chodzi raczej o celowe zagranie motywami, które mogą wywołać bezwarunkową reakcję odbiorcy. Oddziaływanie przez obrzydzenie.

Color Out Of Space - Anihilacja - kadr z filmu

Inną ciekawą cezurą dla obrazu jest film „Mandy” Panosa Cosmatosa, czyli inny horror, w którym wystąpił Nicolas Cage. Tamta produkcja posiadała wprawdzie problemy strukturalne. Konkretniej – problem z nadmiernie rozwleczoną i nudną pierwszą połową, która usypiała widza, zanim film porządnie rozkręcił się w części 2. Miała jednak jeden zdecydowany plus nad „Color out of Space” – dużo większe stężenie spuszczonego ze smyczy Nicolasa Cage’a.

W „Mandy” aktor czuł się prawdziwie w swoim żywiole, oddając szczególne manieryzmy czy przesadzone gesty z wielką radością. U Stanleya – mimo, że stara się odtworzyć podobną przesadę, robi to sztucznie i nieprzekonująco. Z ekranu bije wystudiowana i przesadzona poza, która choć zgodna z oczekiwaniami, niestety jest sztuczna i nieprawdziwa. Cage zagrywa się na ekranie, a choć robi to celowo, jego roli brakuje tego pierwiastka prawdziwego szaleństwa w oczach, które charakteryzowało jego postać w „Mandy”.

„Color out of Space” jest filmem zaskakującym.

Nie musi spodobać się wszystkim fanom horroru. Wydaje się jednak świetnie nadawać na niezobowiązujący midnight movie, film wyświetlany po północy, podczas festiwalu filmowego, gdzie równie ważna, a może nawet ważniejsza jest sama atmosfera pokazu, aniżeli wyświetlanie dzieło. W innych warunkach trudno mi z czystym sumieniem polecać seans. Jeśli jest jednak jakikolwiek powód, dla którego warto obejrzeć film „Color Out of Space” to fakt, że po wyjściu z sali kinowej na pewno nie spojrzycie już na alpaki w ten sam sposób.

Film można obejrzeć jeszcze podczas Splat! Fim Fest w Warszawie w sobotę 7 grudnia o 22:50.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...