Internet miał dać nam wolność i dostęp do wiedzy, a tymczasem trzyma nas w bańce własnych przekonań

Felieton/Technologie 30.09.2019
Internet miał dać nam wolność i dostęp do wiedzy, a tymczasem trzyma nas w bańce własnych przekonań

Internet miał dać nam wolność i dostęp do wiedzy, a tymczasem trzyma nas w bańce własnych przekonań

A miało być tak pięknie. Im bardziej przyglądam się rozwojowi sieci, tym bardziej wyraźnie widzę, że paradoksalnie więcej nam zabiera niż daje.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Dopiero co redakcyjny kolega Piotrek napisał o nowych automatycznie generowanych playlistach na Spotify, które będą nam podsuwały utwory, które lubimy słuchać najbardziej. Oczywiście z jednej strony jest to ukłon w stronę użytkowników serwisu, mający na celu jak największe ułatwienie z korzystania z platformy.

Z drugiej jednak strony playlisty „Ulubione na okrągło” oraz „Powtórka z ulubionych” to jawne wykorzystywanie lenistwa słuchaczy oraz pójścia na łatwiznę.

Do tego, zamiast otwierać ludzi na nowe brzmienia i niekoniecznie znanych wykonawców, ten ruch zamyka ludzi w bańce. W dodatku też znacznie utrudnia to życie, i tak słabo radzącym sobie na rynku, mniejszym wykonawcom, biorąc pod uwagę, ile dany artysta zarabia na streamingu. Na Tidalu artysta potrzebuje 117 tys. odtworzeń danego kawałka, by zarobić za niego… 1 tys. dol. Spotify płaci za pojedyncze odtworzenie utworu jego autorowi 0,00437 dol. Przy tej okazji naszła mnie trochę smutna konstatacja dotycząca tego, jak (źle) wykorzystujemy możliwości sieci.

Kiedy internet zaczął w końcu wchodzić pod strzechy na większą skalę, można było zacząć (naiwnie) marzyć, że przed nami otwierają się drzwi do nowej ery.

Nowy wspaniały świat miał otworzyć ludzkość, dać dostęp do wiedzy, jakiego nigdy wcześniej nie było. Miał połączyć ze sobą odległe zakątki świata. I poniekąd się to udało, natomiast tu wchodzi na scenę moje ulubione słowo: „prawie”. Mam wrażenie, że świat się pomniejszył, granice, przynajmniej te mentalne zostały zniesione, tyle że ludzkość skupiła się na podziwianiu zdjęć kotków, fotek z wakacji, Instastories, ewentualnie raz na jakiś czas uda się namówić masy do zrzutki pieniężnej na jakiś słuszny czyn. Oczywiście upraszczam, bo znajdą się przypadki twórczego i wartościowego wykorzystywania możliwości globalnej sieci.

Co więcej, internet, zamiast poszerzać nasze horyzonty, w dużej mierze sprawia, że okopujemy się w swoich własnych światach.

Serwisy social media utwierdzają nas w opiniach, które zawsze mieliśmy. Nie rozwijamy się, unikamy dyskusji, lajkujemy i obserwujemy tylko te wydarzenia, ludzi czy fanpage’e, które są blisko naszych zainteresowań i sposobu myślenia. A jak już natrafimy na jakąś inną opinię, to reagujemy na nią nerwowo, od razu wszczynając awantury (zapraszam na Twittera). Bardzo łatwo wchodzimy w skrajności. Jak coś nam się nie podoba, to od razu kierujemy się w stronę potępienia, szykan, złości, ataku. Zamiast być bardziej tolerancyjni i wszechstronni, stajemy się o wiele bardziej drażliwi i niezdolni do akceptacji innego zdania. Wytykamy palcem i piętnujemy, tak jak to było niegdyś w niewielkich społecznościach, gdy któryś z mieszkańców zrobił coś w kontrze do reszty/większości.

