Eddie Murphy wraca do gry. „Nazywam się Dolemite” bawi i inspiruje

Recenzja/Film 25.10.2019
Nasza ocena:
Eddie Murphy wraca do gry. „Nazywam się Dolemite” bawi i inspiruje

Eddie Murphy wraca do gry. „Nazywam się Dolemite” bawi i inspiruje

Po latach z cienia wychodzi Eddie Murphy, który przypomina o sobie wspaniałą rolą w „Nazywam się Dolemite”. To film o legendzie afroamerykańskiej komedii i kina blaxploitation, która zainspirowała liczne pokolenia komików oraz raperów.

Naprawdę nazywał się Rudy Ray Moore. Na przełomie lat 60. i 70. stworzył swoje sceniczne alter ego, Dolemite, które stało się fenomenem komediowej sceny pośród czarnoskórej publiczności w Los Angeles. Jego występy oraz humor były mocno zakorzenione w afroamerykańskim folklorze. Okazało się, że Dolemite idealnie trafiał w gusta swojej publiczności. Jego dowcipy, jak na tamte czasy mocno obsceniczne oraz bardzo wyraźnie seksualne, bawiły do łez każdego obecnego na widowni.

Film „Nazywam się Dolemite” śledzi karierę Moore’a od samych jej skromnych początków, aż po pierwsze sukcesy oraz kręcenie jego pierwszego filmu blaxploitation pt. „Dolemite”, który w latach 70. obrósł kultem.

„Nazywam się Dolemite” to w gruncie rzeczy podnosząca na duchu i niezwykle pozytywna opowieść o tym, że każdy jest w stanie osiągnąć sukces. O ile tylko wykona odpowiednią pracę w tym kierunku.

Rudy Ray Moore przede wszystkim wierzył w to, że jest w stanie dać światu coś wartościowego. W jego przypadku był to śmiech. Dolemite chciał bawić, występować na scenie; chciał też wyrwać się ze swojego wąskiego świata, w którym dusił się on i jego kreatywność.

Oczywiście Moore był kreatywny na swój specyficzny sposób. Był on artystą, którego przyrównać można, z całą sympatią, do takich postaci jak Ed Wood czy Tommy Wiseau. Nie miał on wyczucia tego, czym jest pojęcie „dobre” w odniesieniu do sztuki czy nawet rozrywki. Hołdował raczej tym najprostszym instynktom, aczkolwiek w jego przypadku miało to swój urok. Być może dlatego, że było szczere.

Moore uważał się za posłańca publiczności – dawał im to, czego chcieli słuchać. W swoich występach nie przebierał więc w słowach i wymyślał najbardziej świńskie historyjki.

W filmach pomiędzy wątki dramaturgiczne wciskał sceny akcji, szaleńcze strzelaniny oraz… elementy kung-fu, tworząc z tego zwariowane mikstury gatunkowe kina klasy C.

Z jego historii bije jednak przede wszystkim postawa – jeśli będziesz odpowiednio ciężko pracował, to wszystko jest możliwe. Pozytywne nastawienie, pasja do działania, wiara w siebie i nie skupianie się na negatywnych aspektach życia sprawiły, że Dolemite przeszedł do historii – jego stand-upy stały się legendarne, udało mu się też zwrócić na siebie uwagę filmowych studiów. I mówimy tu o latach 70., kiedy przebicie się z ulicy do branży filmowej graniczyło z cudem.

Moore tymczasem odniósł sukces, stając się niejako prekursorem nie tylko współczesnego stand-upu, ale też dzisiejszego podejścia do budowania swojej kariery własnymi siłami.

Moore usilnie walczył o uwagę, sam nagrywał i wydawał swoje płyty z występami, wymyślał jak je sprzedać, jeździł z występami po licznych miastach i Stanach. I nie wylądował w próżni – po czasie to Hollywood zaczynało się upominać o niego.

Duszą i sercem tego filmu jest bezapelacyjnie Eddie Murphy. Jako Dolemite jest po prostu fantastyczny. Pełen wigoru, charyzmy, drzemiące w nim sceniczne zwierzę jest nie do zatrzymania. Jest też przekonujący w bardziej lirycznych, spokojniejszych momentach. Nie stracił nic ze swojej świeżości sprzed lat. Chwilami wręcz miałem wrażenie, że czas się zatrzymał albo że oglądam teraz jakiś film z nim z lat 90.

To bez wątpienia nie tylko najlepsza rola Murphy’ego od lat (konkretniej od filmu „Dreamgirls”), ale też w ogóle jedna z najlepszych w jego karierze.

Tym bardziej, że grając Dolemite’a mógł on z jednej strony oddać hołd postaci, która zainspirowała jego własną karierę, jak i odbić w tej roli trochę swoich własnych doświadczeń. Historia Dolemite’a to też w końcu trochę historia Eddie’ego Murphy’ego. Korzystając m.in. z dziedzictwa Moore’a Murphy osiągnął jeszcze więcej – stał się hollywoodzką megagwiazdą i jednocześnie symbolem kina lat 80. Tak jak Dolemite, gdy wchodzi na scenę, staje się kimś innym. Prywatnie Murphy jest bowiem o wiele bardziej wyciszony i wycofany niż postać, którą znamy z ekranów kin i telewizorów.

Jeśli więc szukacie inspiracji, dobrej zabawy, sposobu na podniesienie na duchu, „Nazywam się Dolemite” dostarczy wam wszystkich niezbędnych składników, by osiągnąć ten stan. Nie znajdziemy w nim formalnych fajerwerków, od strony fabularnej jest to klasyczne kino biograficzne odsłaniające kulisy show biznesu i małych klubów, ale dzięki świetnie napisanemu scenariuszowi i fenomenalnej grze aktorów (także na drugim planie – tutaj błyszczy m.in. Wesley Snipes jako reżyser D’Urville Martin) nie powinniście mieć poczucia straconego czasu.

Jeśli dobrze bawiliście się na takich filmach na „Ed Wood” czy ostatnio „The Disaster Artist”, kochacie kino oraz lata 70. (film odznacza się też kapitalnym soundtrackiem i strojami z epoki), „Nazywam się Dolemite” podobnie was zachwyci, bo to nie tylko podobna tematyka, ale też i ta sama filmowa półka.

Film znajdziecie na Netfliksie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (2)

8 odpowiedzi na “Eddie Murphy wraca do gry. „Nazywam się Dolemite” bawi i inspiruje”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...