Gdybym nie poszedł na „Jokera” od razu po premierze, wiele bym stracił. Czy warto odwlekać wyjście do kina?

Felieton/Film 17.10.2019
Gdybym nie poszedł na „Jokera” od razu po premierze, wiele bym stracił. Czy warto odwlekać wyjście do kina?

Gdybym nie poszedł na „Jokera” od razu po premierze, wiele bym stracił. Czy warto odwlekać wyjście do kina?

W gruncie rzeczy udało się utrzymać niepisaną tradycję wszelkiego filmowego fenomenu. Najpierw pojawiły się pierwsze doniesienia, szał, ekscytacja i nieodzowne głosy, że to już było i było lepsze oraz oczywiście nieśmiałe westchnienia pełnego nadziei zadowolenia.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Potem puchnący balon marketingowy: nagrody w konkursach, ochy i achy krytyków. Wszystko to podgrzewane przez media, te sugestie, że nadchodzą incele, że FBI szykuje się na najgorsze działały na wyobraźnię. Potem premiera i zrobiło się jakby spokojniej. Przez chwilę. Bo potem recenzje i silne kontry w komentarzach.

To tak jak z „Klerem”. Gdy pojawiły się na Rozrywka.blog recenzje filmu, pod pozytywną krytykowano nas, bo wiadomo – atak na kościół, a pod tą umiarkowanie entuzjastyczną za to, że mamy oczy zamknięte i nie widzimy niegodziwości.

I bez tego napięcia w dyskusjach, krytyki w komentarzach pod tekstami i filmami w serwisie YouTube, premiery nie można uznać za udaną. „Joker” zaliczył wszystkie te etapy.

I nawet seans o 22:00 w niedzielę (chociaż film ruszył ponad kwadrans później), w sali pełnej ludzi – a więc statystycznie nie powinno mnie dziwić, że znalazł się ktoś śmiejący się w nieprzyzwoicie niewłaściwych momentach – nie popsuł mi przyjemności z filmu. A raczej przyjemności z uczestniczenia, bo chociaż nowego „Jokera” szanuję, to znacznie ciekawsze jest to, co się po nim dzieje.

Nie ma przecież większego znaczenia, co film chce powiedzieć. Ważne jest to, jak go odbierzemy.

A odbiór zwykle kształtowany jest, zanim obraz trafi do kin – gdy recenzenci są już po seansie i mogą kłaść pierwsze argumenty pod dyskusję – i chwilę po premierze, chociaż to już zależy od zasięgu filmu. Ale aby uczestniczyć w tej dyskusji, móc ją przynajmniej częściowo kształtować, do kina trzeba iść jak najwcześniej. Idealny jest pierwszy weekend, co jasne. Im później, tym większa szansa, że szał minie.

Oscar Green Book

Doskonale pamiętam swoje oburzenie, gdy poszedłem na nagrodzony Oscarem „Green book”. Było dużo po premierze, a film dogorywał już w kinach. Ostatnie seanse o dziwnych godzinach, kasjer, który patrzy z zaniepokojeniem i lekką pogardą. Ale przynajmniej sala pusta. A to miła odmiana w kinie masowego rażenia, do którego, żeby się dostać, trzeba przebić się przez głośną o każdej porze galerię handlową. A na sali miła cisza, brak popcornu. Spokój. Tyle tylko, że seans odbył się tak długo po premierze. Nie byłem w stanie przekonywać, że to w gruncie rzeczy film nudny, powtarzalny, melodramatyczny do tego stopnia, że wyciskał łzy rozczarowania – a nie byłem, bo wtedy nikogo już to nie obchodziło.

Potrzeba pustej sali wbrew pozorom nie jest jednak objawem tendencji aspołecznych.

Bo chociaż na „Smoleńsku” podniecone szepty chłopaka na jednej z pierwszych randek, mówiącego: patrz, zaraz zobaczysz, co się stanie i jej zamyślone spojrzenie były przynajmniej słodko-gorzkie. Tak kolejny obleśny i śliski żart Silvio Berlusconiego w filmie „Oni” kwitowany wybuchem równie jednoznacznego śmiechu nie tyle przeszkadzał w seansie, co rozbudzał autorytarne fantazje o ograniczeniu dostępu do filmów dla osób mniej dojrzałych emocjonalnie.

Arthur fleck kim jest joker

Przy tak dużej liczbie kinowych premier, zwłaszcza w gorących okresach, jak ten oscarowy czy wakacje wypakowane po brzegi filmami akcji, nie sposób włączać się we wszystko, co oferuje nam Hollywood i przyległości. Nie potrafię sobie jednak odmówić przyjemności w dyskusji, jeśli widzę, że film grzeje widzów, irytuje krytyków, a do tego jeszcze unosi się nad nim zapach skandalu. Można pewnie przewrotnie powiedzieć, że to owczy pęd i koniunkturalizm, że lepszy komfort niż ślepe podążanie za popularnymi trendami.

