„Syn Ameryki” platformy Netflix to najbardziej irytujący film roku

Recenzja/Film 04.11.2019
Nasza ocena:
„Syn Ameryki” platformy Netflix to najbardziej irytujący film roku

„Syn Ameryki” platformy Netflix to najbardziej irytujący film roku

Jak to mówią, dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane. I trochę jest to przypadek opisujący film „Syn Ameryki”, który można już oglądać w Netfliksie. Reklamowany jako „telewizyjne wydarzenie”, tymczasem bardziej pasuje do niego „artystyczne rozczarowanie”. Film podejmuje ważną tematykę, ale robi to niestety w kiepskim stylu.

„Syn Ameryki” jest adaptacją sztuki wystawianej na Broadwayu. Filmy z teatralnym rodowodem rzadko kiedy idealnie wpasowują się w ramy szeroko rozumianego kina i poetyki opowieści wizualnej. W sztuce teatralnej nośnikiem akcji i dramaturgii jest słowo mówione. W filmie trzeba to jeszcze połączyć z obrazami – rozpisać fabułę tak, by widz nie oglądał tylko i wyłącznie „gadających głów”. No chyba, że dialogi są na miarę Pulitzera.

W dodatku sztuki teatralne, właśnie przez to, że skupiają się tylko i wyłącznie na słowach wypowiadanych przez bohaterów, bardzo często posiadają dialogi, które są nadmiernie dramatyczne, rozbudowane, to w nich skrywają się zwroty akcji, emocje. I gdy oglądamy taką sztukę będąc w teatrze, przyjmujemy tę poetykę z dobrodziejstwem inwentarza. Tym bardziej, jeśli scenariusz oraz dialogi są wirtuozersko napisane.

Nie wiem jak to było w przypadku sztuki „Syn Ameryki”, ale jej wersja filmowa jest po prostu okropna.

Akcja rozgrywa się w czasie rzeczywistym na posterunku policji, gdzie zdenerwowana matka (Kerry Washington) oczekuje na wieści o tym, gdzie znajduje się jej syn, Jamal, który nie wrócił na noc do domu.

Przez cały film obserwujemy, jak kobieta próbuje dowiedzieć się co się stało z Jamalem, prowadząc zażarte dyskusje z początkującym policjantem. Później na miejscu pojawia się także jej mąż.

Twórcy filmu „Syn Ameryki” ewidentnie panicznie bali się jakichkolwiek momentów ciszy, gdyż właściwie przez bite 90 minut bohaterowie dramatu ciągle rozmawiają. Jak nie przez telefon, to między sobą. Nikt nie siedzi tu nawet przez parę chwil w milczeniu. Rozmowy dotyczą zaginięcia Jamala, ale chwilami zbaczają na tak kuriozalne tematy, jak prawidłowe wymawianie zaimków (!) czy roztrząsanie znaczenia imienia Jamal między jego rodzicami, które to jest niezbędne akurat w tym miejscu i w tym momencie. Zabrakło mi w tym wszystkim jeszcze recenzji biografii Michelle Obamy, analizy wpływu Rosjan na wybory w USA i dysputy na temat bieżącego stanu wojen serwisów streamingowych.

Scenarzyści upchnęli w dialogi na policyjnym komisariacie tak wiele niepotrzebnych słów i wątków, że zbliżyli się do autoparodii, a ja sam zastanawiam się, czy nie byli rozliczani w swej pracy z ilości napisanych wyrazów.

Te ich karkołomne konstrukcje próbują zbudować momentum na poruszenie głównego tematu filmu, czyli rasizmu w Stanach Zjednoczonych, ale, choć doceniam ich starania i intencje, wyszło im to naprawdę kiepsko.

Podobnie jak modelowanie bohaterów filmu. Grana przez Kerry Washington kobieta  jest zwyczajnie w świecie irytująca, nawet biorąc pod uwagę jej zdenerwowanie i fakt, że w niektórych kwestiach ma rację i powinniśmy z nią sympatyzować. Washington robi co może, bo to na jej barkach skupia się cała produkcja, ale jednak nie potrafi się do końca odnaleźć w tym wszystkim. Jej wyczucie dramaturgii jest bliższe temu z oper mydlanych niż poważnej sztuki – aktorka nie potrafi nawet do końca zapanować nad swoją mimiką i co jakiś czas robi dziwne grymasy.

Towarzyszący jej na ekranie młody policjant to poczciwy półgłówek, a mąż jest stereotypowym białym gogusiem, który co drugie zdanie wypowiada jakąś żenującą i idiotyczną kwestię – a miejmy na uwadze fakt, że jest dobrze wykształconym agentem FBI.

Oglądając „Syna Ameryki” zacząłem szczerze tęsknić za złożonością bohaterów w filmach Marvela, bo to, co przyjdzie wam oglądać w filmie Netfliksa woła o pomstę do nieba.

Postaci są tu jednowymiarowe, płytkie, a rozmowy między nimi ocierają się o banał i są po prostu ciężkostrawne. Jeśli chcecie zobaczyć, jak można w naprawdę fenomenalny sposób zrobić film, w którym akcja również rozgrywa się w jednym miejscu i oparta jest na dialogach, obejrzyjcie sobie „Dwunastu gniewnych ludzi” bądź „Glengarry Glen Ross” – to jak dotąd niedoścignione wzory dla adaptacji sztuk teatralnych na ekran kinowy. „Syn Ameryki” próbuje uderzać w te same nuty, ale z łatwością można wyłapać, że twórcy trochę fałszują.

Film obejrzycie na Netfliksie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...