„Breaking Bad” to najlepszy serial wszech czasów. Czy to w ogóle podlega dyskusji?

Felieton/Seriale 10.10.2019
„Breaking Bad” to najlepszy serial wszech czasów. Czy to w ogóle podlega dyskusji?

„Breaking Bad” to najlepszy serial wszech czasów. Czy to w ogóle podlega dyskusji?

Z okazji premiery filmu „El Camino. Film Breaking Bad” postanowiłem przypomnieć sobie serial, od którego wszystko się zaczęło. Pomimo kolejnych lat i nowych produkcji nadal uważam, że „Breaking Bad” to najlepszy serial w historii. Poniżej kilka faktów, które to potwierdzają.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nie znam innego serialu, który utrzymywałby tak długo tak wysoki poziom. „Wysoki poziom” to zresztą mało powiedziane. Niemal cały “Breaking Bad” to absolutne mistrzostwo świata i najwyższy z możliwych pułapów jeśli chodzi o aktorstwo, reżyserię, opowiadanie historii, zwroty akcji, rozwój bohaterów i utrzymywanie napięcia. Napisałem „niemal”, bo pierwszy sezon „Breaking Bad” uważam za w miarę niezły. Sam pamiętam, że po jego seansie zastanawiałem się, czy w ogóle powrócić do serii. I jakże cieszę się, że to zrobiłem.

Od drugiego do ostatniego sezonu „Breaking Bad” to już absolutna jazda bez trzymanki. Utrzymana w poetyce greckiej tragedii, szekspirowska w duchu opowieść o tym, że każdy z nas w „sprzyjających” warunkach może zejść na złą drogę. Nawet jeśli nasze motywy są szlachetne, a my sami przeżywamy wielki osobisty dramat. To też historia o tym, że zło może być niejednoznaczne, jednak twórcy w genialny sposób uniknęli jakiejkolwiek gloryfikacji swoich antybohaterów. Nawet jeśli im kibicujemy, zdajemy sobie sprawę z tego, że czeka ich smutny koniec i prędzej czy później przyjdzie im zapłacić za swoje uczynki.

„Breaking Bad” to jeden z nielicznych znanych mi seriali z od początku do końca przemyślaną i rozplanowaną konstrukcją.

To doprawdy niezwykłe, że Vince Gilligan był w stanie przedstawić światu swoją wizję od początku do końca tak, jak to sobie obmyślił. Niewielu showrunnerów ma to szczęście, a jeszcze mniejszej ilości udaje się to sukcesywnie wprowadzić w życie. Oglądając „Breaking Bad” od samego początku ma się wrażenie, że twórcy dobrze wiedzą dokąd zmierzają ze swoją opowieścią.

Z czasem pojawiają się rozgałęzienia i kolejne postaci dramatu, natomiast nie sprawiają one wrażenia dopisanych na siłę, przypadkiem, ze względu na popularność. Całość jest stale trzymana w ryzach ram fabularnych. Twórcy na szczęście pozwolili tej historii oddychać pełną piersią i mieszać ze sobą wątki zarówno rodem z tragedii, thrillera, dramatu psychologicznego, ale też chwilami i komedii. Często pokazanej w bardzo niestandardowy i nieoczekiwany sposób.

Jeśli pojawia się jakiś wątek bądź nowy bohater, to tylko dlatego, że ma do odegrania jakąś ważną dla rozwoju fabuły rolę, która ma doprowadzić nas do finału. Właściwie to jedyną dużą postacią, która została „dopisana” do większej historii jest Jesse Pinkman, który w oryginalnym założeniu miał stracić życie już w pierwszym sezonie. Tym niemniej twórcy tak fenomenalnie rozwinęli jego wątek, że nie tylko sam w sobie stanowi poruszającą opowieść, ale też wydaje się niemalże organicznie obecny w całości od samego początku.

Walter White to jedna z najbardziej fascynujących postaci, jakie pojawiły się na ekranie.

