Fani popkultury kochają koncerty muzyki z filmów i gier. Ale Epic Game Music pokazał, że ich miłość to za mało

Artykuł/Muzyka 25.11.2019
Fani popkultury kochają koncerty muzyki z filmów i gier. Ale Epic Game Music pokazał, że ich miłość to za mało

Fani popkultury kochają koncerty muzyki z filmów i gier. Ale Epic Game Music pokazał, że ich miłość to za mało

Koncerty muzyki filmowej i związanej z grami wideo to jedno z najpopularniejszych popkulturowych zjawisk ostatnich lat. Historia takich wydarzeń liczy sobie ponad 30 lat i obfituje w ciekawe wątki. Odbywający się niedawno w Warszawie Epic Game Music pokazał przy tym, czego nie może zabraknąć, żeby taki koncert się udał.

Muzyka towarzyszyła wizualnej rozrywce od wieków. Rozmowę o połączeniu tych dwóch rodzajów sztuki można by zacząć zapewne od czasów rodzenia się cywilizacji lub przynajmniej od rozmowy na temat znaczenia chóru w greckim dramacie. Cofnięcie się do tak odległej przeszłości zajęłoby jednak zbyt wiele miejsca, dlatego rozmowę o popularności muzyki filmowej warto zacząć od przełomu XIX i XX wieku, gdy narodziło się nieme kino.

Technologia nie była jeszcze wtedy w stanie pokazać na ekranie pełni ludzkiego doświadczenia, co paradoksalnie zwiększyło wartość muzyki jako elementu towarzyszącego. W wielu kinach niemym produkcjom akompaniował muzyk grający na pianinie a czasem nawet liczący sobie kilka osób zespół. Zjawisko grania na żywo podczas seansu skończyło się wraz z nadejściem ery dźwięku w kinie i powróciło do łask dopiero na przełomie wieków. Muzyka nigdy nie opuściła jednak kin. Oryginalne utwory komponowane na użytek danego filmu w kolejnych dekadach stały się coraz bardziej modne, a wkrótce w Hollywood zaczęto też wykorzystywać utwory na licencji. Początkowo głównie śpiewane przez aktorów, ale z czasem również wchodzące w skład ścieżki dźwiękowej.

Muzyka filmowa przez wiele była traktowana przez ekspertów jako masowy produkt drugiej kategorii.

Nawet tacy twórcy jak Ennio Morricone i John Williams (jego najlepsze dzieła znajdziecie TUTAJ) musi czekać latami na odrobinę uznania ze strony środowiska muzyki klasycznej i symfonicznej. Do dzisiaj część ekspertów nie uznaje zresztą ich przynależności do kanonu poprzedniego wieku. I to mimo oczywistego faktu, że ich muzyka przyciągnęła do tego gatunku więcej osób niż utwory najbardziej nawet popularnych kompozytorów.

Pierwsze koncerty z orkiestrą na żywo muzyki filmowej na większą skalę zaczęto grać w latach 80., ale jej komercyjny potencjał dostrzeżono nieco później. Szybko przekonano się też, że interesującym pomysłem może byś symultaniczne granie i wyświetlanie filmu, z którego pochodziły dane utwory. W 1987 roku odbyło się jedno z głośniejszych wydarzeń tego typu, gdy w Los Angeles miał miejsce pokaz fragmentów „Aleksandra Newskiego”, któremu towarzyszył koncert ikonicznej ścieżki dźwiękowej autorstwa Siergieja Prokofiewa. Obecnie zdarzają seanse całych filmów wraz z występami najsłynniejszych orkiestr świata.

Mniej więcej w podobnym czasie zaczęto również organizować koncerty muzyki z gier wideo, choć wówczas jeszcze tylko w Japonii. Za ojca tego ruchu uważa się Koichiego Sugiyamę, autora muzyki do gier z serii „Dragon Quest”, z którego inicjatywy w 1987 roku odbyło się w Tokio pierwsze tego typu wydarzenie. Kilka lat później miała miejsce pierwsza edycja Orchestral Game Music Concerts, czyli corocznego koncertu, którego zapis był później wydawany na płycie. Na Zachodzie boom na koncerty muzyki z gier zaczął się w 2003 roku wraz z premierowym występem czeskiej orkiestry podczas Symphonic Game Music Concerts w Lipsku.