Ale wina jest nie tylko po naszej stronie. Przeciw nam działają też oczywiście algorytmy, które starają się „myśleć za nas”. Podpowiadają nam treści podobne do tych, które już oglądaliśmy i polubiliśmy. To maszynki, więc myślą zero-jedynkowo. Tym samym zamieniając nas samych w bioroboty, które zaczynają myśleć tak samo. Jedna z najbardziej wpływowych blogerek i analityków trendów Natalia Hatalska w wywiadzie stwierdziła:

Około 70 proc. społeczeństwa w ogóle nie ma świadomości, że żyje w bańce informacyjnej. To ogromne zagrożenie. Wydaje im się, że świat prezentowany w Internecie jest światem obiektywnym. Nie jest. Jednym ze sposobów wydostania się z bańki – czego nikt nie robi – jest lajkowanie treści, których tak naprawdę się nie lubi. Wtedy dostajemy inną perspektywę.

To jeden z sposobów na „oszukanie” botów, zbuntowanie się przeciw maszynom, wyzwolenie się z niesamodzielnego myślenia. Zdaję sobie sprawę, że żyjemy w pędzącym świecie, który nie zwolni, nie zaczeka na nas, często więc, przy tak ogromnym wodospadzie informacji, które na nas spływają, potrzebujemy polegać na takim „sztucznym wspomaganiu” myślenia.

Oczywiście naiwnym jest ten, kto twierdzi, że te algorytmy służą tylko i wyłącznie do tego by ułatwiać nam życie. One przede wszystkim badają nasze zachowanie, zbierając o nas informacje, sprawiając, że nasze walle we wszystkich serwisach społecznościowych to wirtualne powierzchnie reklamowe. I to te najbardziej wartościowe, bo absolutnie spersonalizowane, zbudowane na treściach, które nas najbardziej angażują.

Nowe playlisty na Spotify brzmią może niewspółmiernie w kontekście tematu, który podjąłem, ale są w gruncie rzeczy wdzięcznym sednem problemu.

Serwisy streamingowe zręcznie wykorzystują nasze lenistwo/brak czasu/wygodnictwo i tym samym składają na ołtarzu nasz swobodny wybór i możliwość odkrycia czegoś wyjątkowego.

Tymczasem streaming, który w teorii miał nam otworzyć świat filmów/muzyki, tak na dobrą sprawę jeszcze bardziej zawęził nam spektrum, stając się niczym więcej jak wariacją niegdysiejszych ramówek w telewizji czy w stacjach radiowych. Tam jakiś człowiek podsuwał nam pod nos w kółko te same piosenki/filmy, teraz zmieniło się tylko tyle, że robią to za niego roboty. A jest o tyle gorzej, że w przypadku człowieka czasem można liczyć na jakiś niestandardowy wybór. Robot nigdy nie wyjdzie poza schemat.

W wersji filmowo-serialowej jest bardzo podobnie. Wystarczy, że przez jakiś czas oglądaliśmy np. w Netfliksie filmy science-fiction i seriale komediowe, a z czasem serwis przestanie polecać nam dramaty, filmy kostiumowe, psychologiczne itd.

Sztuczna inteligencja pracuje wedle sztywnych wytycznych, także daję nam, prawdopodobnie, o wiele uboższy wybór treści. A to wszystko w sytuacji, gdy worek z tymi treściami wydaje się znacznie większy.

Sęk w tym, że poprzez algorytmy, takie jak te wprowadzane właśnie przez Spotify, kompletnie zamyka się ludziom drogę do samodzielnych odkryć. Ostatnio latem chodząc po mieście za dnia czy nocą, łatwo było usłyszeć muzykę dochodzącą z przejeżdżających samochodów i to nadal, pomimo teoretycznego dostępu do katalogu miliardów piosenek, było słychać wiązankę tych kilku najbardziej znanych przebojów. Czyli na dobrą sprawę nic się nie zmieniło od lat 90., 80., 70…

Jak już raz wejdziemy do króliczej nory bezpiecznych algorytmów podsuwających nam piosenki, które dobrze znamy, to tak łatwo już z niej nie wyjdziemy. I niestety trochę w tym kierunku rozwija się cała sieć.

Snuję być może ponurą wizję, ale na dobrą sprawę trochę tak to wygląda. Nie zapominajmy, że chyba najpopularniejszym „wynalazkiem” ery cyfrowej jest selfie, a największymi gwiazdami ludzie, którzy komentują fakt, że grają w gry wideo, bądź też kotek o naburmuszonej minie (niech mu ziemia lekką będzie). A to oznacza, że gdzieś coś zrobiliśmy nie tak.

