Netflix czy kino? Sprawdzamy, jak radzi sobie „Irlandczyk” na dużym ekranie przed premierą w serwisie VOD

Artykuł/Film 25.11.2019
Netflix czy kino? Sprawdzamy, jak radzi sobie „Irlandczyk” na dużym ekranie przed premierą w serwisie VOD

Netflix czy kino? Sprawdzamy, jak radzi sobie „Irlandczyk” na dużym ekranie przed premierą w serwisie VOD

„Irlandczyk” jest pod tym względem całkiem ciekawym przypadkiem. To bodaj najgłośniejszy film, który pokazywany będzie zarówno w kinach jak i w serwisie streamingowym. Czy nowe dzieło Martina Scorsese stało się przebojem tradycyjnej dystrybucji tuż przed premierą na Netfliksie?

Przebojem na pewno „Irlandczyk” się nie stał. Choć jego kinowe wyniki nie zachwycają od strony finansowej, to patrząc szerzej i dokładniej, nie do końca da się je nazwać rozczarowaniem.

Nie będę trzymał więcej w napięciu – na poziomie dystrybucji kinowej w USA „Irlandczyk” od momentu premiery 1 listopada do 24 listopada zdołał zarobić 4,2 mln dol.

To bardzo skromna kwota. Miejmy jednak na uwadze dwa podstawowe fakty – „Irlandczyk” trwa 3,5 godziny. To oznacza, że nie tylko część widzów musi się dokładnie zastanowić nad wyprawą do kina, biorąc pod uwagę fakt, że lada moment, będą mogli obejrzeć go w domu w Netfliksie. Drugą kwestią, również wynikającą z długiego czasu trwania produkcji, jest to, że liczba seansów dzieła Scorsese jest siłą rzeczy o wiele mniejsza niż w przypadku filmów trwających przeciętnie 100-120 minut. A gdy dodamy sobie do tego bardzo skromną dystrybucję (film startował w 8 kinach, a do chwili obecnej wyświetlany jest zaledwie w 200), to wynik ponad 4 mln dol. już tak nie przybija do gleby.

Nie twierdzę jednak, że „Irlandczyk” okazał się sukcesem kasowym, wręcz przeciwnie.

Nawet gdyby film trafił do szerokiej dystrybucji (w Stanach to od 1000 do 4000 ekranów), a widzowie nie mieli z tyłu głowy faktu premiery w streamingu za kilka tygodni, to nadal wątpię, by zarobił duże pieniądze. A przynajmniej takie, które uzasadniłyby ogromny budżet (160 mln dol.) I co najważniejsze dawałyby nadzieję na zwrot kosztów (by to osiągnąć film musiałby zarobić globalnie mniej więcej ponad dwa razy tyle ile wyniósł budżet – nie wliczam w to kosztów promocji).

„Irlandczyk” jest ciekawym przypadkiem pod wieloma względami. Z jednej strony to film zrobiony przez legendę kina, która też ma dość określoną opinię o tym, czym jest kino i jak się je powinno konsumować. Zresztą poniekąd moje zdanie jest podobne. Kino zawsze będzie dla mnie tym najważniejszym miejscem do oglądania filmów, przynajmniej po raz pierwszy.

Ale też nie jestem zdania, że dosłownie każdy film trzeba oglądać w kinie. Kameralne dramaty czy komedie często lepiej się ogląda w domu. Choć i w tej kwestii „Irlandczyk” jest o tyle specyficzny, że w normalnym warunkach sam pędziłbym do kina w dniu premiery, a tymczasem, ze względu na jego długość, wolę obejrzeć go na Netfliksie, w domu, na spokojnie, bez marnowania połowy dnia na seans (wliczając dojazdy, reklamy, powroty itp.).

Chyba trochę niechcący Martin Scorsese jednym filmem jest w stanie wywołać dyskusję o konsumpcji kina i filozofii, która za tym stoi.

