„Mandy” to najbardziej heavy-metalowy horror, jaki w życiu widziałem

Recenzja/Film 18.10.2019
Nasza ocena:
„Mandy” to najbardziej heavy-metalowy horror, jaki w życiu widziałem

„Mandy” to najbardziej heavy-metalowy horror, jaki w życiu widziałem

Po latach zastanawiania się, jakim cudem Nicolas Cage otrzymał ponad 20 lat temu Oscara dla najlepszego aktora, w końcu pojawia się obraz, który przypomina o jego wielkości. Szkoda tylko, że nie trafił na lepszy materiał filmowy. „Mandy” to produkcja tyleż samo piękna wizualnie, co zwyczajnie pusta.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

„Mandy” rozgrywa się w 1983 roku. Główny bohater filmu, Red Miller (Nicolas Cage), mieszka razem ze swoją dziewczyną Mandy (Andrea Risenborough) w domku nad jeziorem, w rejonie Shadow Mountains w Kalifornii. Pewnego razu Mandy podczas podróży do pracy natyka się na przedziwny hippisowski kult „Dzieci Nowego Świtu”. Ich lider pod wpływem zachwytu nad urodą kobiety postanawia ją porwać i wraz z pomocą gangu demonów na motocyklach złożyć w ofierze. Gdy tylko Red widzi na własne oczy, jak jego dziewczyna zostaje brutalnie zamordowana, poprzysięga zemstę oprawcom.

 „Mandy” przynależy gatunkowo do filmowej półki z napisem revenge horror. Jego konstrukcja fabularna, niezbyt złożona ani oryginalna, to swoisty hołd dla horrorów i thrillerów z lat 70. i 80.

Także od strony formalnej. Ta z kolei może się okazać trochę problematyczna dla fanów klasycznych horrorów. Film w reżyserii Panosa Cosmatosa odznacza się bowiem niezwykle wolnym, kontemplacyjnym tempem. To dzieło stawiające wszystkie karty na budowanie atmosfery i onirycznego nastroju rodem z sennego koszmaru.

Twórcy mieszają to wszystko z neonową i pastelową paletą barw – mamy tu masę fioletów, czerwieni, różu. Co druga scena wygląda jak psychodeliczna grafika z komiksów bądź okładek książek fantasy i płyt zespołów death-metalowych wykonanych pod wpływem LSD. Sądzę, że nie byłoby wielkim nadużyciem, gdybym stwierdził, że „Mandy” to nieformalna adaptacja serii albumów heavy-metalowych.

Także muzyka Johanna Johannsona, tyleż samo niepokojąca co nastrojowa, oparta na syntezatorowych brzmieniach, wydaje się wywodzić prosto z samego serca lat 80. Jakby powstała mniej więcej w tym samym momencie co ścieżka dźwiękowa do pierwszego „Blade Runnera”. „Mandy” to bez wątpienia jeden z najlepiej wyglądających filmów ostatnich lat. Poszczególne kadry mogłyby spokojnie zostać oprawione w ramkę i zawisnąć na niejednej ścianie czy w galerii sztuki. To horror, na który chce się patrzeć, nawet pomimo tego, że jest w nim masa brutalnych i okrutnych scen.

No, ale nie jest to film dla każdego.

Cosmatos zdecydowanie za bardzo delektuje się tymi wszystkimi wysmakowanymi ujęciami. Są tu sceny, które mogłyby trwać zdecydowanie krócej, tymczasem zdają się niepotrzebnie, wręcz kuriozalnie, rozciągnięte w czasie. Trochę tak, jakby twórcy chcieli na siłę podciągnąć wątły pomysł fabularny, nadający się na film krótkometrażowy do (aż) 120 minut. Doceniam umiejętność budowania napięcia, tworzenia atmosfery, kompozycji pięknych ujęć, ale ma to swoje granice, a Cosmatos w „Mandy” je absolutnie przekracza.

Podczas seansu miałem też problemy z wyczuciem jednego konkretnego nastroju filmu Cosmatosa. Z początku myślałem, że jest to sentymentalna pocztówka dla slasherów z lat 80. Potem, że jest to dzieło absolutnie na poważnie, i ta powaga jest tak ciężka, że aż trudna do zniesienia. Po czym nagle miałem wrażenie, że oglądam przesiąknięte kampem i co chwila puszczające oko do widza szalone kino zemsty. Nawet jeśli tak miało być, przeszkodziło mi to w pełnym zatopieniu się w tej produkcji.

Sądzę więc, że „Mandy” jest w stanie mocno podzielić widownię.

Jedni uznają go za piękną i zarazem mroczną medytację i z zachwytem zanurzą się w nastrojowym świecie przedstawionym. Inni będą skłonni stwierdzić, że jest to pusta, nudna, wtórna i przestylizowana wydmuszka. Prawda jest zapewne po środku.

Sam nie mam jednoznacznej opinii na temat „Mandy”. Z jednej strony uważam, że jest to film wspaniały od strony wizualnej i pozwalający widzom na odbycie unikalnej podróży do świata rodem z czasów kaset wideo. Oglądałem go z pełną uwagą i nawet chwilowym zachwytem. Po seansie jednak uznałem, że może jako chwilowe doświadczenie jest to propozycja, która wyróżnia się na tle reszty horrorów, ale mimo wszystko jako film i dzieło artystyczne jest zdecydowanie zbyt pusta.

Najjaśniejszym jednak punktem „Mandy” jest niesamowita rola Nicolasa Cage’a. To absolutnie jedna z jego najlepszych kreacji w całej karierze.

Jest w tym filmie scena, w której po śmierci swojej dziewczyny bohater Cage’a leży w łazience, cały we krwi i zaczyna krzyczeć, „dezynfekując” się przy okazji alkoholem. Ale nie jest to zwykły krzyk. To ryk płaczącej duszy, rozdzierający od wewnątrz lament, pełen złości, bólu, rozpaczy. Krzyk, w którym rodzi się demon, gotów siać zniszczenie i odpłacić złu za krzywdy. W samym tylko tym munchowskim krzyku Cage’a jest tyle emocji, niuansów, poziomów, że momentalnie udaje mu się odpokutować za wszystkie swoje słabe role przez ostatnie 20 lat.

Jeśli więc macie ochotę na zapewnienie sobie unikalnych wrażeń wizualnych, chcecie odbyć podróż do mrocznego koszmaru, a widok krwi, pojedynku na piły łańcuchowe, ogromnych mieczy czy zajebistego (przepraszam, ale żadne inne określenie nie pasuje mi tu lepiej) topora, którego przeznaczeniem jest zabijanie demonów zła, jest tym czego oczekujecie w jesienny wieczór, to zapraszam. Tym razem warto dać szansę filmowi z Nicolasem Cage’em. Choć nie jest to kino dla każdego.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (1)

6 odpowiedzi na “„Mandy” to najbardziej heavy-metalowy horror, jaki w życiu widziałem”

  1. Dla mnie ten film to majstersztyk. Nie pamiętam, kiedy jakiś film zrobił na mnie tak mocne wrażenie, jak Mandy.
    Później, po obejrzeniu Midsommar doszedłem do wniosku, że to jeśli Mandy jest nocą, Midsommar jest dniem.
    Oba filmy traktują o sektach freaków, oba są niedorzeczne (ale nie w złym słowa znaczeniu), w obu filmach widać dużo artyzmu.
    I ta koszulka z 44…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...