„Wojna o prąd” marnuje potencjał fascynującej historii o pionierach elektryczności

Recenzja/Film 11.10.2019
Nasza ocena:
„Wojna o prąd” marnuje potencjał fascynującej historii o pionierach elektryczności

„Wojna o prąd” marnuje potencjał fascynującej historii o pionierach elektryczności

„Wojna o prąd” to ciekawy przykład na to, że suma bardzo dobrych części składowych, przy nieodpowiednim wymieszaniu proporcji, może dać coś niezbyt dobrego.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Film opowiada o słynnej rywalizacji dwóch pionierów elektryczności – Thomasa Edisona (Benedict Cumberbatch) i George’a Westinghouse’a (Michael Shannon). Edison obstaje przy tym, że prąd stały jest najlepszym, najbardziej wydajnym i najbezpieczniejszym rozwiązaniem. Westinghouse (wspierany wybitnym umysłem Nikoli Tesli, w którego wciela się Nicolas Hoult) z kolei uważa, że przyszłość to prąd zmienny.

Jak bardzo fascynująca była to rywalizacja i jak bardzo zmieniła świat możemy się jedynie domyślać, gdyż „Wojna o prąd” ledwie muska powierzchnię tego zagadnienia.

Zresztą – ciekawszą kwestią niż sam film były okoliczności jego powstania. A konkretniej ostatnie etapy postprodukcji. „Wojna o prąd” powstała bowiem w… 2017 roku. A przynajmniej bardzo tego chciał Harvey Weinstein, producent filmu. Ponoć naciskał na twórców, by skończyli pracę nad dziełem jeszcze przed końcem roku, by można go było pokazać na festiwalu w Toronto i, przede wszystkim, by mógł wziąć udział w wyścigu o Oscary 2018. Pośpiech nigdy nie jest dobrym doradcą, w skutek czego wersja filmu oddana w 2017 roku i pokazana w Toronto była ponoć tak fatalna, że nie tylko dziennikarze, ale i sam reżyser nie szczędzili „Wojnie o prąd” nieprzychylnych słów krytyki.

Niedługo później Harvey Weinstein został oskarżony o przestępstwa na tle seksualnym, a „Wojna o prąd” trafiła na półkę. Reżyser jednak się nie poddał i dwa lata po tamtych wydarzeniach wywalczył możliwość pokazania światu wersji reżyserskiej, którą teraz mamy okazję obejrzeć w polskich kinach.

Nie chcę nawet myśleć o tym, jak zły musiał to być film w wersji pierwotnej, gdyż wersja reżyserska to nadal nie jest dobre kino.

I to takie, które potężnie marnuje potencjał, zarówno historii, bohaterów, jak i świetnej obsady.

„Wojna o prąd” popełnia karygodny błąd, który dotąd kojarzył mi się z ze zdolnymi filmowcami-amatorami, którzy dostali budżet i dobry sprzęt i nie potrafili się powstrzymać od nierozważnej eksploatacji swoich zabawek. Film Alfonso Gomez-Rejona to bardziej nakręcona w teledyskowym stylu kronika historyczna, niż opowieść o ludziach z krwi i kości.

Reżyser przelatuje przez kolejne wątki historii wojny o prąd pomiędzy Edisonem i Westinghouse’em szybciej niż impulsy elektryczne w kablu do ładowarki smartfona. Widzimy Edisona, który przez chwilę prawi swoje przemówienia we własnym warsztacie, potem przeskakujemy do Westinghouse’a, który przedstawia swoje racje, następnie efekciarski montaż frunie do kolejnych wątków, opowiedzianych bardziej z kronikarskiego obowiązku, niż potrzeby opowiedzenia zajmującej historii.

Postaci, zarówno te pierwszoplanowe, jak i te na dalszych planach, przewijają się beznamiętnie, mówią swoje kwestie i idą dalej.

Nie ma się poczucia obcowania z żywymi ludźmi, a bardziej z symbolami określonych filozofii. O żadnej głębi psychologicznej nie ma mowy. Bohaterów zostawiamy na koniec filmu właściwie w takim samym stanie, jak w momencie, gdy ich poznaliśmy. Wszystko to sprawia, że aktorzy nie mają tu zbyt wiele do grania. A obsada naprawdę robi wrażenie.

Aktorski pojedynek Benedict Cumberbatch-Michael Shannon rodził apetyt na coś naprawdę wyjątkowego. Tymczasem żaden z nich nie wyszedł poza swoją średnią. Na drugim planie przewija się też m.in. Tom Holland, który podczas kręcenia „Wojny o prąd” w 2016 roku był świeżo po debiucie jako Spider-Man w uniwersum Marvela. Wypada pozytywnie, ale jest to za mała rola (wciela się w asystenta Edisona Samuela Insulla), by w pełni rozwinąć skrzydła.

Najgorzej jednak „Wojna o prąd” prezentuje się od strony formalnej. Nowoczesna, teledyskowa forma mimo wszystko nie do końca pasuje do akcji rozgrywającej się u schyłku XIX wieku.

Reżyser Alfonso Gomez-Rejon próbuje zabłysnąć całą masą efektownych i efekciarskich ujęć. Dostajemy więc serwowane dosłownie co chwila wymyślne najazdy i odjazdy kamery. Zwykłe sceny dialogowe nie mogą być pokazane z zastosowaniem normalnych ujęć, bo autor usilnie próbuje je, nie wiem po co, pokazać pod jakimś nietypowym kątem, raz z perspektywy żabiej, raz z lotu ptaka, innym razem w przechyleniu.

Jeśli macie ochotę popatrzeć sobie na to, jakie ujęcia można stosować za pomocą kamery (panoramy, ujęcia z drona, także z pomocą CGI), to zapraszam na seans. „Wojna o prąd” ma w swojej bibliotece chyba wszystkie permutacje kadrowania występujące co 5 minut. Dało to efekt bardziej komiczny, tudzież kuriozalny, niż choćby stwarzający pozory profesjonalizmu. To „formalne ADHD” oczywiście wpłynęło negatywnie na samą fabułę, bo jak pisałem wyżej, poszczególne wątki filmu zostały potraktowane po macoszemu.

Film ratują niezłe dialogi i poprawne kreacje aktorskie, jednak fakt, że mamy do czynienia z produkcją, która mogła być zdecydowanie lepsza, a jej potencjał został kompletnie zmarnowany sprawia, że nie jestem w stanie z czystym sercem polecić tego seansu.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Advertisement

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...