On, i zapewne większość twórców filmowych, wolałby zapewne, byście obejrzeli jego najnowsze dokonanie w kinach. No, ale jednak najszerzej dostępny „Irlandczyk” będzie w streamingu, czyli w domu, nie daj boże na iPadach i smartfonach.

„The Irishman” jest też swoistym paradoksem. Z jednej strony Martin Scorsese, po części słusznie, narzeka na to, że filmy o superbohaterach zagarnęły sale kinowe i przez to nie ma miejsca na artystyczne i ambitne produkcje w tradycyjnej dystrybucji. Ale z drugiej przygotowuje film za 160 mln dol., trwający 3,5 godz., który właściwie nie ma prawa się zwrócić i przynieść zysków, gdyby go pokazywać w kinach właśnie.

Abstrahując już od tego, czy „Irlandczyk” rzeczywiście powinien kosztować tyle pieniędzy (ponoć lwia część tej kwoty poszła na komputerowe odmłodzenie Roberta De Niro), ten film w chwili obecnej mógł się pojawić tylko na Netfliksie. I tylko przez Netfliksa mógł zostać sfinansowany ze względu na to, że tam nikt nie oczekuje od danego filmu, że ten przyniesie wymierny zysk z dystrybucji przez pierwsze 2-3 tygodnie od premiery i docelowo sam na siebie zarobi. Czyli Scorsese jest trochę w rozkroku – niby chce tworzyć filmy do kin, ale poniekąd musi (przynajmniej raz na jakiś czas) korzystać z dobrodziejstw kina domowego XXI wieku, czyli VOD.

4,2 mln dol. w dystrybucji w USA (w reszcie świata „Irlandczyk” zarobił na razie niecałe 200 tys. dol.) na pewno pokazuje, że jest potencjał i grupa odbiorców dla filmów, które – pomimo swej zapowiadanej rychłej obecności w streamingu – są w stanie przyciągnąć widzów i zarobić względnie niemałe kwoty.

Gdyby „Irlandczyk” był sporo krótszy i wyświetlany w większej liczbie kin spokojnie miałby szansę zarobić nawet ponad 30 mln dol. To nie tak mało jak na film, który lada moment będzie można obejrzeć także na Netfliksie. To też dowód na to, że dystrybucja kinowa i streaming wcale się nie wykluczają, a Netflix wcale nie zabije doświadczenia kinowego. Wszystko tak naprawdę zależy od ciekawego pomysłu i przede wszystkim dobrej jakości danego filmu. No i oczywiście od dobrej reklamy. Ale to już temat na zupełnie inny tekst.

W polskich kinach “Irlandczyka” można oglądać od piątku, 22 listopada 2019. W Netfliksie pojawi się w najbliższą środę, 27 listopada.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (7)

9 odpowiedzi na “Netflix czy kino? Sprawdzamy, jak radzi sobie „Irlandczyk” na dużym ekranie przed premierą w serwisie VOD”

  1. …konsumpcja kina? Serio? Czy zamiast tak paskudnej nowomowy, nie można by po prostu napisać ,,chodzenie do kina”, albo ,,oglądanie filmów w kinie”? Polski język jest piękny i warto z niego korzystać, a nie go na siłę udziwniać :)

    • Bo teraz nie ogląda się filmów, nie słucha muzyki, nie czyta książek, tylko KONSUMUJE MULTIMEDIA. A przynajmniej, w wolnym przekładzie tak mówią po angielsku, więc na pewno jest to bardziej nowoczesne, niż jakieś tam… polskie archaizmy. Szczególnie pięknie takie ,,konsumowanie” wygląda we wpisach poświęconych kulturze…

  2. Robert DeNiro, nigdyś mój ulubiony aktor… dziś nie mogę już na niego patrzeć. Stracił twarz i wszelki szacunek mieszając się w politykę w sposób, którego nie powstydziłaby się największa łajza :-(

  3. Byłam zobaczyłam i uwierzyłam!
    Film jest świetny, w świetnym kinie studyjnym, bez chrumkania siorbania, poczułam się jak za dawnych lat w kinie jako miejscu kultury

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...