To, w jaki sposób Vince Gilligan rozpisał postać Waltera White’a zasługuje na Pulitzera, Emmy i Oscara za jednym zamachem. Tak niesamowitej, kompleksowej, przemyślanej i wiarygodnej transformacji głównego bohatera z niepozornego nauczyciela chemii, który potyka się o swoje własne życie, do narkotykowego bossa, magnata, który budzi strach i respekt w całej okolicy na sam dźwięk swojego pseudonimu, niełatwo znaleźć nawet w literaturze.

Tym samym widzowie „Breaking Bad” dostali prawdziwie wielką, epicką i wybitną historię genezy zła. I to głęboko zakorzenioną w psychologii, bo i na niej zbudowanej. White podejmuje decyzję o produkcji metaamfetaminy, gdy dowiaduje się, że cierpi na nowotwór i zostało mu niewiele czasu. Pierwszym impulsem jest chęć uzbierania pieniędzy, które mógłby zostawić swojej rodzinie. Impuls ten jest fundamentem i jego główną motywacją, jednak z czasem mężczyzna stopniowo zaczyna wsiąkać w podziemny światek coraz bardziej i odnajdywać się w tamtejszych zależnościach.

Kreacje aktorskie w „Breaking Bad” to jedne z najbardziej niesamowitych popisów XXI wieku i nie tylko.

Zanim przejdziemy do samego Bryana Cranstona, skupmy się na chwilę na Aaronie Paulu. To niesamowite jak ten młody, wcześniej względnie nieznany aktor był w stanie pod czujnym okiem Vince’a Gilligana rozkwitnąć i dać światu kreację, która z miejsca stała się kultowa. I nie chodzi mi tylko o „kultowość” na płytkim poziomie jego firmowej frazy. Bardzo szybko Paul tchnął życie i masę empatii w postać, która z początku wydawała się nieogarniętym życiowo ćpunem. Jego losy z sezonu na sezon nabierały coraz większego dramatyzmu, tragizmu, tak jakby ciążyło nad nim jakieś mityczne fatum.

Dean Norris wcielający się w brata żony Waltera White’a też bardzo szybko stał się kimś więcej niż tylko drugoplanową postacią, z którą Walter gra w kotka i myszkę. Nie był tylko średnio rozgarniętym gliną, który nie potrafi wykryć przestępcy, znajdującego się tuż pod swoim nosem. Twórcy skryptu nadali mu z czasem odpowiednią głębię, którą Norris znakomicie wydobył w swojej kreacji.

No, ale nikt nie może się równać z Bryanam Cranstonem. Jego rola Waltera White’a to istna aktorska ekwilibrystyka.

Dawno już nie widziałem tak fascynującej przemiany głównego bohatera, zrodzonej na kartach scenariusza, ale fenomenalnie pokazanej przez samego aktora. Transformacja Cranstona w Heisenberga to jedna z najlepszych origin story antybohatera w historii.

Przemiana odbywa się stopniowo, powoli, oparta jest na niuansach, które dopiero z czasem cementują się w pełne przepoczwarzenie. Nieporadność Waltera przechodzi w pewność siebie. Z niepozornego przeciętniaka zmienia się w tytana, z bogu ducha winnego szaraczka przeistacza się w demona. Cranston po mistrzowsku wygrywa zarówno tragizm jego sytuacji, jak i drogę na szczyt podziemnego świata. Jest w nim bezradność i gniew, potulność i stanowczość. W niesamowitym stylu pielęgnuje te dwie persony w jednej roli.

To poziom dostępny nielicznym aktorom, pokroju Roberta De Niro, Ala Pacino, Daniela Day-Lewisa, Marlona Brando. Nigdy wcześniej i jak na razie później też nie dane mi było doświadczyć takiej kreacji w telewizyjnym serialu. Więcej, Walter White to jedna z najbardziej niesamowitych kreacji aktorskich w historii tego zawodu.