Koncerty utworów z filmów i gier przeważnie stanowią połączenie wydarzenia muzycznego, pokazu filmowego i show z aktorami na żywo.

Być może jednym z powodów niechęci części środowiska koncertowego do takich imprez jest właśnie fakt, że muzyka nie broni się tam sama. Przeważnie stoi na pierwszym miejscu, ale zawsze jest częścią jakiegoś większego spektaklu. Można czasem odnieść wrażenie jakby organizatorzy takich koncertów przedkładali tanie wizualne sztuczki nad grę prawdziwych wykonawców, czym tylko rozpraszają widownię.

Czym innym jest bowiem muzyczna antologia wspomnianych Morricone, Williamsa czy Hansa Zimmera, którą łatwo ułożyć według tematyki  (np. utwory tylko ze „Star Wars”) lub chronologii, a czym innym próba wybrania odpowiednich utworów z gier na chybił trafił. Pod tym względem pierwsze koncerty odbywające się w Japonii przewyższały obecny obraz rynku. Dobrze pokazał to odbywające się w miniony weekend w Warszawie wydarzenie organizowane przez Visual Production.

Epic Game Music miało duże ambicje, ale w cały pomysł wkradł się jeszcze większy chaos.

Wystarczy spojrzeć na setlistę warszawskiego koncertu, żeby zobaczyć pewną niepokojącą prawidłowość. Epic Game Music chciało być jednocześnie chronologiczną podróżą przez muzykę w grach, zbiorem utworów ze znanych gier fantasy, opowieścią o muzyce w produkcjach polskich twórców interaktywnej rozrywki i wydarzeniem promującym różnorodne ich projekty. Z tej mieszanki nie mógł wyjść idealny produkt końcowy, bo oddając pole tak wielu sprzecznym ideom całkowicie pogubił się charakter wydarzenia.

Zdecydowanie zabrakło tu kilku (jeśli nie kilkunastu) powszechnie kojarzonych utworów, by mówić o faktycznie epickim koncercie będącym w stanie trafić zarówno do hardcore’owych gamerów, jak i zwykłych osób, których wiedza na temat gier wideo zamknęła się na „Super Mario Brothers” i „Mortal Kombat”. Z kolei pomysł na oddanie większego pola rodzimym twórcom i producentom wydaje mi się bardzo ciekawą inicjatywą, ale wymagającą dopracowania. Dobrze byłoby też, gdyby właśnie w tak ją reklamowano (wtedy obecność muzyki z „Shadow Warrior 2” czy „Bulletstorm” nikogo by nie zdziwiła).

Epic Game Show pokazał też, że nawet w koncercie opartym na grach najważniejsza jest muzyka.

Tymczasem nie zabrakło narzekań widzów na problemy z akustyką w Torwarze oraz brak dopasowania części prezentowanych grafik do wybranych utworów. Za wizualną oprawę koncertu odpowiadało studio Platige Image, więc od takich ekspertów można i trzeba wymagać więcej. Inna sprawa, że choćby pokaz LARPa autorstwa The Witcher School wyglądał na zupełnie niedopasowany do reszty efektów i utworu wybranego z „Wiedźmin 3: Dziki Gon”. Trudno za to winić studio, które na występy Epic Game Music poza Warszawą przygotowało inną oprawę graficzną do tego fragmentu, ale przecież zintegrowanie dźwięków z obrazem to podstawowy cel muzyki filmowej. Bez tego nie sposób mówić o sukcesie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Polska Ambasada w USA stwierdziła, że serial „Wiedźmin” powstał na bazie gier. Te bzdury pokazują, na jakim poziomie jest promocja naszej kultury

„Wiedźmin” zapowiada się na jeden z najczęściej komentowanych seriali 2019 roku. Produkcja budziła kontrowersje na długo przed premierą, a pod jej powstanie starają się podpiąć wszelkie możliwe środowiska. Radość ze zbliżającej się premiery wyraziła nawet polska ambasada w USA, ale zaliczyła po drodze olbrzymią wpadkę.

Felieton/Seriale 04.12.2019

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...