Gdy jednak mam wybierać między komfortem, nieprzyzwoitym poczuciem, że salę kinową mam tylko dla siebie, że nikt nie zapali e-papierosa (tak było na „Ostatnim Jedi”, na „Przebudzeniu Mocy” ktoś próbował na siedzeniu obok mnie pykać fajkę – świat idzie do przodu), to chyba jednak wolę oglądanie stadne. Nie z miłości do ludzi, ich obecności, ale sympatii do dyskusji i wymiany poglądów. Bo ostatecznie to po filmie zostaje we mnie najdłużej.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (12)

16 odpowiedzi na “Gdybym nie poszedł na „Jokera” od razu po premierze, wiele bym stracił. Czy warto odwlekać wyjście do kina?”

  1. Teraz to nie film. To mem. Na obiektywną ocenę być może trzeba będzie poczekać kilka lat, aż atmosfera przycichnie. No bo, jasne, film warto oceniać w kontekście czasów, w których powstał albo o których opowiada, ale wielkie kino (a tak niektórzy piszą o tym filmie) zawsze broni się nawet bez otaczających go emocji.

    • A, to są święte słowa — każdy film musi się uleżeć, ucukrować, trzeba go porównać na spokojnie z innymi.

      10/10 można dać po 10 latach — “Czas apokalipsy” może mieć taką notę, ale żadne dzieło sprzed 2010 roku.

          • Źle napisałes. Chodziło Ci o dzieła po 2010 roku, a kolega wyżej po prostu, ironicznie odniósł się do twojego błędu.

          • Bzdura. No ale ok – każdy ma swój punkt widzenia, więc szanuję. Czas Apokalipsy oceniłem na 10 w dzień po jego obejrzeniu i bynajmniej nie zwlekałem z tym, żeby film się uleżał. Jaka to różnica, czy oceniam tak film stary, czy nowy? Bo stary to lepszy? Czy może „tamto to KLASYKA” i boimy się jej urazić zbyt niską notą, natomiast film subiektywnie według nas wybitny, ale nowy, oceniamy niżej, żeby ludzie nie myśleli, że traktujemy go na równi z klasykami i żeby nie prowokować niepotrzebnych dyskusji? Wg mnie to po prostu wyraz zacietrzewienia i głupich przekonań, niż faktycznego sensu. Wiek filmu nie ma znaczenia – oglądasz go po raz pierwszy i wystawiasz ocenę, a jeśli uważasz, że trzeba odczekać 10 lat, to odczekuj z oceną w każdym przypadku – wspomnianego Czasu Apokalipsy również nie ocenianiaj w godzinę po seansie. Poza tym dochodzi właśnie wcześniej wspomniana kwestia sentymentu (irracjonalne „kiedyś było lepiej”) i wrytego w umysł przeświadczenia, że film jest arcydziełem jeszcze ZANIM zaczniemy go oglądać – tak więc nie powiedziałbym, że w przypadku starych klasyków „emocje opadły” wręcz przeciwnie. No ale to dobrze – to znaczy, że dobry film te emocje potrafi wywoływać i podtrzymywać przez lata ;) tak czy inaczej – nie zgadzam się z absurdalnym stwierdzeniem, jakoby żadnego filmu po 2010 nie można było ocenić na 10/10 z samej tylko dziwaczej zasady, że jest młodszy niż 10 lat – to jest wyraz ignorancji wg mnie.

          • Jeśli oglądałeś “Czas apokalipsy” w 1979-80 roku, to rozumiem i podziwiam (ja znacznie później). Ale biorąc się za oglądanie jego później człowiek zwykle ma kontekst (społeczny, kulturowy) — ma też porównanie.
            To tak jak z “Gwiezdnymi wojnami” — najpierw szalałem, później gardziłem, dziś bym znów chętnie zobaczył :)

          • W przeciwieństwie do nowszych, o których co najwyżej można powiedzieć “widziałem, podobał mi się bardzo” (mnie np. podobał się “Joker”, ale czy bardziej niż “Czas apokalipsy” albo “Żądło” albo “Thunderball”? — czas rozstrzygnie).

  2. Trochę się zgadzam, trochę nie :)

    A na marginesie jeśli piszesz „kościół” to masz na myśli jakiś budynek np. kościół w Ustrzykach. Jeśli natomiast masz na myśli Kościół katolicki powinieneś pisać „Kościół” :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...