„Breaking Bad” posiada wyjątkowy styl wizualny, który pomaga w opowiadaniu historii.

Vince Gilligan na potrzeby „Breaking Bad” stworzył wyjątkowy język filmowy, który obrazami opowiada i dopowiada to, czego nie zawsze są w stanie ująć słowa. Począwszy na specyficznej palecie barw, która sprawia, że od razu wiemy, że jesteśmy w Nowym Meksyku i oglądamy „Breaking Bad”, na wspaniałych, przemyślanych i kreatywnych ujęciach kończąc. „BB” wyniósł medium seriali telewizyjnych do poziomu sztuki. Umiejętnie łącząc stylistykę bliską masowej widowni z arthouse’owymi rozwiązaniami, zabawami perspektywą, niestandardowymi ujęciami. I nie są to tylko artystowskie smaczki, które dojrzą jedynie zaprawieni filmoznawcy czy krytycy.

Są w „Breaking Bad” sceny, które tylko ze względu na swoją konstrukcję wizualną przeszły do historii i zapadły w pamięć widzom. Są one nie tylko pięknie zaaranżowane, ale też snują swoje własne mikro-opowieści. Oglądając serial Gilligana byłem w ciągłym stanie zachwytu i fascynacji tym, ile można wymyślić i opowiedzieć za pomocą odpowiednio przemyślanych ujęć, kątów ustawienia kamery, aranżacji pomieszczenia itp.

„Breaking Bad” to najbardziej satysfakcjonujący serial w dziejach.

Jak wspomniałem wyżej, moim zdaniem, nie licząc pierwszego sezonu, „Breaking Bad” nie tylko odznaczał się bardzo wysokim poziomem poszczególnych sezonów, ale też utrzymywał ten poziom właściwie do samego końca. A to bardzo rzadkie. Nawet najlepsze seriale nierzadko prędzej czy później rozjeżdżają się, notują spadki formy, pomysłów, coś się rozpada. Czasem wracają na właściwe tory, czasem nie. Czasem są sinusoidą dobrych i złych sezonów (to przypadek chociażby „Lost. Zagubieni”). No i choćby nie wiem jak genialny był dany serial, rzadko który jest w stanie dostarczyć satysfakcjonujący finał. Taki, po którym nie będzie poczucia, że czegoś zabrakło, coś nie zostało w pełni dopowiedziane, odpowiednio zamknięte.

Finał „Breaking Bad” wyłamał się z tej klątwy. Właściwie nie wyobrażałem sobie, że ta historia mogłaby skończyć się lepiej. Z jednej strony dostałem to czego oczekiwałem, z drugiej nie czułem, że jest to wszystko przewidywalne. Zupełnie jakby Vince Gilligan siedział w mojej głowie i wiedział, co chcę zobaczyć.

Finał „Breaking Bad” był dla mnie na tyle satysfakcjonujący, że niespecjalnie czekałem dotąd na ewentualną kontynuację.

Większą frajdę sprawia mi zaglądanie do przeszłości i wydarzeń sprzed akcji serialu w znakomitym „Zadzwoń do Saula”, który rozwija (wspaniale) wątki drugoplanowych postaci „Breaking Bad” – Saula Goodmana oraz Mike’a. Co nie zmienia faktu, że „El Camino” oczywiście obejrzę.

Jak dotąd nie doczekałem się serialu, który zbliżyłby się do poziomu „Breaking Bad”. Niegdyś przez lata moim numer jeden był „Twin Peaks” i też wydawało mi się, że nikt go nie przebije, tak więc niczego nie wykluczam. Choć w chwili obecnej trudno mi sobie wyobrazić co można by zrobić, by choćby dorównać poziomem do całokształtu produkcji Vince’a Gilligana.

„El Camino: Film Breaking Bad” od dziś na Netfliksie.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (54)

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...