Teksty, które musisz przeczytać:

Dołącz do dyskusji (7)

15 odpowiedzi na “Internet miał dać nam wolność i dostęp do wiedzy, a tymczasem trzyma nas w bańce własnych przekonań”

  1. Szczerze mówiąc to myślę że to wszystko wina FB.
    Oni jako pierwsi wynaleźli “lajka” i zaczęli go używać do śledzenia i profilowania/targetowania swoich użytkowników. I odnieśli sukces rynkowy.
    A reszta po prostu poszła za nimi – bo uwierzyli że to jedyna i najlepsza droga. Niektórym się udało, innym nie – ale wszyscy przyjęli jako paradygmat że użytkownik sieci musi dziś zapłacić swoimi danymi albo pieniędzmi [a czasami jednym i drugim] żeby uzyskać jakieś [niekoniecznie wartościowe] treści…

    • Bardzo rozsądne i przemyślane stwierdzenia, lecz zdaję sobie sprawę, że nie sposób pokrótce chociażby streścić ogromu szkody jaką wyrządza sieć psychice człowieka. Najbardziej wnikliwi i trzeźwi ludzie są w stanie dojrzeć zaledwie wierzchołek tej góry lodowej. Obyśmy nie byli zmuszeni nazwać naszej egzystencji Titanikiem, bo wszystko na to wskazuje.

  2. No coś jest na rzeczy, ale przecież to my wybieramy. Czy musimy słuchać tylko tego, co nam podsuwa maszyna? Oczywiście to wymaga nieco więcej wysiłku, ale nic wartościowego nie powstaje bez wysiłku. Przy okazji – narzekania, które tu czytam, przypominają mi krytyczne podejście Stanisława Lema jeszcze u zarania rewolucji internetowej, kiedy nie było tych wszystkich social media i serwisów streamingowych, a On już wtedy przenikliwie przewidywał, do czego zmierzamy. Może warto sobie uświadomić, że 90 procent ludzi używających Internetu nie ma naprawdę niczego ciekawego do przekazania i stąd ten zalew bzdur, fake’ów itp.

  3. Do tego dochodzi cenzura. Nie mówię o hejcie, bo hejt warto cenzurować. Mam na myśli, sytuacje, gdy twoje treści zostaną wykasowane, ale jako uzasadnienie otrzymujesz jedynie informację, że “twoje treści są niezgodne ze standardami społeczności” co sugeruje, jakoby twój post oceniło wiele osób, a tak naprawdę za decyzją zakneblowaniu ci ust stoi jedna anonimowa osoba.
    .

    Druga sprawa to łatwość manipulacji opinią publiczną za pomocą odpowiednio spreparowanych treści, za które w internecie nie trzeba brać odpowiedzialności. Są to m.in. fake newsy, które wpływają na opinię publiczną, ale szybko zostają zapomniane (bo w internecie obrót informacji jest błyskawiczny), więc gdy już nawet zostają zdemaskowane, to praktycznie mało kto się o tym dowiaduje, bo internauci są już zajęci kolejnymi newsami, sensacyjkami, memami itp.

    Ciekawym przykładem fake-informacji był pewien film dokumentalny o piractwie w Internecie i zjawisku tzw. “własności intelektualnej”. W filmie występowali “zwykli ludzie” a z ekranu biła główna myśl, ze to jest nieuczciwe zabraniać ludziom ściągania mp3-ek i plików z filmami oraz że pojecie “własności intelektualnej” jest fałszywe i ogranicza ludzka wolność. W tym filmie wielokrotnie powoływano się na “wolność w internecie” właśnie.
    Potem się okazało, ze ten film (co było utajone) wyprodukowali ludzie z branży pirackiej, którzy zarabiali prowadząc serwisy z pirackimi filmami. Ale sam film sprawiał wrażenie, jakby był niezależnym, obiektywnym dokumentem.

    Początkowo plan tych osób się powiódł. Sprawili, ze internauci postrzegali prawo własności intelektualnej w sposób negatywny. To z tego filmu pochodzi słynny fałszywy argument, że “to nic złego skopiować i rozprowadzić w sieci film/muzykę, bo przecież to tylko plik. Właściciel praw autorskich nadal posiada swój plik, ja go tylko skopiowałem, więc nic mu nie zabrałem”.

    Internet, to świetne narzędzie, ale jak zadne inne wcześniej, umozliwia ludziom manipulowanie innymi ludźmi.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...

MAŁO? CZYTAJ KOLEJNY WPIS...